Pod koniec kwietnia w lasach w okolicy Lund przeprowadzono kilkudniową akcję postarzania (veteranisering) drzew. Postarzanie polega na zwiększaniu ilości martwego drewna w młodych drzewach, głównie dębach, przez celowe uszkadzanie korony drzewa i łamanie gałęzi. Dzięki temu zwiększa się powierzchnię do życia dla różnych gatunków - a może być ich aż 500, w tym porosty, grzyby, owady i pajęczaki.
Postarzając drzewa, leśnicy próbują załatać przerwę pokoleniową w drzewach na obszarze Natura-2000 w okolicy Lund. Duża część drzew na tym terenie ma ponad 250 lat, a drugą grupę stanowią drzewa młodsze niż 100 lat. Gdyby sytuacja pozostała niezmieniona, starsze drzewa zaczęłyby padać ze starości, gdy w okolicy nie byłoby jeszcze drzew odpowiednio starych, by mogły się na nie przenieść organizmy z martwego drzewa. Dzięki postarzaniu leśnicy mają nadzieję na zapewnienie wszystkim gatunkom ciągłości dobrych warunków do życia.
Źródło: Skogen.se
czwartek, 29 czerwca 2017
niedziela, 7 maja 2017
Noc w lesie
W ostatnią sobotę kwietnia wybraliśmy się na obserwowanie zwierząt w lesie. W Hälsinglandzie znaleźliśmy zagrodę Norrigården Vildmark, którą prowadzi leśniczy. Poza dziennymi wycieczkami do lasu i noclegiem w gospodarstwie, można tam wynająć na noc jedną z dwóch kryjówek w lesie: małą lub dużą.
My zarezerwowaliśmy małą, ale ponieważ nie było innych gości tego dnia, leśniczy zaproponował nam zostanie na noc w dużej, która ma toaletę w środku.
Samochód zostawiliśmy na podwórku leśniczego. Następnie leśniczy zabrał nas do lasu swoim samochodem, a na końcu czekał nas jeszcze kilkunastominutowy spacer przez las. W całkowitej ciszy, żeby nie spłoszyć zwierząt.
Gdy dotarliśmy na miejsce, była mniej więcej godzina 16:30. Zwierzęta pojawiają się w okolicy godziny 19:00, a potrzeba około 2 godzin, żeby zapach ludzkich śladów rozmył się na tyle, by zwierzęta przestały omijać dane miejsce.
Wewnątrz drewnianego domku było 0 stopni. Leśniczy włączył ogrzewanie gazowe i poinstruował nas, że możemy rozmawiać tylko szeptem, nie powinniśmy tupać, a gdy zwierzęta zjawią się w pobliżu, nie powinniśmy wykonywać gwałtownych ruchów (będąc w pomieszczeniu!), żeby ich nie przepłoszyć.
W domku nie było prądu ani bieżącej wody. W tym, w którym spaliśmy była toaleta kompostująca, a w drugim, mniejszym, toaleta była kilka metrów za domem - dla tych mniej odważnych zostawiono wewnątrz domu wiadro.
Oba drewniane domki są pokryte siatką maskującą, ale poza oknami mają też otwory na aparaty fotograficzne, żeby nie trzeba było robić zdjęć przez szybę. Między małą a dużą kryjówką znajduje się rzadszy las, w którym wysypywane jest jedzenie dla niedźwiedzi. Poza niedźwiedziami przychodzą w tę okolicę również rosomaki i lisy.
Nam udało się zobaczyć niedźwiedzie, ale były w oddali, tak że trzeba było patrzeć przez lornetkę, by je zobaczyć.
W nocy nagrzaliśmy wnętrze do jakichś 10 stopni, więc można było obserwować las siedząc bez czapki, chociaż pod kocem. Pod koniec kwietnia w nocy jest ciemno przez kilka godzin, więc poszliśmy spać. A kładąc się spać wyłączyliśmy ogrzewanie. Dzięki temu prostemu trikowi temperatura nad ranem spadła do 5 stopni, a ja spędziłam noc w śpiworze, czapce i pod kocem.
O 7 rano przyjechał po nas leśniczy. Gdy zobaczył, że nam zimno, wysłał nas do nagrzanego samochodu, więc mogliśmy odmarzać w czasie, gdy on m.in. zbierał informacje z zamontowanych w pobliżu kryjówek kamer. Miło z jego strony, że przychodząc po nas zostawił w lesie otwarty samochód.
Gdy jechaliśmy do zagrody, widzieliśmy w lesie dwie samice głuszca - stały przy drodze i najwyraźniej na coś czekały - a później jeszcze stado saren na polu leśniczego. Zapytaliśmy, czy one nie boją się podchodzić tak blisko. Leśniczy odpowiedział, że przestały przychodzić zimą, gdy dwa razy wilki upolowały w tym miejscu sarny, ale teraz znowu przychodzą.
My zarezerwowaliśmy małą, ale ponieważ nie było innych gości tego dnia, leśniczy zaproponował nam zostanie na noc w dużej, która ma toaletę w środku.
[Widok z górnego łóżka]
[Stanowiska obserwacyjne]
Samochód zostawiliśmy na podwórku leśniczego. Następnie leśniczy zabrał nas do lasu swoim samochodem, a na końcu czekał nas jeszcze kilkunastominutowy spacer przez las. W całkowitej ciszy, żeby nie spłoszyć zwierząt.
[Śnieg na leśnym poboczu]
Gdy dotarliśmy na miejsce, była mniej więcej godzina 16:30. Zwierzęta pojawiają się w okolicy godziny 19:00, a potrzeba około 2 godzin, żeby zapach ludzkich śladów rozmył się na tyle, by zwierzęta przestały omijać dane miejsce.
Wewnątrz drewnianego domku było 0 stopni. Leśniczy włączył ogrzewanie gazowe i poinstruował nas, że możemy rozmawiać tylko szeptem, nie powinniśmy tupać, a gdy zwierzęta zjawią się w pobliżu, nie powinniśmy wykonywać gwałtownych ruchów (będąc w pomieszczeniu!), żeby ich nie przepłoszyć.
[Regulamin]
W domku nie było prądu ani bieżącej wody. W tym, w którym spaliśmy była toaleta kompostująca, a w drugim, mniejszym, toaleta była kilka metrów za domem - dla tych mniej odważnych zostawiono wewnątrz domu wiadro.
Oba drewniane domki są pokryte siatką maskującą, ale poza oknami mają też otwory na aparaty fotograficzne, żeby nie trzeba było robić zdjęć przez szybę. Między małą a dużą kryjówką znajduje się rzadszy las, w którym wysypywane jest jedzenie dla niedźwiedzi. Poza niedźwiedziami przychodzą w tę okolicę również rosomaki i lisy.
[Widok z okna]

[Ogrzewanie]
Nam udało się zobaczyć niedźwiedzie, ale były w oddali, tak że trzeba było patrzeć przez lornetkę, by je zobaczyć.
W nocy nagrzaliśmy wnętrze do jakichś 10 stopni, więc można było obserwować las siedząc bez czapki, chociaż pod kocem. Pod koniec kwietnia w nocy jest ciemno przez kilka godzin, więc poszliśmy spać. A kładąc się spać wyłączyliśmy ogrzewanie. Dzięki temu prostemu trikowi temperatura nad ranem spadła do 5 stopni, a ja spędziłam noc w śpiworze, czapce i pod kocem.

[Pobudka]
[Temperatura o poranku]
O 7 rano przyjechał po nas leśniczy. Gdy zobaczył, że nam zimno, wysłał nas do nagrzanego samochodu, więc mogliśmy odmarzać w czasie, gdy on m.in. zbierał informacje z zamontowanych w pobliżu kryjówek kamer. Miło z jego strony, że przychodząc po nas zostawił w lesie otwarty samochód.
Gdy jechaliśmy do zagrody, widzieliśmy w lesie dwie samice głuszca - stały przy drodze i najwyraźniej na coś czekały - a później jeszcze stado saren na polu leśniczego. Zapytaliśmy, czy one nie boją się podchodzić tak blisko. Leśniczy odpowiedział, że przestały przychodzić zimą, gdy dwa razy wilki upolowały w tym miejscu sarny, ale teraz znowu przychodzą.
[Sarny przed domem leśniczego]
sobota, 6 maja 2017
Läkfremjandet - promotorzy zabawy
Läkfremjandet jest szwedzkim oddziałem organizacji International Play Association (IPA), która zajmuje się promowaniem zabawy wśród dzieci. Organizacja została założona w 1961 roku i liczy obecnie 50 państw członkowskich. IPA skupia się na promowaniu artykułu 31 z Konwencji Praw Dziecka, który mówi, że prawo dziecka do zabawy jest jednym z praw człowieka.
Läkfremjandet doszło do wniosku, że w szwedzkie dzieci spędzają obecnie na zabawie mniej czasu niż wcześniej, a ponadto uważają one, że zabawy są nudne. Organizacja postanowiła zmienić ten trend i odwiedza przedszkola oraz szkoły organizując dzieciom czas na przerwach, pokazując różne zabawy.
Szwedzki oddział IPA zajmuje się również katalogowaniem zabaw. Listę ponad 500 zabaw pogrupowanych według okazji (zabawy na Wielkanoc, Midsommar czy urodziny) można znaleźć na internetowej stronie archiwum zabaw.
Läkfremjandet doszło do wniosku, że w szwedzkie dzieci spędzają obecnie na zabawie mniej czasu niż wcześniej, a ponadto uważają one, że zabawy są nudne. Organizacja postanowiła zmienić ten trend i odwiedza przedszkola oraz szkoły organizując dzieciom czas na przerwach, pokazując różne zabawy.
Szwedzki oddział IPA zajmuje się również katalogowaniem zabaw. Listę ponad 500 zabaw pogrupowanych według okazji (zabawy na Wielkanoc, Midsommar czy urodziny) można znaleźć na internetowej stronie archiwum zabaw.
czwartek, 4 maja 2017
Public Lending Right w Szwecji
W porannej audycji radiowej usłyszałam o propozycji podniesienia opłat, które biblioteki płacą autorom książek. Podwyżka miałaby być nieduża - chyba z 1,60 kr do 1,76 kr od każdego wypożyczenia. Zdziwiło mnie, że biblioteki płacą autorom za każde wypożyczenie książki, chociaż wcześniej słyszałam o opłacie za e-booki.
Pamiętam, że w polskich bibliotekach miejskich, do których byłam zapisana, była jakaś nieduża opłata miesięczna albo roczna. Te pieniądze miały być przeznaczane na zakup nowych książek. O opłatach na rzecz autorów nie słyszałam.
W Sztokholmie biblioteki, w których wypożyczam książki, są bezpłatne.
W Uni Europejskiej na początku lat 90 wprowadzono dyrektywę PLR (Public Lending Right), która dotyczyła rekompensat dla autorów nieodpłatnie udostępnianych utworów. Zanim Unia Europejska wydała dyrektywę, prawo to obowiązywało w Dani od prawie 50 lat. Na świecie PLR jest wdrożony w kilkudziesięciu państwach, ale nie ma wśród nich Polski - prawdopodobnie dlatego nie słyszałam wcześniej o rekompensatach dla autorów, mimo że płaciłam składki na bibliotekę.
Jesienią ubiegłego roku była w Szwecji e-bookowa afera. Rodzina jednego wydawcy wypożyczała książki w formacie elektronicznym - książki z tego wydawnictwa. Biblioteki za wypożyczanie e-booków płacą więcej niż za tradycyjne książki, bo aż 30 kr, więc ktoś zwietrzył możliwość łatwego zarobku.
Sprawa wyszła na jaw, ponieważ w ciągu kilku miesięcy biblioteka musiała zapłacić wydawnictwu w sumie 82 000 kr. Pracownicy biblioteki zaczęli przyglądać się źródłom kosztów i odkryli, że kilka osób wypożycza w kółko te same książki, w tym książki nie przeznaczone dla swojej grupy wiekowej.
Po tym odkryciu biblioteki zaczęły pracować nad systemem zabezpieczającym przed podobnymi nadużyciami, ale nie słyszałam, żeby zostały już podjęte jakieś decyzje w tej sprawie.
Pamiętam, że w polskich bibliotekach miejskich, do których byłam zapisana, była jakaś nieduża opłata miesięczna albo roczna. Te pieniądze miały być przeznaczane na zakup nowych książek. O opłatach na rzecz autorów nie słyszałam.
W Sztokholmie biblioteki, w których wypożyczam książki, są bezpłatne.
W Uni Europejskiej na początku lat 90 wprowadzono dyrektywę PLR (Public Lending Right), która dotyczyła rekompensat dla autorów nieodpłatnie udostępnianych utworów. Zanim Unia Europejska wydała dyrektywę, prawo to obowiązywało w Dani od prawie 50 lat. Na świecie PLR jest wdrożony w kilkudziesięciu państwach, ale nie ma wśród nich Polski - prawdopodobnie dlatego nie słyszałam wcześniej o rekompensatach dla autorów, mimo że płaciłam składki na bibliotekę.
Jesienią ubiegłego roku była w Szwecji e-bookowa afera. Rodzina jednego wydawcy wypożyczała książki w formacie elektronicznym - książki z tego wydawnictwa. Biblioteki za wypożyczanie e-booków płacą więcej niż za tradycyjne książki, bo aż 30 kr, więc ktoś zwietrzył możliwość łatwego zarobku.
Sprawa wyszła na jaw, ponieważ w ciągu kilku miesięcy biblioteka musiała zapłacić wydawnictwu w sumie 82 000 kr. Pracownicy biblioteki zaczęli przyglądać się źródłom kosztów i odkryli, że kilka osób wypożycza w kółko te same książki, w tym książki nie przeznaczone dla swojej grupy wiekowej.
Po tym odkryciu biblioteki zaczęły pracować nad systemem zabezpieczającym przed podobnymi nadużyciami, ale nie słyszałam, żeby zostały już podjęte jakieś decyzje w tej sprawie.
wtorek, 11 kwietnia 2017
Drottninggatan, 7 kwietnia
W piątek siedziałam przy swoim biurku w pracy, gdy przyszedł push z wiadomością o wypadku w centrum Sztokholmu. DN podało informację o ciężarówce, która wjechała w dom towarowy. Od razu napisałam do Marcina, żeby się upewnić, że jest w pracy na północy miasta. Był. Wtedy pomyślałam, że trzeba też napisać do rodziców - żeby zdążyć zanim wiadomość pojawi się w polskich mediach. Nawet jeśli ta ciężarówka to tylko wypadek, to przecież rodzice nie wiedzą, gdzie to dokładnie się zdażyło - im dalej się jest od centrum zdarzeń, tym bardziej obszar zlewa się w punkt; dla nich nie ma znaczenia czy coś się dzieje koło nas, czy w "dzielnicy po drugiej stronie miasta", "Sztokholm" to jedno konkretne miejsce. I my tu mieszkamy.
Zanim wysłałam wiadomości do rodziny, Marcin napisał, że firma podstawiła im taksówki i jest już w drodze do domu. Jak się później okazało, fakt, że firma zareagowała tak szybko, pozwolił mu praktycznie bezproblemowo wrócić do domu. Niedługo później część dróg została zamknięta, część się zakorkowała, więc czas dojazdu znacznie by się wydłużył.
Dostałam notyfikację na FB, że ktoś znajomy pyta, czy wszystko ze mną w porządku, a FB dał możliwość oznaczenia się jako "jestem bezpieczna" (możliwość taką dostają wszyscy znajdujący się w obrębie chyba kilku kilometrów od centrum katastrofy).
Ja pracuję znacznie bliżej centrum niż Marcin, bo na Kungsholmen. Zdecydowałam się więc zaczekać w biurze na rozwój wydarzeń. Gdy przyszedł push z informacją o strzałach, które ktoś podobno słyszał w okolicy Friedhemsplan, stwierdziłam, że najwyżej posiedzę w biurze do wieczora. Informacja o strzałach okazała się później nieprawdziwa, ale lepiej było dmuchać na zimne i poczekać na oficjalne potwierdzenie lub zaprzeczenie informacji.
Ponieważ metro przestało jeździć, a w centrum cała komunikacja stanęła, czekał mnie długi spacer do domu. Nie pierwszy raz - zdarzało mi się wracać pieszo, bo ładna pogoda była albo dlatego, że metro miało awarię - więc drogę znałam i wiedziałam, że zajmuje około 2 godzin.
Za to pierwszy raz w życiu widziałam takie tłumy ludzi na moście Västerbron! Na co dzień mija się tam pieszych co kilka lub kilkanaście metrów. Znacznie więcej jest rowerzystów. Tym razem ludzie zajęli cały chodnik i ścieżkę rowerową, więc rowerzyści albo jechali ulicą, albo jechali bardzo powoli ścieżką czekając, aż ludzie ich zauważą i przepuszczą.
Kilka sklepów na Södermalm było zamkniętych - na drzwiach wisiały kartki, że sklep zamknięto ze względu na wydarzenia w centrum. Zamknięte były też wszystkie siłownie, które mijałam po drodze do domu.
Byłam bardzo pozytywnie zaskoczona szwedzkimi mediami - czytałam głównie Dagens Nyheter, a całe popołudnie i wieczór słuchałam P1 w szwedzkim radiu. Na swoich profilach FB media informowały, że wszystkie komentarze zawierające niepotwierdzone informacje będą usuwane; i były. Części ludzi się to nie podobało, ale myślę, że na wielu działało uspokajająco.
Zarówno na FB jak i na stronach internetowych mediów, organizacji pozarządowych i urzędów, poza informacjami o przebiegu wydarzeń i pracy służb, pojawiły się też inne informacje - jak rozmawiać o tym, co się stało, z dziećmi; jak je chronić przed drastycznymi zdjęciami, które pojawiły się w mediach społecznościowych; gdzie można uzyskać pomoc psychologiczną i do kogo się zwrócić, jeśli chce się porozmawiać o tym, co się stało.
Szpitale (nie wszystkie, ale 3 lub 4 najbliżej centrum miasta) przeszły w tryb kryzysowy, co oznaczało m.in. że mieli nie tylko specjalny tryb pracy dla lekarzy, ale też wsparcie psychologiczne do ludzi.
Na miejscu zdarzenia pojawili się ludzie z Czerwonego Krzyża i będą tam jeszcze przez kilka najbliższych dni. Zapewniają wsparcie kryzysowe; jak sami mówią można z nimi porozmawiać o tym, co się stało, o tym, jak się ludzie czują, ale też mogą przytulić i potrzymać za rękę, jeśli tego komuś potrzeba.
Kilka godzin po zdarzeniu i przez cały weekend po nim, media wypełniały się informacjami o tym, jak ludzie sobie pomagali. Jak oferowali podwiezienie czy nocleg. Jak przynosili policjantom, których więcej pojawiło się na ulicach, kwiaty, ale też owoce czy kanapki.
Pojawiły się historie ludzi, którzy byli na miejscu i starali się pomóc - jak kierowca, który widząc pędzącą ciężarówkę zaczął trąbić, by ostrzec ludzi przez niebezpieczeństwem; albo inny, który ustawił swoją ciężarówkę w poprzek drogi, by zablokować zamachowcowi możliwość wjazdu na drugą część Drottninggatan.
Były zdjęcia policyjnych samochodów obłożonych kwiatami w ogromnych ilościach. I filmy pokazujące ludzi przytulających się do policjantów. Sama też widziałam, jak w niedzielę policjant przytulał jakieś dziecko niedaleko mojej stacji metra.
Służby działały bardzo sprawnie. Na miejscu policjanci zjawili się w ciągu kilku minut od zdarzenia. Chwilę później pojawił się też koordynator, który zajmował się przekazywaniem informacji między policją a np. firmami ochroniarskimi, co zniwelowało początkowy chaos. Czytałam, że kilka dni wcześniej służby miały szkolenie, na którym ćwiczono bardzo podobny scenariusz.
Do biur w okolicy zdarzenia wchodzili policjanci i mówili na przykład: "bierzecie turystów", po czym wpuszczali grupę ludzi, którymi pracownicy musieli się zająć. Nawet na późniejszej konferencji prasowej policja mówiła, że po pierwsze chronią życie, a później łapią przestępcę czy chronią mienie. Nie ma dyskusji, jest pełne skupienie na zadaniach zgodnie z priorytetami. Super profesjonalnie to wyglądało! Człowiek czuł, że oni mają wszystko pod kontrolą. A zapewnienie takiego poczucia ludziom jest jednym z ważniejszych i trudniejszych zadań w czasie kryzysu czy katastrofy.
Sam zamach wzbudził strach, ale muszę przyznać, że powrót do codziennej rutyny jest w takiej sytuacji bardzo ważny. Pozwala okiełznać ten strach.
Weekend spędziliśmy za miastem i zastanawialiśmy się, czy wracać do stolicy, czy może pracować zdalnie w poniedziałek. I muszę powiedzieć, że to, iż pojechałam rano do pracy tak, jak zwykle, spowodował, że poczułam się normalnie. Strach nie narastał. To dobrze!
Rozumiem teraz, dlaczego niektórzy świadkowie zamachu jeszcze w weekend pojechali zobaczyć miejsce zdarzenia. Myślę, że im dłużej by go unikali, tym trudniej by im było się przemóc, żeby tam kiedyś pojechać.
W związku z zamachem zdarzyła się też rzecz dziwna. Dom towarowy, w który wjechała ciężarówka, ogłosił promocję na rzeczy uszkodzone przez dym i ogień - informację o tym rozesłał mailem do swoich klientów. W tym mailu napisał również, że przeceny zaczną się już w niedzielę, mimo że wcześniej podawano do wiadomości, że sklep będzie zamknięty do poniedziałku. Dziwnie to brzmi. Liczę na to, że ktoś się im włamał do systemu, a oni nie chcąc publicznie dociekać kto i dlaczego to zrobił, przyznali się do błędu i przeprosili za tę ofertę. Taką mam przynajmniej nadzieję.
Jest jeszcze jedna niepokojąca rzecz. I nie chodzi mi o to, że prokurator powiedział, że śledztwo potrwa przynajmniej rok (zamach z 2010 badano 4 lata, ale wtedy zamachowiec zginął - i tylko on - więc podobno nie było takiego pośpiechu). Bardziej martwi mnie informacja od służby bezpieczeństwa (SÄPO) - twierdzą oni, że przez spokojne, pokojowe i zjednoczone zachowanie Szwedów po zamachu, bardzo wzrosło ryzyko aktu terroru z drugiej strony, czyli od nacjonalistów pokroju Breivika. Chcą oni, żeby Szwedzi poczuli gniew, byli źli na imigrantów i ludzi nie rdzennie nordyckich. Jeszcze w niedzielę podano informację o możliwym zagrożeniu - ja nie wiem, czy dobrze to zrozumiałam, ale przewidywano duże ryzyko, że coś złego stanie się we wtorek. Szczegółów nie podano. Na szczęście wtorek ma się ku końcowi i nic się dzisiaj nie stało.
Zanim wysłałam wiadomości do rodziny, Marcin napisał, że firma podstawiła im taksówki i jest już w drodze do domu. Jak się później okazało, fakt, że firma zareagowała tak szybko, pozwolił mu praktycznie bezproblemowo wrócić do domu. Niedługo później część dróg została zamknięta, część się zakorkowała, więc czas dojazdu znacznie by się wydłużył.
Dostałam notyfikację na FB, że ktoś znajomy pyta, czy wszystko ze mną w porządku, a FB dał możliwość oznaczenia się jako "jestem bezpieczna" (możliwość taką dostają wszyscy znajdujący się w obrębie chyba kilku kilometrów od centrum katastrofy).
Ja pracuję znacznie bliżej centrum niż Marcin, bo na Kungsholmen. Zdecydowałam się więc zaczekać w biurze na rozwój wydarzeń. Gdy przyszedł push z informacją o strzałach, które ktoś podobno słyszał w okolicy Friedhemsplan, stwierdziłam, że najwyżej posiedzę w biurze do wieczora. Informacja o strzałach okazała się później nieprawdziwa, ale lepiej było dmuchać na zimne i poczekać na oficjalne potwierdzenie lub zaprzeczenie informacji.
Ponieważ metro przestało jeździć, a w centrum cała komunikacja stanęła, czekał mnie długi spacer do domu. Nie pierwszy raz - zdarzało mi się wracać pieszo, bo ładna pogoda była albo dlatego, że metro miało awarię - więc drogę znałam i wiedziałam, że zajmuje około 2 godzin.
Za to pierwszy raz w życiu widziałam takie tłumy ludzi na moście Västerbron! Na co dzień mija się tam pieszych co kilka lub kilkanaście metrów. Znacznie więcej jest rowerzystów. Tym razem ludzie zajęli cały chodnik i ścieżkę rowerową, więc rowerzyści albo jechali ulicą, albo jechali bardzo powoli ścieżką czekając, aż ludzie ich zauważą i przepuszczą.
Kilka sklepów na Södermalm było zamkniętych - na drzwiach wisiały kartki, że sklep zamknięto ze względu na wydarzenia w centrum. Zamknięte były też wszystkie siłownie, które mijałam po drodze do domu.
Byłam bardzo pozytywnie zaskoczona szwedzkimi mediami - czytałam głównie Dagens Nyheter, a całe popołudnie i wieczór słuchałam P1 w szwedzkim radiu. Na swoich profilach FB media informowały, że wszystkie komentarze zawierające niepotwierdzone informacje będą usuwane; i były. Części ludzi się to nie podobało, ale myślę, że na wielu działało uspokajająco.
Zarówno na FB jak i na stronach internetowych mediów, organizacji pozarządowych i urzędów, poza informacjami o przebiegu wydarzeń i pracy służb, pojawiły się też inne informacje - jak rozmawiać o tym, co się stało, z dziećmi; jak je chronić przed drastycznymi zdjęciami, które pojawiły się w mediach społecznościowych; gdzie można uzyskać pomoc psychologiczną i do kogo się zwrócić, jeśli chce się porozmawiać o tym, co się stało.
Szpitale (nie wszystkie, ale 3 lub 4 najbliżej centrum miasta) przeszły w tryb kryzysowy, co oznaczało m.in. że mieli nie tylko specjalny tryb pracy dla lekarzy, ale też wsparcie psychologiczne do ludzi.
Na miejscu zdarzenia pojawili się ludzie z Czerwonego Krzyża i będą tam jeszcze przez kilka najbliższych dni. Zapewniają wsparcie kryzysowe; jak sami mówią można z nimi porozmawiać o tym, co się stało, o tym, jak się ludzie czują, ale też mogą przytulić i potrzymać za rękę, jeśli tego komuś potrzeba.
Kilka godzin po zdarzeniu i przez cały weekend po nim, media wypełniały się informacjami o tym, jak ludzie sobie pomagali. Jak oferowali podwiezienie czy nocleg. Jak przynosili policjantom, których więcej pojawiło się na ulicach, kwiaty, ale też owoce czy kanapki.
Pojawiły się historie ludzi, którzy byli na miejscu i starali się pomóc - jak kierowca, który widząc pędzącą ciężarówkę zaczął trąbić, by ostrzec ludzi przez niebezpieczeństwem; albo inny, który ustawił swoją ciężarówkę w poprzek drogi, by zablokować zamachowcowi możliwość wjazdu na drugą część Drottninggatan.
Były zdjęcia policyjnych samochodów obłożonych kwiatami w ogromnych ilościach. I filmy pokazujące ludzi przytulających się do policjantów. Sama też widziałam, jak w niedzielę policjant przytulał jakieś dziecko niedaleko mojej stacji metra.
Służby działały bardzo sprawnie. Na miejscu policjanci zjawili się w ciągu kilku minut od zdarzenia. Chwilę później pojawił się też koordynator, który zajmował się przekazywaniem informacji między policją a np. firmami ochroniarskimi, co zniwelowało początkowy chaos. Czytałam, że kilka dni wcześniej służby miały szkolenie, na którym ćwiczono bardzo podobny scenariusz.
Do biur w okolicy zdarzenia wchodzili policjanci i mówili na przykład: "bierzecie turystów", po czym wpuszczali grupę ludzi, którymi pracownicy musieli się zająć. Nawet na późniejszej konferencji prasowej policja mówiła, że po pierwsze chronią życie, a później łapią przestępcę czy chronią mienie. Nie ma dyskusji, jest pełne skupienie na zadaniach zgodnie z priorytetami. Super profesjonalnie to wyglądało! Człowiek czuł, że oni mają wszystko pod kontrolą. A zapewnienie takiego poczucia ludziom jest jednym z ważniejszych i trudniejszych zadań w czasie kryzysu czy katastrofy.
Sam zamach wzbudził strach, ale muszę przyznać, że powrót do codziennej rutyny jest w takiej sytuacji bardzo ważny. Pozwala okiełznać ten strach.
Weekend spędziliśmy za miastem i zastanawialiśmy się, czy wracać do stolicy, czy może pracować zdalnie w poniedziałek. I muszę powiedzieć, że to, iż pojechałam rano do pracy tak, jak zwykle, spowodował, że poczułam się normalnie. Strach nie narastał. To dobrze!
Rozumiem teraz, dlaczego niektórzy świadkowie zamachu jeszcze w weekend pojechali zobaczyć miejsce zdarzenia. Myślę, że im dłużej by go unikali, tym trudniej by im było się przemóc, żeby tam kiedyś pojechać.
W związku z zamachem zdarzyła się też rzecz dziwna. Dom towarowy, w który wjechała ciężarówka, ogłosił promocję na rzeczy uszkodzone przez dym i ogień - informację o tym rozesłał mailem do swoich klientów. W tym mailu napisał również, że przeceny zaczną się już w niedzielę, mimo że wcześniej podawano do wiadomości, że sklep będzie zamknięty do poniedziałku. Dziwnie to brzmi. Liczę na to, że ktoś się im włamał do systemu, a oni nie chcąc publicznie dociekać kto i dlaczego to zrobił, przyznali się do błędu i przeprosili za tę ofertę. Taką mam przynajmniej nadzieję.
Jest jeszcze jedna niepokojąca rzecz. I nie chodzi mi o to, że prokurator powiedział, że śledztwo potrwa przynajmniej rok (zamach z 2010 badano 4 lata, ale wtedy zamachowiec zginął - i tylko on - więc podobno nie było takiego pośpiechu). Bardziej martwi mnie informacja od służby bezpieczeństwa (SÄPO) - twierdzą oni, że przez spokojne, pokojowe i zjednoczone zachowanie Szwedów po zamachu, bardzo wzrosło ryzyko aktu terroru z drugiej strony, czyli od nacjonalistów pokroju Breivika. Chcą oni, żeby Szwedzi poczuli gniew, byli źli na imigrantów i ludzi nie rdzennie nordyckich. Jeszcze w niedzielę podano informację o możliwym zagrożeniu - ja nie wiem, czy dobrze to zrozumiałam, ale przewidywano duże ryzyko, że coś złego stanie się we wtorek. Szczegółów nie podano. Na szczęście wtorek ma się ku końcowi i nic się dzisiaj nie stało.
niedziela, 2 kwietnia 2017
Biegówki
Śnieg stopniał, a wyczyszczone narty czekają na kolejny sezon. Bo już mamy swoje!
Na początku marca wybraliśmy się do Älvåsen, wypożyczyliśmy biegówki i pojechaliśmy na 4km trasę, gdzie wcześniej spacerowaliśmy. Tak się nam spodobało, że tydzień później jeździliśmy już na swoim sprzęcie.
Ponieważ do sklepu pojechaliśmy dzień po naszym pierwszym kontakcie z biegówkami, musieliśmy poprosić o pomoc sprzedawczynię. Spędziła z nami z pół godziny pomagając wybrać narty i buty, zaznaczając strefy woskowania na nartach i tłumacząc, co i jak często należy przy nich robić. Poza nartami, butami i kijkami, kupiliśmy więc również wosk, "żelazko" do woskowania, klej (podobno prostszy w użyciu niż woski do strefy hamowania), sprej i szmatki do czyszczenia, szczotkę, i dwa plastiki (płaski i okrągły) do zdrapywania nadmiaru wosku.
Zanim wybraliśmy się do sklepu, nawet nie wiedziałam, że narty mają strefę hamowania (być może ma to bardziej profesjonalną nazwę). I że z tego powodu narty biegowe dopasowuje się nie tylko do wzrostu, ale również do wagi. Gdy ciężar ciała spoczywa na obu nartach, strefa hamowania nie ma kontaktu z podłożem, ale gdy ciężar przeniesie się na jedną nogę, to narta pod tą nogą powinna się stykać ze śniegiem całą powierzchnią.
W nowych nartach trzeba tę strefę zeszlifować - chociaż słowo "mocno porysować" lepiej oddaje to, co się z nartami robi - a następnie nawoskować albo nałożyć na nią klej. My użyliśmy pasków kleju, który rozciągnęliśmy na brzegach, bo równy brzeg mógłby spowodować, że narta by pojechała, a klej został na śniegu (tak przynajmniej powiedziała nam sprzedawczyni).
Na pozostałą część narty nałożyliśmy wosk, topiąc go tym specjalnym żelazkiem. Po kilkunastu minutach nadmiar wosku zdrapaliśmy. I narty gotowe.
Zarówno wosk i klej kupuje się na konkretne temperatury - my wosk mieliśmy bardziej wiosenny, bo na zakres -4 do +4 stopnie C. Wygląda więc na to, że woski trzeba będzie zmieniać kilka razy w sezonie. Albo biegać tylko wtedy, kiedy temperatura jest odpowiednia dla aktualnie nałożonego wosku ;-)
Muszę tu wspomnieć, że woskowanie nart w domu nie było najlepszym pomysłem. I nawet nie chodzi o kapanie woskiem na podłogę, bo takich plam mieliśmy zaledwie kilka - pod nartami mieliśmy rozłożone gazety. Ale przy zdrapywaniu nadmiaru wosku, pryskał on we wszystkich kierunkach, a potem wcierał się w podłogę. Dzięki temu podłoga w części pokoju została tak dobrze nawoskowana, że w ciągu kolejnych 2 tygodni kilka razy zdarzyło się nam lądować na podłodze, gdy szliśmy przez nawoskowaną strefę. Myślę, że dużo bezpieczniej robić woskowanie na podwórku; ewentualnie można spróbować szczelnie zakryć dużą (większą niż tylko najbliższa okolica nart) część podłogi w pokoju.
Jeśli chodzi o czyszczenie nart, to wosk wystarczy spryskać płynem do czyszczenia nart i przetrzeć szmatką. Większy problem jest z klejem. Po zdarciu jego grubszej warstwy, wciąż zostaje go sporo, a gdy próbuje się użyć spreju i szmatek, to klej zaczyna się przenosić na szmatkę i na palce, co nie jest przyjemne, bo trudno się go zmywa. Ale jest to możliwe!
Czyste narty czekają teraz na kolejną zimę.
Na początku marca wybraliśmy się do Älvåsen, wypożyczyliśmy biegówki i pojechaliśmy na 4km trasę, gdzie wcześniej spacerowaliśmy. Tak się nam spodobało, że tydzień później jeździliśmy już na swoim sprzęcie.

[Trasa w Älvåsen]
Ponieważ do sklepu pojechaliśmy dzień po naszym pierwszym kontakcie z biegówkami, musieliśmy poprosić o pomoc sprzedawczynię. Spędziła z nami z pół godziny pomagając wybrać narty i buty, zaznaczając strefy woskowania na nartach i tłumacząc, co i jak często należy przy nich robić. Poza nartami, butami i kijkami, kupiliśmy więc również wosk, "żelazko" do woskowania, klej (podobno prostszy w użyciu niż woski do strefy hamowania), sprej i szmatki do czyszczenia, szczotkę, i dwa plastiki (płaski i okrągły) do zdrapywania nadmiaru wosku.
Zanim wybraliśmy się do sklepu, nawet nie wiedziałam, że narty mają strefę hamowania (być może ma to bardziej profesjonalną nazwę). I że z tego powodu narty biegowe dopasowuje się nie tylko do wzrostu, ale również do wagi. Gdy ciężar ciała spoczywa na obu nartach, strefa hamowania nie ma kontaktu z podłożem, ale gdy ciężar przeniesie się na jedną nogę, to narta pod tą nogą powinna się stykać ze śniegiem całą powierzchnią.
W nowych nartach trzeba tę strefę zeszlifować - chociaż słowo "mocno porysować" lepiej oddaje to, co się z nartami robi - a następnie nawoskować albo nałożyć na nią klej. My użyliśmy pasków kleju, który rozciągnęliśmy na brzegach, bo równy brzeg mógłby spowodować, że narta by pojechała, a klej został na śniegu (tak przynajmniej powiedziała nam sprzedawczyni).
[Paski kleju]
Na pozostałą część narty nałożyliśmy wosk, topiąc go tym specjalnym żelazkiem. Po kilkunastu minutach nadmiar wosku zdrapaliśmy. I narty gotowe.
[Woskowanie nart]
Zarówno wosk i klej kupuje się na konkretne temperatury - my wosk mieliśmy bardziej wiosenny, bo na zakres -4 do +4 stopnie C. Wygląda więc na to, że woski trzeba będzie zmieniać kilka razy w sezonie. Albo biegać tylko wtedy, kiedy temperatura jest odpowiednia dla aktualnie nałożonego wosku ;-)
Muszę tu wspomnieć, że woskowanie nart w domu nie było najlepszym pomysłem. I nawet nie chodzi o kapanie woskiem na podłogę, bo takich plam mieliśmy zaledwie kilka - pod nartami mieliśmy rozłożone gazety. Ale przy zdrapywaniu nadmiaru wosku, pryskał on we wszystkich kierunkach, a potem wcierał się w podłogę. Dzięki temu podłoga w części pokoju została tak dobrze nawoskowana, że w ciągu kolejnych 2 tygodni kilka razy zdarzyło się nam lądować na podłodze, gdy szliśmy przez nawoskowaną strefę. Myślę, że dużo bezpieczniej robić woskowanie na podwórku; ewentualnie można spróbować szczelnie zakryć dużą (większą niż tylko najbliższa okolica nart) część podłogi w pokoju.
Jeśli chodzi o czyszczenie nart, to wosk wystarczy spryskać płynem do czyszczenia nart i przetrzeć szmatką. Większy problem jest z klejem. Po zdarciu jego grubszej warstwy, wciąż zostaje go sporo, a gdy próbuje się użyć spreju i szmatek, to klej zaczyna się przenosić na szmatkę i na palce, co nie jest przyjemne, bo trudno się go zmywa. Ale jest to możliwe!
Czyste narty czekają teraz na kolejną zimę.
wtorek, 28 marca 2017
Ładowarki w autobusach
Niedawno zobaczyłam w autobusie miejskim gniazdka USB. Z symbolem telefonu komórkowego. Ktoś pomyślał i można - o ile ma się ze sobą kabel - ładować telefon w czasie jazdy komunikacją miejską!
[Podwójna ładowarka USB]
Z informacji znalezionych w Internecie wynika, że część autobusów i pociągów podmiejskich w Sztokholmie ma gniazdka USB od połowy 2015 roku, a od początku 2016 roku są one również w niektórych autobusach miejskich w Uppsali.
Subskrybuj:
Posty (Atom)









