Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróż. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróż. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 12 marca 2023

Powrót z Ålandii

Kolejnym etapem podróży miał być powrót do Szwecji, na nocleg planowaliśmy zatrzymać się w Öregrund.

Gdy przekraczaliśmy TSS płynęliśmy na żaglu wspomagając się silnikiem i znajdowaliśmy się na kursie kolizyjnym z dużym statkiem transportowym. Nie chcąc zmieniać kursu zmniejszyliśmy prędkość tak, żeby statek przepłynął przed nami, ale ta zmiana nie była zbyt widoczna. Żeby więc upewnić załogę statku, że wiemy, że to oni mają pierwszeństwo, Marcin zadzwonił do nich na VHFie (ja wciąż nie zrobiłam uprawnień). Ale była radość, jak na radiu potwierdzili, że dostali wiadomość! Pierwszy raz użyliśmy radia do czegoś innego niż słuchanie komunikatów czy rozmowa ze znajomymi.

Wciąż będąc na TSSie usłyszeliśmy, że nasz silnik zaczął działać inaczej, jakby mu obroty spadły. Podniosłam klapę do silnika, użyłam kilka razy ręcznej pompki do odpowietrzania i wydawało się, że wszystko jest w porządku, silnik dalej pracował, więc dość szybko zapomnieliśmy o problemie.

W marinie w Öregrund nie było wolnych miejsc. Był wakacyjny weekend, trwał jakiś festiwal i wszędzie było pełno ludzi i łódek. Próbowaliśmy wpłynąć w jakieś wolne miejsce między motorówkami, ale było zbyt ciasne. Gdy się wycofywaliśmy, robiliśmy to zbyt wolno i łódka straciła sterowność. Siedziałam na dziobie patrząc czy uda nam się minąć dwa trzystukonne silniki czy jednak w nie zahaczymy... na szczęście udało się wypłynąć z Öregrund bez strat. Byliśmy jednak zmęczeni, a do najbliższej mariny były 2 godziny drogi.

Mniej więcej po 1,5h, gdy słońce zaczynało zachodzić, stanął nam silnik. Wypompowywanie powietrza ręczną pompką nie dawało żadnego efektu. Zadzwoniłam po pomoc do Sjöräddning, które stacjonowało w  Öregrund. Ratownicy upewnili się, że u nas na pokładzie są tylko dorośli, nikt nie panikuje i nie ma zagrożenia życia, po czym powiedzieli, że będą mniej więcej za godzinę. Poprosili też o rzucenie kotwicy, żebyśmy nie oddryfowali w stronę kamieni, które mogłyby uszkodzić łódkę. To był pierwszy raz, kiedy użyłam kotwicy. Skutecznie!

[W oczekiwaniu na pomoc]

Ratownicy przypłynęli i odholowali nas do portu - dobrze, że ktoś z parkującego w marinie kampera przyszedł i pomógł nam przybić do brzegu. Ponieważ płacę co miesiąc składki członkowskie w Sjöräddningssällskapet za pomoc nie zapłaciliśmy nic.

Był weekend, więc następnego dnia zamiast od razu szukać mechanika od rana sami zabraliśmy się za szukanie przyczyny usterki. Wymieniliśmy filtry, sprawdziliśmy przewody paliwowe i ich łączenia, odpowietrzyliśmy układ paliwowy a i tak wciąż wydawało się, że silnik nie działa tak jak powinien - chociaż testowaliśmy go tylko w miejscu, nie chcieliśmy ryzykować wypłynięcia z portu.

Ludzie z naszej grupy wyprawowej dzwonili do nas spytać, czy dotarliśmy już do domu, więc opowiedzieliśmy im o problemach z silnikiem. Dowiedzieliśmy się też kiedy kto z grupy będzie przepływał w okolicy, w razie gdybyśmy potrzebowali pomocy. Miłe to było.

Pamiętając jakim problemem było znalezienie mechanika w okolicy naszego domowego portu, założyliśmy że łódka może pozostać w obecnym miejscu nawet do końca wakacji, czyli jakieś 2-3 tygodnie. Dobrze jednak, że byliśmy już w Szwecji i "niedaleko" domu. Zdecydowaliśmy, że ja zostanę na łódce i będę szukać mechanika a w tym czasie Marcin pojedzie transportem publicznym po samochód.

Transport publiczny oznaczał ponad godzinny spacer na przystanek autobusowy, a potem jazdę autobusem, pociągiem i jeszcze jednym autobusem zakończoną niedługi spacerem. Wszystko to miało zająć - o ile dobrze pamiętam - około 5 godzin ze względu na wakacyjny rozkład jazdy autobusów. Ponadto już o 6:30 trzeba było być gotowym do drogi.

[Okolice mariny, Ängskär]

[Punkt orientacyjny]

[Okolice mariny, Ängskär]

Niespodziewanie szybko udało się znaleźć mechanika. O 8 rano odebrał telefon i powiedział, że może przyjechać już za godzinę! Zaskoczyło mnie, że wchodząc z pokładu do środka łódki ściągnął buty.

Byłam bardzo ciekawa, co przegapiliśmy, więc patrzyłam dokładnie na to, co mechanik robi i sprawdza i generalnie robił to samo, co my dzień wcześniej. Aż do ostatniego punktu odpowietrzania - okazało się, że instrukcja do silnika mówi, żeby odpowietrzać go ręczną pompką, ale nie jest to najwyższy punkt w systemie paliwowym. Powietrze zebrało się przy wtryskiwaczach (i w podręcznikach dla mechaników ta opcja jest opisana - wiem, bo od tego czasu sprawdziłam dwa różne). Po odpowietrzeniu silnik pochodził bez problemów jakieś 20 minut, wciąż przy nabrzeżu, ale nie na luzie tylko na wstecznym biegu, i na tym się skończyła wizyta mechanika.

[Zaznaczone miejsca ostatecznego odpowietrzania]

A wieczorem do mariny wrócił Marcin, samochodem. Mieliśmy więc sprawny samochód i sprawną łódkę, w miejscu z kiepską komunikacją publiczną. Zdecydowaliśmy się następnego dnia podzielić - Marcin sam wracał łódką do naszego portu domowego, a ja wróciłam samochodem.

[Marcin odpływa]

Jak się rozstawaliśmy Marcin wyjął z grabbaga mój paszport i mi go oddał mówiąc, że jak coś się stanie i ratownicy znajdą torbę, to będą wiedzieli, że mają szukać tylko jednej osoby. Trochę strasznie to zabrzmiało. Ale będąc na łódce człowiek jest trochę bardziej przygotowany niż podróżując samochodem, na przykład listę z telefonami alarmowymi mamy zawsze położoną przy sterze, z zaznaczonymi najbliższymi stacjami ratowniczymi. Nawet sprawdzaliśmy, gdzie idzie granica między stacjami, żeby wiedzieć z którego miejsca do której stacji dzwonić.

Wszystko na łódce przygotowaliśmy tak, żeby wygodnie było prowadzić ją jednoosobowo. Było gotowe jedzenie i picie. Tylko drzwi nie zostały zamknięte... W zatoce przy Gävle podobno często warunki są nienajlepsze i tak było również tym razem. Na dużych falach łódką bardzo bujało, więc przygotowana do picia woda stoczyła się do środka łódki przez niezamknięte drzwi. Na dużych falach autopilot niezbyt dobrze się spisuje, więc trzeba było cały czas trzymać ster i nie było jak zejść do środka, żeby poszukać wodę do picia.

Przez cały dzień sprawdzałam pozycję łódki na mapie i jak łódka pojawiła się w okolicy naszego portu to pojechałam tam, żeby pomóc ją zacumować.

Te wakacje były pełne przygód, ale wspaniale było być w domu we własnym łóżku, nawet jeśli jeszcze przez kilka nocy czułam bujanie.

wtorek, 6 sierpnia 2019

Wycieczka kajakowa

Jedną z naszych wakacyjnych wycieczek miała być wyprawa kajakowa. Wstępny plan zakładał, że pakujemy do kajaków jedzenie i namiot, bierzemy to na morze, a potem płyniemy na jakąś wyspę, gdzie nocujemy i następnego dnia wracamy do domu.

Zdecydowaliśmy się jednak spać w trochę wygodniejszych warunkach, na łódce. Dzień wcześniej zawieźliśmy tam pościel i zostawiliśmy jedzenie w lodówce.

Trasa miała 13 mil morskich (czyli jakieś 24 km). Dzień był słoneczny, miały być 24 stopnie. Smarując się kremem z filtrem, nie pomyślałam, żeby zostawić grubszą warstwę kremu od spodu ręki  - i tam się pięknie poparzyłam. Jak człowiek spaceruje na lądzie w słoneczny dzień, to część ręki (ta, która styka się z tułowiem) opala się słabo. Na wodzie natomiast, opala się ona od światła odbitego w wodzie. Dzięki temu mam teraz tę "spodnią" część ręki ciemniejszą niż tę górną.
Nie polecam również szortów. Na kajaki dużo lepsze są spodnie do kolan - na pewno lepiej chronią nogi przed słońcem. A na dłonie rękawiczki rowerowe. Żeby się schłodzić, często wsadzaliśmy ręce do wody, a to zmywa filtr.

[Trasa]

[Przerwa na lunch]

[Kajaki i otwarte morze]

Według naszych obliczeń, trasa powinna nam zająć około 6h (liczy się średnio 2 mile na godzinę, bo miejscami wiosłuje się szybciej, ale czasem trzeba zrobić przerwę na picie czy oglądanie ptaków). I mniej więcej tyle nam zajęła. Największym problemem okazało się być nie zmęczenie (chociaż mięśnie było czuć), ale upał - poparzenia na rękach i nogach, a do tego brak cienia na morzu. Kapelusz z dużym rondem pomagał chronić głowę, ale cała reszta ciała i tak się nagrzewała. Dlatego też wielką ulgę przynosiły wyspy z drzewami, gdzie można było chociaż chwilę posiedzieć w cieniu.

Najtrudniejszy był fragment, gdzie trzeba było przeciąć zatokę (na mapie jest to odcinek 13-14), bo pływały tam motorówki, więc im szybciej się płynęło tym lepiej. Motorówki są szybkie i robią fale, co nie jest szczególnie fajne (im szybciej i bliżej kajaka płyną, tym większa jest fala). Najgorsze jednak są, według mnie, skutery. Są szybkie i mają mały promień skrętu, więc trzeba się cały czas rozglądać, żeby wiedzieć, gdzie są (albo liczyć na to, że kierujący skuterami będą uważać i nie zrobią nam, kajakarzom, za dużej fali); ponadto są głośne.

[Prawie u celu]

[Odpoczynek]

Ze względu na poparzenia, nie było szans, żebyśmy następnego dnia zrobili w słońcu tę samą trasę (dzień znowu był ciepły i bezchmurny). Wzięliśmy więc spod klubu łódkowego autobus do miasta, a stamtąd taksówkę do domu (latem najbliższy przystanek autobusowy mamy 9km od domu; poza wakacjami jeździ autobus, który zatrzymuje się jakieś 2km od domu i wtedy można by było myśleć, żeby przejść to pieszo).
Po południu zamontowaliśmy na auto bagażnik na kajaki i pojechaliśmy do klubu je zabrać.

Jedną z rzeczy, która bardzo się nam przydała na tej wycieczce było walkie-talkie. Wystarczy, żebyśmy byli od siebie w odległości kilku metrów i już trzeba do siebie krzyczeć, a dzięki temu urządzeniu nawet większa odległość nie jest problemem. Jest to na tyle małe, że przyczepione do kamizelki w niczym nie przeszkadza.

[Walkie-talkie]

sobota, 23 czerwca 2018

Sandhamn

Sandhamn to mała miejscowość na jednej z wysp archipelagu Sztokholmskiego. Firma, w której obecnie pracuję, zorganizowała nam tam jednodniowy wyjazd integracyjny. Można było popłynąć łódką (szef i jeden kolega z zespołu płynęli swoimi motorówkami, a każdy z nich miał kilka wolnych miejsc), ale ja wybrałam komunikację miejską, czyli 20 minut metrem do Slussen, potem 40 minut autobusem do Stavsnäs i na końcu jeszcze godzina promem do Sandhamn.

[Położenie Sandhamn, Google maps]

[Prom w Stavsnäs]

Sandhamn jest miejscowością turystyczną - stałych mieszkańców ma około 100, ale w czasie wakacji przebywa tam nawet 3000 osób. 

[Nabrzeże i widok na Seglarhotell w Sandhamn]

[Plaża w Sandhamn]

[Port w Sandhamn]

[Port w Sandhamn]

Dzień był słoneczny, nie wiało zbyt mocno, więc w czasie pobytu na promie można było siedzieć na tarasie i podziwiać szkiery.

[Port w Sandhamn]

[Okolice Sandhamn]


wtorek, 8 sierpnia 2017

Inari

Inari to mała miejscowość w północnej Finlandii. Na jej terenie mieszka jedna z grup Samów, która ma swój własny język - Samowie Inari; a w miejscowym centrum kultury samskiej Sajos ma swoją siedzibę Sámediggi (parlament fińskich Samów).

[Jezioro Inari]

W herbie Inari można zobaczyć rybę z rogami. Według samskich wierzeń, każda grupa ryb danego gatunku zamieszkująca akwen wodny miała swojego przywódcę, którego można było poznać po dużych rozmiarach (nawet 2 metry długości) oraz porożu. Jeśli taka ryba poczuła niezadowolenie w stosunku do rybaków, potrafiła na przykład zabrać całą ławicę na głębsze wody tak, by połów nie przyniósł oczekiwanych rezultatów. Dlatego rybacy starali się zaskarbić sobie przychylność takiego rybiego przywódcy, na przykład składając im ofiary.

[Herb Inari; źródło: Wikipedia]

My odwiedziliśmy muzeum Siida. Można tam znaleźć wystawy poświęcone życiu w trudnych północnych warunkach, historii Samów oraz obejrzeć skansen.

[Widok z tarasu restauracji w Siida]

[Miejsce wymierzania kar]

[Czekający na wymierzenie kary, wydrapywali na ścianach swoje imię i datę]

[Podział na pory roku - zimę oznaczono kolorem niebieskim]

poniedziałek, 7 sierpnia 2017

Treriksröset

Treriksröset to kamień graniczny ustawiony w punkcie, gdzie spotykają się Szwecja, Finlandia i Norwegia. Do miejsca tego można dojść kilkunastokilometrowym szlakiem, lub dopłynąć łódką i przespacerować się 3-kilometrową ścieżką.

Podobno dłuża trasa piesza jest nieprzywidywalna ze względu na bobry, którym zdarza się przegryzać pomosty, przez co turyści bez kaloszy mają problem z dotarciem do celu suchą nogą.

Łódka odpływa z fińskiego Kilpisjärvi trzy razy dziennie. Podane przez przewoźnika godziny są, niestety, orientacyjne; my czekaliśmy 40 minut. Łódką płynie się 30-40 minut, a następnie idzie jedyną dostępną ścieżką.

[Widok ze szlaku w stronę jeziora Kuohkimajärvi]

[Jezioro Kuohkimajärvi]

[Łódka M/S Malla przywożąca pasażerów na szlak]

Mimo że na szlaku znajdują się drewniane pomosty, droga była miejscami zalana i trzeba było iść na przykład po kawałkach pociętego drzewa, trzymając się siatki, która chyba wyznaczała granicę ze Szwecją.

[Kładka na szlaku]

[Kładka na szlaku, przy trasie dla skuterów śnieżnych]

[Kwiatki na szlaku]

[Kwiatki na szlaku]

Na szlaku zobaczyć można było ludzi w kapeluszach z siatką, które przypominają kapelusz pszczelarski. Wydawało mi się do dziwne, do czasu, gdy musiałam się na chwilę zatrzymać, żeby ściągnąć kurtkę. Te kilkanaście sekund spowodowało, że obsiadło mnie sporo komarów, które już do końca wycieczki nie dawały mi spokoju.

Tuż przed puntem granicznym jest rozwidlenie szlaku. Żeby skręcić w dobrą stronę, trzeba znać fińską nazwę Treriksröset - czyli Rajapyykki.

[Drogowskaz]

Na kamieniu zaznaczone są godła Szwecji, Finlandii i Norwegii. Dojść do niego można po niezbyt szerokiej drewnianej kładce, która prowadzi wokół kamienia. Zarówno kamień jak i podstawa kładki zanurzone są w wodzie.

[Kładka prowadząca do kamienia granicznego]

[Kamień graniczny]

[Kładka przy kamieniu granicznym]


Informacje o łódce M/S Malla

niedziela, 6 sierpnia 2017

Samska kawa

Nocleg po wizycie na Nordkapp zarezerwowaliśmy w Havøysund. Tak odkryliśmy trasę widokową 889, którą dane nam było docenić dopiero w drodze powrotnej, następnego dnia. Mgła powodowała, że człowiek skupiał się głównie na wypatrywaniu zakrętów i reniferów; przy kiepskiej widoczności nie dało się zobaczyć, że z jednej strony drogi są skały, a z drugiej woda, więc szansa, że jakiś renifer się przybłąka, jest bardzo mała.

[Droga 889 w Norwegii]

[Droga 889 w Norwegii]

[Droga 889 w Norwegii]

[Zbliżamy się do Havøysund]

W Havøysund nie ma nic szczególnego do zwiedzania. To małe miasteczko z portem, sklepem, cmentarzem i restauracją. Ponieważ przyjechaliśmy na miejsce dosyć wcześnie, a lokalna restauracja miała dobre opinie w Internecie, postanowiliśmy do niej pojechać na kolację.
Chcieliśmy sprawdzić na stronie restauracji jej adres, ale zamiast tego był tylko opis w stylu "za mostem skręć w lewo, dojedź do cmentarza, skręć w prawo...". Szukaliśmy więc po drodze punktów orientacyjnych i póki były budynki w okolicy, to jakoś szło, ale gdy w opisie pojawiła się informacja "kieruj się na wiatraki", a widoczność była na może 30 metrów, to stwierdziliśmy, że jedziemy prosto i zobaczymy, dokąd dojedziemy. W pewnym momencie udało nam się znaleźć kolejny punkt orientacyjny z listy - czerwony dom - ale zobaczyliśmy go dopiero w momencie mijania.


[Czerwony dom we mgle]

Dojechaliśmy w końcu do grupy czterech samochodów zaparkowanych przy drodze. Szerokość wyżwirowanej powierzchni wskazywała, że mógł to być parking. Zostawiliśmy tam auto i dalej udaliśmy się pieszo.

[Droga do restauracji]

Kilkadziesiąt metrów dalej z mgły wyłoniła się restauracja. Yay!

W menu kilka dań - w tym gulasz z renifera i jakaś ryba - a ponadto samska kawa. I od kawy zaczęliśmy! O czymś, co nazywa się kaffeost, czyli "serze do kawy", słyszałam wcześniej, ale sama nie próbowałam zalewać sera kawą. A samska kawa to coś więcej niż kaffeost.
Kawę dostaliśmy w pojemniku, którego używa się do przygotowania kawy na ognisku. Ponadto w kawowym zestawie były suszone plasterki mięsa renifera oraz ser w plasterkach. Do kubka wlewa się kawę i wsadza kawałek mięsa, żeby zmiękł - chwilę trwa zanim to się stanie, w tym czasie kawa nabywa mięsno-słonego smaku. Z serem sprawa jest prostsza, bo on się w kawie rozpuszcza (jak na zapiekance) zostawiając oka tłuszczu. O ile namoczone w kawie mięso jest całkiem niezłe (tylko trzeba poczekać dłuższą chwilę aż porządnie zmięknie), a kawa z aromatem mięsa nie smakuje najgorzej, o tyle tłuszcz serowy w kawie zmieniał ją na niepijalną dla mnie.

[Samska kawa]

Podobno z restauracji jest ładny widok na morze. Niestety, nie było nam dane go podziwiać. Zamiast tego mogliśmy się poczuć jak w lecącym przez chmury samolocie.



sobota, 5 sierpnia 2017

Nordkapp

W tym roku na wakacje pojechaliśmy na... północ. Jak zwykle - chciałoby się powiedzieć. Odwiedziliśmy "najbardziej" wysunięty na północ kawałek Europy, czyli Przylądek Północny (Nordkapp). W rzeczywistości najbardziej północny fragment Europy znajduje się na innej wyspie, do której jednak nie ma dojazdu, więc dla turystów to Nordkapp jest "tym miejscem".

[Nordkapp już za 13 km]

Pogoda w Norwegii była taka, jak zazwyczaj, gdy tam jedziemy, czyli pochmurno z niewielkimi opadami deszczu. Ponadto praktycznie na całej długości drogi E69, która prowadzi na Nordkapp, jechaliśmy we mgle - czasem mniejszej, czasem większej, ale czasem też można było zobaczyć, co się dzieje w okolicy, bo akurat jechaliśmy tuż pod chmurą.

[Mgliście]

Mgły w Laponii są problematyczne głównie ze względu na wypasające się renifery, które - nie zachowując należytej ostrożności - przebiegają przez jezdnię.

[Renifery na drodze]

Wjazd na parking przy Nordkapp jest płatny dla każdego turysty w pojeździe silnikowym. Jeśli przyjedzie się rowerem lub przyjdzie pieszo, wstęp jest darmowy. Kilka kilometrów przed terenem Nordkapp (terenem, bo poza symbolicznym globusem jest tam spory parking, hotel, restauracja, sklep z pamiątkami a nawet coś w rodzaju bezwyznaniowej kaplicy, w której można wziąć ślub) znajdują się dwa niewielkie parkingi, na których można zaparkować samochód by na przylądek dojść pieszo.

[Bramki wjazdowe na teren Nordkapp]

 [Nordkappowy globus]

Na samym przylądku było mgliście, ale momentami dało się zobaczyć wodę u podnóża skał.

[Zamglony globus na Nordkapp]

[Skały we mgle, ale morze widać]

[Przylądkowy widok na morze Barentsa]

Jakieś 100, może 200 metrów na zachód od obecnego Nordkappowego globusa, w miejscu, które jeszcze 100 lat temu było uznawane za najbardziej północy przylądek Europy, znajduje się niewielki obelisk i tabliczka informacyjna.

[Obelisk w miejscu wcześniej uznanym za najbardziej wysunięte na północ]

W czerwcu 1988 roku na Nordkapp spotkało się siedmioro dzieci - Jasmine z Tanzanii, Rafael z Brazylii, Ayumi z Japonii, Sithideh z Tajlandii, Gloria z Włoch, Anton z ZSRR i Louise z USA. Każde z dzieci zaprojektowało płaskorzeźbę, które rok później zostały odlane w brązie. Postawiono tam wówczas również rzeźbę "Matka i dziecko" Evy Rybakken.
Od 1989 roku przyznawana jest nagroda Dzieci Ziemi. Nagrodę tę w wysokości 100 000 koron może dostać osoba lub organizacja, która pomaga dzieciom znajdującym się w trudnej sytuacji.

[We mgle teren Nordkapp wygląda trochę jak krajobraz księżycowy]

[Informacja o rzeźbie "Dzieci Ziemi"] 

[Rzeźba "Dzieci Ziemi"] 


Na terenie Nordkapp pracuje wielu zagranicznych studentów, więc rozmowy po szwedzku odpadają, chyba że akurat trafi się na Norwega.