Pokazywanie postów oznaczonych etykietą język. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą język. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 13 stycznia 2020

Wołowe tygodnie

Czas świąteczno-noworoczny to najczęściej dwa tygodnie wolnego. Po takiej przerwie powrót do pracy jest ciężki; szczególnie, że do najbliższych świąt - Wielkiej Nocy - daleko.

Nawet w czasach, gdy szwedzkie społeczeństwo opierało się na rolnictwie, ludzie mocno odczuwali trud pierwszych tygodni nowego roku; tak mocno, że nazwali je „wołowymi tygodniami” (oxveckorna). Zebranie się do pracy jest tak trudne, że ma się poczucie „harowania jak wół”.

środa, 16 października 2019

Jedno polskie słowo

Od początku października chodzę na kurs migowego języka szwedzkiego. Zajęcia prowadzi niesłysząca (chociaż mówiąca, bo nie głucha od urodzenia) nauczycielka, więc wyjaśnianie znaków idzie łatwo. Za to trudniej jest nam, uczestnikom kursu, zadawać pytania, bo trzeba je literować. Ale grupowo dajemy radę ;-)

Alfabetu nauczyliśmy się na pierwszej lekcji i na drugiej ćwiczyliśmy w parach literowanie. Zakres znaków, które znaliśmy, to kilka pojęć dotyczących członków rodziny, liczby i alfabet. Niedużo, więc szybko skończyły się pytania, które można było wymigać bez literowania. Gdy koleżanka z ławki zadała mi pytanie o imię mojej mamy, stwierdziłam, że może to być zbyt trudne do wymówienia, nawet jeśli przeliteruję, więc wyliterowałam zdanie informujące, że jestem z Polski. Na co koleżanka powiedział, że ona zna jedno słowo po polsku! Spodziewałam się przekleństwa na "k", bo to jest chyba najpopularniejsze (obok słów takich jak "piwo") wśród obcokrajowców. Przeliterowanie wskazywało na coś innego, ale trudno mi było skojarzyć, na co, bo okazało się, że koleżanka znała słowo tylko w mowie i wymigała fonetyczny zapis po szwedzku. Huh! Przeszłyśmy więc na język mówiony i... było to słowo "spać".
Okazało się, że kobieta pracowała w przedszkolu, do którego chodziła mała Polka. Jej mama wyjaśniła nauczycielkom, że jeśli córka nie chce się położyć, to trzeba jej powiedzieć "spać", wtedy zrozumie. Ciekawe było, że ta nauczycielka wymawiała to słowo rozkazującym tonem, jak komendę. Pewnie tak usłyszała i myślała, że taka jest melodia języka polskiego.

niedziela, 25 września 2016

Historia powstania "Cudownej podróży" Selmy Lagerlöf

Jest taka książka, na której ponad 100 lat temu szwedzkie dzieci uczyły się czytać i poznawały geografię swojego kraju. Książka ta jest znana również w Polsce - to "Cudowna podróż" Selmy Lagerlöf.

Na początku XX wieku na uniwersytecie w Uppsali pracował Adolf Noreen - profesor w dziedzinie języków nordyckich i główny orędownik reformy językowej. Do końca XIX wieku języki norweski, duński i szwedzki były do siebie podobne nie tylko w mowie, co ma miejsce również dzisiaj, ale także w zapisie. Nie był to jednak zapis oczywisty - tak jak obecnie w języku polskim wiele osób wymawia "rz" i "ż" tak samo, tak też było np. ze szwedzkimi "hv" i "v". Aby uprościć język (tak, by każdy mógł go używać poprawnie w piśmie) i ułatwić dzieciom naukę (a więc zminimalizować ilość popełnianych błędów), profesor Noreen wraz z grupą nauczycieli opracowali reformę dotyczącą pisowni języka szwedzkiego. Głównym jej założeniem była pisownia jak najbardziej zbliżona do fonetycznej.

Propozycja ta miała jednak swoich przeciwników - ich głównym argumentem było zachowanie jedności języków skandynawskich. Skandynawizm był silny w XIX wieku, więc i przeciwników reformy było niemało.

Ostateczną decyzję podjął ówczesny minister edukacji (które to ministerstwo nosiło wówczas inną nazwę, ale miało kompetencje zbliżone do obecnego ministerstwa edukacji) Fridtjuv Berg. Wcześniej pracował on w szkole podstawowej i tam spotkał się z założeniami reformy pisowni.  W 1906 wydał on dekret dotyczący zmiany pisowni (stafningsukasen) i trzeba było wdrożyć go w życie. I tu wkracza kiążka Selmy Lagerlöf, której koordynatorem językowym był Adolf Noreen. Pokolenia Szwedów, które uczyły się w szkole z "Cudownej podróży", zostały jednocześnie zapoznane z nową pisownią. Przez kilkadziesiąt lat używano zarówno starego jak i nowego zapisu, ale wraz z kolejnymi pokoleniami uczącymi się z książki z nową pisownią, zreformowana pisownia była coraz powszechniejsza.

czwartek, 26 lutego 2015

Poszerzanie słownictwa

I nie chodzi tu o naukę szwedzkiego jako języka obcego, ale ojczystego. Jedna z koleżanek z pracy, która właśnie wróciła z urlopu, mówiła, że zabrała ze sobą na wyjazd słownik, w którym codziennie starała się znaleźć 2-3 nowe słowa i poznać ich znaczenie.
Inny kolega polecał hasło dnia na Wikipedii - mówił, że kiedyś czytał je bardzo często i dzięki temu poznawał pojęcia z różnych dziedzin, a nie tylko z tego, z czym ma kontakt na co dzień.

Uważam, że to ciekawe pomysły. Szczególnie ten z Wikipedią, bo jednak czytanie słownika, w którym nie zna się większości słów  - a tak jest bardzo często w przypadku języków obcych - może być trochę przytłaczające.

poniedziałek, 18 listopada 2013

Siedemnaście!

Spośród importowanych produkcji pokazywanych w szwedzkiej telewizji jedynie programy dla dzieci mają dubbing (o "wersji z lektorem" chyba nikt tutaj nie słyszał). Wszystkie pokazywane w telewizji brytyjskie seriale i amerykańskie filmy mają oryginalną ścieżkę dźwiękową i szwedzkie napisy. Z przyzwyczajenia starałam się słuchać i jednocześnie czytać, ale ze względu na to, że oba języki są "obce", to znacznie lepiej rozumiem, o co chodzi, jeśli skupiam się tylko na jednym.

Czytałam ostatnio jakiś film akcji - bodajże "Spidermana" - i w jednej ze scen padło "sjutton" (co dosłownie znaczy "siedemnaście"). Tyle że zupełnie nie pasowało mi to do kontekstu.
Zaczęłam więc szukać i na stronie Rady Języka (Språkrådet) znalazłam wyjaśnienie. Okazało się, że przeklinanie przy użyciu liczb jest czymś typowym dla całej Skandynawii. Używa się liczb 7, 16, 18, 19, 100 i 1000 (w formie współczesnej tusen i starszej tusan). Liczby można miksować i używać na przykład jako 700 czy 7000.

Do standardowych nieliczbowych mocnych przekleństw należy wzywanie diabła (djävulen) czy piekła (helvete). Jeśli natomiast ktoś chce podkreślić swoją złość w trochę słabszy sposób używa liczb.

18 jest uznawana za liczbę Odyna, więc jest "niebezpieczna" - w związku z tym częściej używa się liczb sąsiednich 17 (i podobnej jej 7, która dodatkowo w wielu kulturach starożytnych jest liczbą magiczną) oraz 19.

wtorek, 1 października 2013

Buka

Buka z Muminków w oryginale nazywa się Mårran. Chciałam wiedzieć, skąd się wzięła polska nazwa, więc zapytałam Szwedów, czy słowo mårra coś znaczy. O., mój szef, stwiedził, że nie, ale sprawdziłam to później w Internecie i według Wikipedii nazwa pochodzi od szwedzkiego czasownika morra, co znaczy warczeć lub mruczeć.

Gdy N. powiedział, że w Rosji Buka nazywa się Moppa, czyli tak samo jak po szwedzku, zaczęłam się głośno zastanawiać, skąd się w takim razie wzięła polska nazwa. N. skojarzył, że jest takie rosyjskie słowo, które brzmi jak polska "buka" i oznacza coś - o ile dobrze pamiętam - straszącego, budzącego grozę.
No ładnie! Rosjanie mają nazwę zbliżoną do oryginału, a Polacy dostali w prezencie nazwę rosyjską ;-)

niedziela, 6 stycznia 2013

Święta


Tradycyjnie na bożonarodzeniowym stole w szwedzkim domu pojawiają się śledzie w różnych sosach - ale tego można się spodziewać znając zamiłowanie Szwedów do tych ryb. Była kiedyś ankieta w lokalnej gazecie dotycząca jedzenia sprzedawanego na ulicy. Prawie połowa ankietowanych powiedziała, że chętnie zjadłaby śledzia! Śledzie pobiły pizzę, kebaba czy nawet wszechobecne hot-dogi (varmkorv).

W czasie firmowej Wigilii (julbord) poznałam dwie kolejne potrawy, których nigdy nie kojarzyłam ze Świętami. Mięsne kuleczki (köttbullar) i... parówki (prinskorv, czyli książece kiełbaski)! Ten specjalny rodzaj parówek charakteryzuje długość (połowa tradycyjnej parówki) i  sposób ułożenia - zwijane są w pęta po cztery. Poza tym mają standardową grubość i smakują normalnie. Na Święta nacina się je delikatnie na "ćwiartki" z każdego końca i smaży.
[Prinskorv - zdjęcie ze strony jednego z producentów]

Było również dużo szynek i pieczonych mięs - w tym sporo dziczyzny. Oraz moja ulubiona pokusa Janssona (Janssons frestelse) - czyli krojone ziemniaki zapiekane z anchois i śmietaną!

Wegetarianie mieli problem, bo z wystawionych (tak, tak - szwedzki stół) dań mogli jeść jedynie chleb, ziemniaki i ser. Mieli co prawda zamówioną wersję wegetariańską (5 dań!), ale wyglądały one absurdalnie dziwacznie: mimo że ładne (jeśli chodzi o dekorację i sposób podania), to były takie... ubogie. Jednym z dań był ziemniak przekrojonym na ćwiartki i polany łyżką sosu, do tego dwa liście sałaty. Fajnie, prawda? Szczególnie jeśli wszystkożerni koledzy objadają się w tym czasie różnymi pysznościami. Na szczęście słodyczy było sporo do wyboru dla wszystkich.

My dosyć późno zdecydowaliśmy się, gdzie spędzimy Święta, więc pojechaliśmy do rodziców samochodem. Samoloty w tym czasie podobno sporo drożeją, poza tym w razie jakiejkolwiek mgły czy odwołania lotu moglibyśmy zostać tu. Co więcej, do samochodu zmieści się bez problemu wszystko, co potrzebne na wyjazd.

Googlowe mapy twierdziły, że do pokonania jest 1810 km (głównie autostradą, zwykłych dróg było około 100km) - jechaliśmy przed Danię, więc 3 mosty po drodze, żadnych promów. Wujek Google oszacował trasę na 17 godzin, wyjechaliśmy o 8:00 i liczyliśmy, że jako dwóch kierowców mamy szansę dojechać do celu w jeden dzień. Ale się przeliczyliśmy - co prawda im dalej na południe tym mniej śniegu i bardziej sucha droga, ale na moście między Szwecją i Danią był wypadek i utknęliśmy tam na godzinę. Około północy byliśmy dopiero w okolicy Berlina, więc trzeba było zrobić przerwę.

Święta z rodzinami - jedni rodzice, drudzy rodzice, odwiedziny u krewnych i po 3 dniach powrót. Znowu 2 dni. Tym razem nocowaliśmy już bardzo blisko domu - jedyne 300 km! Był problem, żeby znaleźć hotel - większość zamknięta (na cały okres świąteczno-noworoczny) albo z recepcją czynną do 22:00 (a było już po 22, gdy zaczęłam szukać na sieci miejsc do spania), albo dosyć drogi. Na szczęście znalazł się jeden, w promocyjnej, akceptowalnej, cenie :)

Miło się było spotkać z rodziną, ale nawet mimo tego i mimo że lubimy jeździć, to wróciliśmy do domu zmęczeni. Jak się często zmienia łóżko, to czasem człowiek się budzi i nie wie, gdzie jest.
A 2 dni później czekał nas kolejny wyjazd... mój gwiazdkowy prezent ;)

niedziela, 21 października 2012

Chiński Lucyfer

Moja firma współpracuje z kilkoma innymi firmami, więc od czasu do czasu w korespondencji przewija się jakieś nowe imię.
Tym razem email od M zamiast zwykłego "FYI" zaczął się od wyjaśnień, że jeden z Chińczyków pracujących w firmie naszego partnera dość niefortunnie przetłumaczył swoje imię na angielski. Nie wiadomo, czy ktoś z niego sobie zażartował, a człowiek dowcipu nie zrozumiał, czy skorzystał z jakiegoś internetowego tłumacza i nie sprawdził, co mu wyszło...
Z zainteresowaniem przejrzałam dołączoną korespondencję i trafiłam na:
"Hi Lucifer"
Ekhm, tak... trochę niefortunnie to brzmi...

piątek, 8 czerwca 2012

Szkolenie

Kolega z pracy wysłał mi informację o szkoleniu dla testerów. Szkolenie miało być zaraz po pracy, niedaleko mojego biura, za darmo i trwać tylko godzinę. Więc się zapisałam.

Opis szkolenia był w języku angielskim, ale drukowanymi literami podano informację, że prowadzone będzie w języku szwedzkim. Chwilę się zastanawiałam, czy nie będzie głupio, jak nie zrozumiem, o czym prowadzący opowiada, ale doszłam do wniosku, że skoro to jest szkolenie, to wystarczy siedzieć i słuchać. I ewentualnie śmiać się wtedy, co inni :P

Kolega był na kilku wykładach prowadzonych przez tę samą firmę (konsultanci przygotowują prezentacje związane z ich pracą i bazujące ma ich doświadczeniu zawodowym) i polecał je nie tylko ze względów merytorycznych. Mówił też, że zawsze mają dobre kanapki :)

Szkolenie nie było ani trochę straszne. Większość uczestników stanowili programiści - może to i dobrze, bo oni często nie doceniają roli QA - ale było również kilku testerów. Prowadzący mówił po szwedzku, slajdy były po angielsku, a ja wszystko rozumiałam!
No, pomijając pytania innych uczestników. A ludzie zadawali pytania nie tylko po prezentacji, gdzie był na to specjalnie przeznaczony czas, ale również w trakcie. Raz się zdarzyło, że ktoś tak po prostu się odezwał, a w pozostałych przypadkach jak ktoś chciał zabrać głos, to podnosił rękę i czekał aż zostanie wskazany przez prowadzącego. Bardzo uporządkowanie to wyglądało.

A, kanapki i napoje trzeba było sobie wziąć przed prezentacją i zjeść przed albo w trakcie. Mi trochę przeszkadzały szelesty opakowań, bo musiałam się skupiać na słuchaniu, ale innym chyba nie.

środa, 30 maja 2012

Podwójne przeczenie

W czasie ostatniej wizyty w urzędzie Marcin uzupełniał dokumenty, a ja te same dokumenty składałam. Ponieważ Marcin zaczął rozmawiać z urzędnikiem jako pierwszy, więc najpierw on został obsłużony, a później przyszła kolej na mnie.
I urzędnik chcąc się upewnić, że ja nie zostawiłam wcześniej dokumentów - tak jak to zrobił Marcin - zadał mi pytanie. Z przeczeniem. Więc ja odpowiedziałam tak, jak zwykle odpowiadam po polsku - czyli na pytanie z przeczeniem odpowiedziałam "nej" ("nie"), co - w moim mniemaniu - miało potwierdzać tezę z pytania. Pan urzędnik z dokumentami w ręce zastygł na chwilę. Zorientowałam się, że powiedziałam coś nie tak. Na powtórzone pytanie odpowiedziałam, więc "ja" ("tak") - czyli całkiem inaczej niż przed chwilą. Na szczęście odezwał się Marcin i powiedział całe zdanie, z którego wynikało, że ja żadnych dokumentów tu jeszcze nie składałam. Ufff!

W szwedzkim na pytania z przeczeniami odpowiada się:
- "Ja" ("tak") - chcąc potwierdzić tezę z pytania (tę z przeczeniem),
- "Jo" (coś jakby "nie", ale stosowane tylko w tym przypadku) - chcąc zaprzeczyć tezie z pytania.
I nie używa się standardowego "nie" ("nej"), bo wtedy nikt nie wie, o co chodzi.

Trzeba się było bardziej przyłożyć do nauki języka na kursie. Bo to było, pamiętam!