Tradycyjnie na bożonarodzeniowym stole w szwedzkim domu pojawiają się śledzie w różnych sosach - ale tego można się spodziewać znając zamiłowanie Szwedów do tych ryb. Była kiedyś ankieta w lokalnej gazecie dotycząca jedzenia sprzedawanego na ulicy. Prawie połowa ankietowanych powiedziała, że chętnie zjadłaby śledzia! Śledzie pobiły pizzę, kebaba czy nawet wszechobecne hot-dogi (varmkorv).
W czasie firmowej Wigilii (julbord) poznałam dwie kolejne potrawy, których nigdy nie kojarzyłam ze Świętami. Mięsne kuleczki (köttbullar) i... parówki (prinskorv, czyli książece kiełbaski)! Ten specjalny rodzaj parówek charakteryzuje długość (połowa tradycyjnej parówki) i sposób ułożenia - zwijane są w pęta po cztery. Poza tym mają standardową grubość i smakują normalnie. Na Święta nacina się je delikatnie na "ćwiartki" z każdego końca i smaży.
[Prinskorv - zdjęcie ze strony jednego z producentów]
Było również dużo szynek i pieczonych mięs - w tym sporo dziczyzny. Oraz moja ulubiona pokusa Janssona (Janssons frestelse) - czyli krojone ziemniaki zapiekane z anchois i śmietaną!
Wegetarianie mieli problem, bo z wystawionych (tak, tak - szwedzki stół) dań mogli jeść jedynie chleb, ziemniaki i ser. Mieli co prawda zamówioną wersję wegetariańską (5 dań!), ale wyglądały one absurdalnie dziwacznie: mimo że ładne (jeśli chodzi o dekorację i sposób podania), to były takie... ubogie. Jednym z dań był ziemniak przekrojonym na ćwiartki i polany łyżką sosu, do tego dwa liście sałaty. Fajnie, prawda? Szczególnie jeśli wszystkożerni koledzy objadają się w tym czasie różnymi pysznościami. Na szczęście słodyczy było sporo do wyboru dla wszystkich.
My dosyć późno zdecydowaliśmy się, gdzie spędzimy Święta, więc pojechaliśmy do rodziców samochodem. Samoloty w tym czasie podobno sporo drożeją, poza tym w razie jakiejkolwiek mgły czy odwołania lotu moglibyśmy zostać tu. Co więcej, do samochodu zmieści się bez problemu wszystko, co potrzebne na wyjazd.
Googlowe mapy twierdziły, że do pokonania jest 1810 km (głównie autostradą, zwykłych dróg było około 100km) - jechaliśmy przed Danię, więc 3 mosty po drodze, żadnych promów. Wujek Google oszacował trasę na 17 godzin, wyjechaliśmy o 8:00 i liczyliśmy, że jako dwóch kierowców mamy szansę dojechać do celu w jeden dzień. Ale się przeliczyliśmy - co prawda im dalej na południe tym mniej śniegu i bardziej sucha droga, ale na moście między Szwecją i Danią był wypadek i utknęliśmy tam na godzinę. Około północy byliśmy dopiero w okolicy Berlina, więc trzeba było zrobić przerwę.
Święta z rodzinami - jedni rodzice, drudzy rodzice, odwiedziny u krewnych i po 3 dniach powrót. Znowu 2 dni. Tym razem nocowaliśmy już bardzo blisko domu - jedyne 300 km! Był problem, żeby znaleźć hotel - większość zamknięta (na cały okres świąteczno-noworoczny) albo z recepcją czynną do 22:00 (a było już po 22, gdy zaczęłam szukać na sieci miejsc do spania), albo dosyć drogi. Na szczęście znalazł się jeden, w promocyjnej, akceptowalnej, cenie :)
Miło się było spotkać z rodziną, ale nawet mimo tego i mimo że lubimy jeździć, to wróciliśmy do domu zmęczeni. Jak się często zmienia łóżko, to czasem człowiek się budzi i nie wie, gdzie jest.
A 2 dni później czekał nas kolejny wyjazd... mój gwiazdkowy prezent ;)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz