Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stockholm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stockholm. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 15 lipca 2018

Mandat za parkowanie

Nieprawidłowe parkowanie to chyba najczęściej karane mandatem wykroczenie. W ciągu 6 lat mieszkania w Szwecji dostaliśmy mandat kilka razy - ostatnio za wystawanie za zewnętrzny obrys parkingu, a wcześniej między innymi za parkowanie w zbyt małej odległości od przystanku (o ile dobrze pamiętam, to było ze 2 metry za blisko).

Mandat wygląda jak żółty paragon i jest wkładany za przednią wycieraczkę. Jeśli nie zapłaci się w ciągu tygodnia czy dwóch, to mandat przysyłany jest też pocztą.

[Fragment mandatu z opisem wykroczenia i zaznaczoną pozycją wentyli]

Co ciekawe mandatu za złe parkowanie nie dostaje się od razu (są tu wyjątki, np. parkowanie na miejscu dla niepełnosprawnych albo na przystanku autobusowym), ale kontroler sprawdza po jakimś czasie (czytałam, że zależnie od właściciela kontrolowanego miejsca jest to 3-30 minut), czy samochód nie był w tym czasie przemieszczany. Dlatego na mandacie można zobaczyć pozycję wentyli w kołach w czasie kontroli. Chodzi o to, że w wielu miejscach, w których normalnie nie wolno parkować, można zatrzymać samochód na czas rozpakowywania albo pakowania auta i nie będzie się za to ukaranym.


sobota, 23 czerwca 2018

Sandhamn

Sandhamn to mała miejscowość na jednej z wysp archipelagu Sztokholmskiego. Firma, w której obecnie pracuję, zorganizowała nam tam jednodniowy wyjazd integracyjny. Można było popłynąć łódką (szef i jeden kolega z zespołu płynęli swoimi motorówkami, a każdy z nich miał kilka wolnych miejsc), ale ja wybrałam komunikację miejską, czyli 20 minut metrem do Slussen, potem 40 minut autobusem do Stavsnäs i na końcu jeszcze godzina promem do Sandhamn.

[Położenie Sandhamn, Google maps]

[Prom w Stavsnäs]

Sandhamn jest miejscowością turystyczną - stałych mieszkańców ma około 100, ale w czasie wakacji przebywa tam nawet 3000 osób. 

[Nabrzeże i widok na Seglarhotell w Sandhamn]

[Plaża w Sandhamn]

[Port w Sandhamn]

[Port w Sandhamn]

Dzień był słoneczny, nie wiało zbyt mocno, więc w czasie pobytu na promie można było siedzieć na tarasie i podziwiać szkiery.

[Port w Sandhamn]

[Okolice Sandhamn]


wtorek, 11 kwietnia 2017

Drottninggatan, 7 kwietnia

W piątek siedziałam przy swoim biurku w pracy, gdy przyszedł push z wiadomością o wypadku w centrum Sztokholmu. DN podało informację o ciężarówce, która wjechała w dom towarowy. Od razu napisałam do Marcina, żeby się upewnić, że jest w pracy na północy miasta. Był. Wtedy pomyślałam, że trzeba też napisać do rodziców - żeby zdążyć zanim wiadomość pojawi się w polskich mediach. Nawet jeśli ta ciężarówka to tylko wypadek, to przecież rodzice nie wiedzą, gdzie to dokładnie się zdażyło - im dalej się jest od centrum zdarzeń, tym bardziej obszar zlewa się w punkt; dla nich nie ma znaczenia czy coś się dzieje koło nas, czy w "dzielnicy po drugiej stronie miasta", "Sztokholm" to jedno konkretne miejsce. I my tu mieszkamy.
Zanim wysłałam wiadomości do rodziny, Marcin napisał, że firma podstawiła im taksówki i jest już w drodze do domu. Jak się później okazało, fakt, że firma zareagowała tak szybko, pozwolił mu praktycznie bezproblemowo wrócić do domu. Niedługo później część dróg została zamknięta, część się zakorkowała, więc czas dojazdu znacznie by się wydłużył.

Dostałam notyfikację na FB, że ktoś znajomy pyta, czy wszystko ze mną w porządku, a FB dał możliwość oznaczenia się jako "jestem bezpieczna" (możliwość taką dostają wszyscy znajdujący się w obrębie chyba kilku kilometrów od centrum katastrofy).
Ja pracuję znacznie bliżej centrum niż Marcin, bo na Kungsholmen. Zdecydowałam się więc zaczekać w biurze na rozwój wydarzeń. Gdy przyszedł push z informacją o strzałach, które ktoś podobno słyszał w okolicy Friedhemsplan, stwierdziłam, że najwyżej posiedzę w biurze do wieczora. Informacja o strzałach okazała się później nieprawdziwa, ale lepiej było dmuchać na zimne i poczekać na oficjalne potwierdzenie lub zaprzeczenie informacji.

Ponieważ metro przestało jeździć, a w centrum cała komunikacja stanęła, czekał mnie długi spacer do domu. Nie pierwszy raz - zdarzało mi się wracać pieszo, bo ładna pogoda była albo dlatego, że metro miało awarię - więc drogę znałam i wiedziałam, że zajmuje około 2 godzin.
Za to pierwszy raz w życiu widziałam takie tłumy ludzi na moście Västerbron! Na co dzień mija się tam pieszych co kilka lub kilkanaście metrów. Znacznie więcej jest rowerzystów. Tym razem ludzie zajęli cały chodnik i ścieżkę rowerową, więc rowerzyści albo jechali ulicą, albo jechali bardzo powoli ścieżką czekając, aż ludzie ich zauważą i przepuszczą.

Kilka sklepów na Södermalm było zamkniętych - na drzwiach wisiały kartki, że sklep zamknięto ze względu na wydarzenia w centrum. Zamknięte były też wszystkie siłownie, które mijałam po drodze do domu.

Byłam bardzo pozytywnie zaskoczona szwedzkimi mediami - czytałam głównie Dagens Nyheter, a całe popołudnie i wieczór słuchałam P1 w szwedzkim radiu. Na swoich profilach FB media informowały, że wszystkie komentarze zawierające niepotwierdzone informacje będą usuwane; i były. Części ludzi się to nie podobało, ale myślę, że na wielu działało uspokajająco.
Zarówno na FB jak i na stronach internetowych mediów, organizacji pozarządowych i urzędów, poza informacjami o przebiegu wydarzeń i pracy służb, pojawiły się też inne informacje - jak rozmawiać o tym, co się stało, z dziećmi; jak je chronić przed drastycznymi zdjęciami, które pojawiły się w mediach społecznościowych; gdzie można uzyskać pomoc psychologiczną i do kogo się zwrócić, jeśli chce się porozmawiać o tym, co się stało.
Szpitale (nie wszystkie, ale 3 lub 4 najbliżej centrum miasta) przeszły w tryb kryzysowy, co oznaczało m.in. że mieli nie tylko specjalny tryb pracy dla lekarzy, ale też wsparcie psychologiczne do ludzi.

Na miejscu zdarzenia pojawili się ludzie z Czerwonego Krzyża i będą tam jeszcze przez kilka najbliższych dni. Zapewniają wsparcie kryzysowe; jak sami mówią można z nimi porozmawiać o tym, co się stało, o tym, jak się ludzie czują, ale też mogą przytulić i potrzymać za rękę, jeśli tego komuś potrzeba.

Kilka godzin po zdarzeniu i przez cały weekend po nim, media wypełniały się informacjami o tym, jak ludzie sobie pomagali. Jak oferowali podwiezienie czy nocleg. Jak przynosili policjantom, których więcej pojawiło się na ulicach, kwiaty, ale też owoce czy kanapki.
Pojawiły się historie ludzi, którzy byli na miejscu i starali się pomóc - jak kierowca, który widząc pędzącą ciężarówkę zaczął trąbić, by ostrzec ludzi przez niebezpieczeństwem; albo inny, który ustawił swoją ciężarówkę w poprzek drogi, by zablokować zamachowcowi możliwość wjazdu na drugą część Drottninggatan.

Były zdjęcia policyjnych samochodów obłożonych kwiatami w ogromnych ilościach. I filmy pokazujące ludzi przytulających się do policjantów. Sama też widziałam, jak w niedzielę policjant przytulał jakieś dziecko niedaleko mojej stacji metra.

Służby działały bardzo sprawnie. Na miejscu policjanci zjawili się w ciągu kilku minut od zdarzenia. Chwilę później pojawił się też koordynator, który zajmował się przekazywaniem informacji między policją a np. firmami ochroniarskimi, co zniwelowało początkowy chaos. Czytałam, że kilka dni wcześniej służby miały szkolenie, na którym ćwiczono bardzo podobny scenariusz.

Do biur w okolicy zdarzenia wchodzili policjanci i mówili na przykład: "bierzecie turystów", po czym wpuszczali grupę ludzi, którymi pracownicy musieli się zająć. Nawet na późniejszej konferencji prasowej policja mówiła, że po pierwsze chronią życie, a później łapią przestępcę czy chronią mienie. Nie ma dyskusji, jest pełne skupienie na zadaniach zgodnie z priorytetami. Super profesjonalnie to wyglądało! Człowiek czuł, że oni mają wszystko pod kontrolą. A zapewnienie takiego poczucia ludziom jest jednym z ważniejszych i trudniejszych zadań w czasie kryzysu czy katastrofy.

Sam zamach wzbudził strach, ale muszę przyznać, że powrót do codziennej rutyny jest w takiej sytuacji bardzo ważny. Pozwala okiełznać ten strach.
Weekend spędziliśmy za miastem i zastanawialiśmy się, czy wracać do stolicy, czy może pracować zdalnie w poniedziałek. I muszę powiedzieć, że to, iż pojechałam rano do pracy tak, jak zwykle, spowodował, że poczułam się normalnie. Strach nie narastał. To dobrze!
Rozumiem teraz, dlaczego niektórzy świadkowie zamachu jeszcze w weekend pojechali zobaczyć miejsce zdarzenia. Myślę, że im dłużej by go unikali, tym trudniej by im było się przemóc, żeby tam kiedyś pojechać.

W związku z zamachem zdarzyła się też rzecz dziwna. Dom towarowy, w który wjechała ciężarówka, ogłosił promocję na rzeczy uszkodzone przez dym i ogień - informację o tym rozesłał mailem do swoich klientów. W tym mailu napisał również, że przeceny zaczną się już w niedzielę, mimo że wcześniej podawano do wiadomości, że sklep będzie zamknięty do poniedziałku. Dziwnie to brzmi. Liczę na to, że ktoś się im włamał do systemu, a oni nie chcąc publicznie dociekać kto i dlaczego to zrobił, przyznali się do błędu i przeprosili za tę ofertę. Taką mam przynajmniej nadzieję.

Jest jeszcze jedna niepokojąca rzecz. I nie chodzi mi o to, że prokurator powiedział, że śledztwo potrwa przynajmniej rok (zamach z 2010 badano 4 lata, ale wtedy zamachowiec zginął - i tylko on - więc podobno nie było takiego pośpiechu). Bardziej martwi mnie informacja od służby bezpieczeństwa (SÄPO) - twierdzą oni, że przez spokojne, pokojowe i zjednoczone zachowanie Szwedów po zamachu, bardzo wzrosło ryzyko aktu terroru z drugiej strony, czyli od nacjonalistów pokroju Breivika. Chcą oni, żeby Szwedzi poczuli gniew, byli źli na imigrantów i ludzi nie rdzennie nordyckich. Jeszcze w niedzielę podano informację o możliwym zagrożeniu - ja nie wiem, czy dobrze to zrozumiałam, ale przewidywano duże ryzyko, że coś złego stanie się we wtorek. Szczegółów nie podano. Na szczęście wtorek ma się ku końcowi i nic się dzisiaj nie stało.

wtorek, 28 marca 2017

Ładowarki w autobusach

Niedawno zobaczyłam w autobusie miejskim gniazdka USB. Z symbolem telefonu komórkowego. Ktoś pomyślał i można - o ile ma się ze sobą kabel - ładować telefon w czasie jazdy komunikacją miejską!

[Podwójna ładowarka USB]

Z informacji znalezionych w Internecie wynika, że część autobusów i pociągów podmiejskich w Sztokholmie ma gniazdka USB od połowy 2015 roku, a od początku 2016 roku są one również w niektórych autobusach miejskich w Uppsali.

niedziela, 4 września 2016

Niewidzialna wystawa

Pierwsza Niewidzialna wystawa pojawiła się w 2007 roku w Budapeszcie. 4 lata później otwarto wystawę w Warszawie i Pradze, a 3 dni temu w Sztokholmie. Trwają przygotowania do wystawy w USA.

Największe wrażenie robi ciemna część wystawy, ale zanim wejdzie się do totalnie ciemnych pomieszczeń, można zapoznać się z alfabetem Braille'a, Braillową maszyną do pisania, grami dla niewidomych czy przyrządami ułatwiającymi życie.

[Moje imię zapisane alfabetem Braille'a]

[Ten kawałek plastiku pomaga sparować skarpetki w czasie prania]

Przewodnikiem po wystawie jest osoba niewidoma - i jest to niesamowita okazja, żeby zapytać o co tylko się chce! W mojej grupie (zwiedza się w grupach 8-osobowych) padło pytanie, czy nasza pani przewodnik używa smartfona i czy robi zdjęcia. Odpowiedź na oba pytania brzmi: tak. Dowiedziałam się również, że niektórzy niewidomi starają się ubierać w kolorowe i pasujące do siebie ubrania, chociaż zdarza się też, że kupują głównie czarne rzeczy, żeby nie mieć problemu z dopasowaniem do siebie kolorów. Niewidomym od urodzenia nie jest łatwo nauczyć się, co z czym dobrze wygląda, bo nazwy kolorów są dla nich tylko abstrakcyjnymi pojęciami.

Ciemna część wystawy to kilka pomieszczeń, w których nie widać absolutnie nic. Otoczenie poznaje się za pomocą słuchu (ulica, łódź), węchu (las) a przede wszystkim rąk. W pomieszczeniu z rzeźbami próbowaliśmy zgadnąć, jaka rzeźba jest przed nami - i nie było to łatwe... ktoś typował rzeźbę dziecka z dużą głową, ale przewodniczka wyjaśniła, że to Atlas z kulą ziemską. Łatwo dało się rozpoznać konia, kaczkę, ale już nie Sfinksa. Najtrudniejszym do przejścia pomieszczeniem była dla mnie ulica - trzeba było znaleźć słup, włączyć światło, przejść na drugą stronę i uważać na krawężnik; tam też weszłam w rower, bo znajdował się na nieoczekiwanej wysokości - prawdopodobnie osunął się przypięty do słupa. Największym problemem tam był hałas i otwarta przestrzeń - w pomieszczeniach zamkniętych można było iść wzdłuż ściany i spokojnie poznawać dane miejsce (wpadając ewentualnie na przewodnika albo współzwiedzających).

Na początku było po prostu ciekawie, ale mniej więcej w połowie zaczęło mi się kręcić w głowie. Nie wiem, czy mózg tak bardzo starał się coś zobaczyć (nie było szans; to nie taka ciemność, do której po chwili człowiek się przyzwyczaja i może zobaczyć zarysy przedmiotów w swoim otoczeniu), czy po prostu się przemęczył próbując wyciągnąć jak najwięcej informacji dostarczanych innymi zmysłami.

Gdy wyszło się z ciemności na światło dzienne, to ono naprawdę porażało - czułam się, jakby mi ktoś w środku nocy świecił w oczy latarką. Dopiero po wyjściu można było też zobaczyć swojego przewodnika - gdy się wchodziło, czekał on już w ciemnej części. To też ciekawe - poznać człowieka na podstawie jego głosu, rozmowy z nim, a dopiero później zobaczyć, jak on wygląda.

niedziela, 31 stycznia 2016

Bezpieczeństwo na lodzie

W tym roku po raz pierwszy wyszłam w łyżwach na jezioro. Zaczęłam od małego miejskiego jeziora, które na dodatek było nieodśnieżone, więc jeździło się bardzo wolno.

Na lodzie ludzie jeździli, spacerowali całymi rodzinami, z wózkami dziecięcymi, sankami. Lód przysłonięty śniegiem wyglądał trochę jak łąka. Tylko wędkarze siedzący przy takich malutkich lodowych kraterach (ta kupka lodu z wetkniętą wędką nie wyglądała jak znany z telewizji przerębel) przypominali, że tam pod spodem jest woda.

Szwedzi bardzo polecają jazdę długodystansową. Na jeziorze takim jak Mälaren jest się gdzie rozpędzić - podobno to niesamowite uczucie, szczególnie gdy wiatr wieje w plecy. Taka trasa to często 20-30 km. Trzeba się więc do niej przygotować - poza łyżwami, kijkami, prowiantem i napojami bardzo ważny jest sprzęt ratunkowy.

Jest kilka podstawowych zasad, o których trzeba pamiętać, gdy wpadnie się do wody:
- należy obrócić się w kierunku, z którego się przyjechało - tam lód był wystarczająco mocny, by nas utrzymać, więc tam trzeba wrócić
- opieramy się przedramionami o lód i próbujemy go ukruszyć - trzeba złamać tak dużo lodu, jak się da, by dotrzeć do wystarczająco grubego
- następnie przy pomocy specjalnych kolców (isdubbar) lub czegoś ostrego wyciągamy się z wody - powoli, raz jedna ręka, raz druga; i tak czołgamy się po lodzie jeszcze kawałek, by odsunąć się od wody

Ponadto sprzęt:
- kask
- niemetalowy gwizdek
- kolce (isdubbar)
Warto mieć też linę ratunkową i suche ubranie w wodoszczelnym opakowaniu.

Kolce są bardzo prostym, ale ciekawym narzędziem. Nosi się je na szyi i ważne, żeby były wysoko na klatce, praktycznie tuż przy szyi - chodzi o to, by ich nie zgubić i nie szukać na plecach w momencie, gdy się wpadnie do wody.

[Kolce w zestawie z gwizdkiem kupione w sklepie Clas Ohlson]

[Instrukcja obsługi kolców]

Bardziej szczegółowe informacje dotyczące przygotowań do jazdy po jeziorach można znaleźć tutaj.

czwartek, 14 stycznia 2016

Śmieciowe problemy

Przedwczoraj Rapport (program informacyjny w SVT1) poinformował o wizycie w Szwecji przedstawicieli norweskich ciepłowni. Sprawa dotyczy śmieci, które Szwecja odkupuje od Norwegii, by przerobić je na ogrzewanie.
Norweskie ciepłownie nie są zadowolone z takiego obrotu sprawy. Problemy ze sprzedażą śmieci do Szwecji są dwa: po pierwszej mniej surowców jest odzyskiwanych w Norwegii, bo taniej jest sprzedać śmieci do Szwecji; po drugie, Norwegia sama chciałaby spalać śmieci i uzyskiwać z nich ciepło. Szwecja importuje śmieci, ponieważ nie starcza jej własnych, by zaspokoić zapotrzebowanie na ciepło; twierdzi więc, że spalarnie norweskie nie są jeszcze wystarczająco efektywne, a Szwecja zapewnia lepsze wykorzystanie "surowca". Norwegowie natomiast twierdzą, że jeśli nie będą mieć śmieci do spalania, to ich ciepłownie nie będą się rozwijać, a więc nie staną się bardziej efektywne.
Do tego dochodzi również koszt transportu (w tym wpływ na środowisko). Przy czym, z nieznanych mi powodów, uwzględnia się tu przewóz pozostałości ze spalenia do Norwegii.

Drugi problem śmieciowy jest lokalny i odczuliśmy go kilka dni wcześniej niż poinformowały o nim media. W Sztokholmie przetarg na wywóz śmieci od początku stycznia wygrała nowa firma. Problem w tym, że nie ma ona sprzętu potrzebnego do opróżniania pewnego typu śmietników. Akurat tego, który mamy na naszym podwórku (i które dominują w okolicy). Z zewnątrz śmietnik wygląda jak walec o średnicy około 1.5 metra i podobnej wysokości; ale jego większa część znajduje się pod ziemią. Gdy przyjeżdża ciężarówka (uwielbiam śmieciarki! ile ja się naczekałam, żeby w końcu "przyłapać" opróżnianie naszego śmietnika!), odsuwa pokrywę i wyciąga wielki worek. Następnie kierowca śmieciarki pociąga za sznurek, co otwiera worek od dołu i śmieci mogą wylecieć na śmieciarkę.
My nasze śmieci (dzięki sortowaniu śmieci, tych do wyrzucenia do zwykłego pojemnika mamy niewiele) trzymamy teraz na balkonie. I tak nawet dzisiaj polecano robić, by nie zwabiać szczurów. Niektórzy lokatorzy zostawiali je jednak koło śmietnika. Na szczęście zarząd naszej wspólnoty zorganizował jakiś większy pojemnik. I czekamy. Podobno odpowiednie śmieciarki pojawią się "już" w przyszłym tygodniu.

niedziela, 8 listopada 2015

Skalne schrony

Trafiłam ostatnio w telewizji na program "Szwedzkie tajemnice" ("Svenska hemligheter"). W jednym z odcinków opowiadano o schronach w Sztokholmie. Poza zwykłymi małymi schronami, które często znajdują się w blokach i w czasie braku zagrożenia są miejscem, gdzie trzyma się wózki, sanki albo rowery, są też większe wykute w skałach (których tu wszędzie pełno). Podziemne stacje metra są również przygotowane na wypadek sytuacji nadzwyczajnej - w programie jako przykład pokazywano stację Stadshagen, ale te same elementy widziałam na Hornstull.

Jednym z elementów są miejsca do zamocowania ścian, by odizolować ludzi przebywających na peronie od tego, co dzieje się na powierzchni. Wygląda to, jak metalowe krążki wtopione w podłogę na poziomie peronu, tuż za ruchomymi schodami:

[Stacja metra Hornstull]

Rynny (obniżenie w podłodze peronu) znajdujące się pod ścianą, wraz z kratkami odpływowymi, nie służą wyłącznie do odprowadzania wody z mycia peronu, ale mogą również służyć do odprowadzania wody z umywalek, które montowane mogą być na stojakach (chyba tych, na których wiszą teraz kosze na śmieci). Dopływ wody jest w miejscach, gdzie obecnie stoją hydranty.

Na wypadek wojny lub katastrofy przygotowany jest również szpital SÖS (Södersjukhuset). Szpital stoi na skale, w której wydrążono dodatkową część szpitala. Kiedyś prowadziły do niej tory, które teraz nie są utrzymywane. Tory prowadziły z portu, by skażonych chorych transportować do szpitala bezpośrednio z centrum miasta. W podziemnej części znajdują się sale dla zwykłych pacjentów, a w części między tymi salami a torami kolejowymi znajdują się śluzy do odkażania i mycia nowoprzyjętych.
W podziemnej części szpitala przeprowadza się obecnie szkolenia.

niedziela, 11 października 2015

Nietoperze przy uniwersytecie

Nie miałam specjalnych planów na tegoroczną jesień, do czasu, gdy dostałam ulotki z kursami oferowanymi przez Medborgarskolan i ABF. W Medborgarskolan byliśmy jakieś dwa lata temu na szwedzkich konwersacjach, ale było bardzo przeciętnie, więc nasza przygoda z kursami językowymi zakończyła się na tym jednym.

W katalogach znalazłam kilka kursów, które strasznie mi się spodobały, ale nie chciałam brać za dużo, więc z wielkim bólem zrezygnowałam z wykładów o historii Szwecji. Zapisałam się za to na 10-godzinny kurs pływania kajakiem (to już za mną, kurs był w sierpniu), wybrałam się na nietoperzowy spacer z przewodnikiem i będę poznawać zdrową kuchnię skandynawską (w listopadzie).

Na spacery z przewodnikiem nie trzeba się zapisywać. Trzeba przyjść we wskazane miejsce o podanej godzinie, znaleźć (nieoznaczoną!) grupę i kupić bilet na spacer.

Pan przewodnik od nietoperzy miał takie małe, przypominające radio, urządzenie, które tłumaczyło z "nietoperzowego" na "nasze". Można dzięki niemu było usłyszeć piski i klikania, gdy w okolicy pojawiał się nietoperz.

W parku przy uniwersytecie w Sztokholmie można spotkać 3 gatunki nietoperzy (z 19 obecnych w Skandynawii):
- nordycki (nordfladdermus)
- wodny (vattenfladdermus)
- karlik drobny (dvärgpipistrell)

Każdy gatunek "nadaje" na innej częstotliwości i ma inny wzór dźwięków - trudno to nazwać melodią, są to raczej piski i stuki. Czasem z urządzenia przewodnika było słychać coś, co dla mnie brzmiało jak nietoperz, ale przewodnik mówił, że to tylko zakłócenia...

W czasie, gdy przewodnik skupiał się na swoim radyjku, zmieniając częstotliwości i kierując urządzenie w różne strony, by sprawdzić obecność poszczególnych gatunków nietoperzy, my oglądaliśmy nietoperze przelatujące tuż nad naszymi głowami. 

Obserwacja nietoperzy wodnych była szczególnie ciekawa. Mieliśmy mocną latarkę, która oświetlała pas wody sięgając drugiego brzegu (jakieś kilkadziesiąt metrów), do tego włączyliśmy radyjko i jak tylko pojawiał się dźwięk, wpatrywaliśmy się w oświetloną powierzchnię wody. Nietoperze przelatywały z dużą prędkością tuż na wodą.

Gdy chce się obserwować nietoperze, ważna jest pogoda. Musi sprzyjać małym owadom - im więcej komarów i muszek, tym większa szansa na spotkanie po zmierzchu nietoperza.

Wracając ze spaceru, spotkaliśmy inną grupę wyruszającą na poszukiwanie nietoperzy. Była to grupa zorganizowana przez Muzeum Historii Naturalnej (Naturhistoriska museet) i było w niej ze 100 osób. Ich przewodnicy mieli odblaskowe kamizelki i megafony. Przy nich nasza grupa wypadała skromnie - było nas kilkanaście osób z jednym przewodnikiem.


Informacje o nietoperzach w Szwecji: 

poniedziałek, 20 lipca 2015

Stadsarkivet - archiwum miejskie

W archiwum miejskim w Sztokholmie znajdują się informacje dotyczące zarówno samego miasta jak i regionu. Najstarsze przechowywane w nim dokumenty pochodzą z końca XIV wieku.

Archiwum znajduje się na Kungsholmen, jednej z wysp w centrum miasta, przy ulicy Kungsklippan 6. Z zewnątrz, od strony głównego wejścia, nie wygląda szczególnie okazale - zwykły parterowy budynek z cegły; jednak to, co widać, to jedynie niewielki fragment całości. Magazyn archiwum, wybudowany w 1943 roku, ma 7 pięter, z czego duża część jest wykuta w skale, by zabezpieczyć dokumenty przed ewentualnymi zniszczeniami wojennymi.

W czasie Kulturnatt, czyli tutejszego odpowiednika Nocy Muzeów, można było zwiedzić archiwum z przewodnikiem i zapoznać się z kilkoma dokumentami z archiwum.

1. Przestępcy

W budunku archiwum mieściło się pierwsze w Szwecji więzienie, gdzie odsiadywało się (a nie odpracowywało) karę. Każdy więzień posiada kartotekę, w której znajduje się jego zdjęcie, lista ubrań i przedmiotów z którymi stawił się do odbycia kary oraz opis przestępstwa.

Ponadto w kartotece znajduje się życiorys przestępcy sporządzony przez księdza, który przeprowadzając wywiad z osadzonym próbował zrozumieć, co ściągnęło człowieka na złą drogę.
Przewodnik przedstawił nam historię złodzieja, który dorabiał klucze i okradał mieszkania. Historia życia złodzieja wręcz wzbudzała współczucie - gdy był jeszcze dzieckiem stracił ojca, próbował pomóc matce utrzymać rodzinę, ale nie bardzo udawało mu się udawało, popadł w nałogi i by przeżyć zaczął kraść (to tak w skrócie, dokument zawierał więcej szczegółowych informacji).

Archiwum przechowywało również plan dnia więźniów, w którym był wyznaczony czas na gimnastykę, z uwzględnieniem krótkiego dostępu do światła słonecznego zimą i długiego latem.

2. Miasto

W archiwum można znaleźć dokumenty, które kilkaset lat temu pomagały ściągać podatki z właścicieli nieruchomości. Dokumenty zawierają rysunki kwartałów, wraz z nazwiskami właścicieli poszczególnych budynków (ta mapa zawiera jedynie nazwy ulic i kwartałów, ale podobnie wyglądały te z nazwiskami właścicieli).
Można też znaleźć mapy robione przez architektów (np. taką).
Jak wyglądały listy mieszkańców konkretnej nieruchomości - imię, nazwisko, zawód, stan cywilny, liczba dzieci - można zobaczyć tutaj.

3. Szkoła

Archiwum przechowuje informacje ze wszystkich szkół w regionie. To są dziesiątki metrów półek z informacjami o rocznikach, klasach i szkołach.

Przewodnik pokazywał nam klasowy zeszyt uwag z przełomu XIX i XX wieku. Ponad 100 lat temu uczniowie w szkołach robili to samo, co współcześni! To było niesamowite odkrycie zobaczyć, że ludzie w pokoleniu naszych pradziadków dostawali uwagi za przeklinanie, rysowanie penisów czy rzucanie się papierowymi kulkami.


Dokumenty dostępne w archiwum można "zamówić". Dokument jest wówczas przynoszony do czytelni i można go przeglądać przez 15 albo 30 minut, zapewne w rękawiczkach (wszyscy pracownicy archiwum mieli takie ładne białe rękawiczki, których używali, gdy dotykali jakichkolwiek dokumentów).
Część dokumentów jest również dostępna w wersji elektronicznej na stronie internetowej archiwum.

niedziela, 15 marca 2015

(Nie)ruchome schody

Miesiąc temu na stacji metra Östermalmstorg zdarzył się wypadek. Kobieta jechała ruchomymi schodami, gdy nagle zapadł się stopień, na którym stała. Uszkodzenia były tak duże, że kobiecie groziła amputacja nogi.

Technicy, którzy przyjechali na miejsce zdarzenia, stwierdzili, że nigdy nie widzieli czegoś takiego i nie potrafili znaleźć przyczyny uszkodzenia schodów. Na wszelki wypadek zamknięto więc w całym mieście schody podobnego typu. Było ich 39. SL nie był w stanie oszacować, jak długo sprawdzanie schodów potrwa. Po 3 tygodniach zaledwie kilka spośród tych zamkniętych zostało przywrócone do użytku. Na większości stacji można skorzystać z windy lub wyjść z metra innym wyjściem, ale na kilku (chyba dwóch) stacjach trzeba iść po (nie)ruchomych schodach, co nie jest takie łatwe, szczególnie gdy schody są długie.
Nie wiem, jak jest na innych stacjach z popsutymi schodami, ale na szczycie schodów na stacji Hornstull stoi dystrybutor z wodą. Czasami stoi tam również pracownik obsługi, który tę wodę podaje.

[Schody na stacji Hornstull]

Udało mi się znaleźć informację o ilości wypadków na ruchomych schodach na stacjach metra w Sztokholmie. Z danych wynika, że w ubiegłym roku aż 241 osób zostało poszkodowanych! Większość na skutek upadku ze schodów. Niektórzy mają tak poważne obrażenia, że karetka musi zabrać ich do szpitala.

Wiele ruchomych schodów na stacjach metra ma ponad 50 lat, ale są cały czas konserwowane i poddawane przeglądom. Podobno nie ma limitu wieku dla takich schodów, ale na następny rok planowana jest ich wymiana na nowe.

Tutaj można zobaczyć mapę metra z informacją o liczbie wypadków na każdej stacji. Najwięcej wypadków zdarza się na T-centralen, Fridhemsplan i Gullmarsplan, czyli na głównych stacjach przesiadkowych.

piątek, 7 marca 2014

Uprzejmości z wykorzystaniem siły

W ostatnim tygodniu byłam świadkiem dwóch dziwnych sytuacji.

Zazwyczaj jeżdżę metrem w godzinach szczytu, więc wiadomo, jak jest - miejsca mało, do wyjścia bardzo często trzeba się przeciskać. I zdarzyło się jechać takim zatłoczonym metrem starszej pani chodzącej z laską - dopóki siedziała, nie było problemu. Ale na jednym z przystanków chciała wysiąść. Zauważyła to jedna ze stojących pań i zaczęła rozpychać swoją ręką ludzi, jednocześnie głośno prosząc o zrobienie przejścia. Udało się! Starsza pani miała wystarczająco miejsca, żeby móc skorzystać z laski i wyjść.

Druga scenka zaczęła się mało przyjemnie dla mnie, bo jakiś pan w moim wieku, posiadacz torby, wsiadł do wagonu w niemiły sposób - tyłem, nie patrząc, czy ma wystarczająco dużo miejsca (trudno to sprawdzić nie obracając głowy w kierunku, w którym się idzie). Musiałam się przesunąć, na szczęście było dokąd.
Obok stanął starszy pan, z laską. Gdy metro ruszyło, widać było, że trudno mu utrzymać równowagę. Ten młodszy, z torbą, najwyraźniej też to zauważył, bo zapytał dziadka, czy chciałby usiąść. Dziadek odmówił, wspominając, że wysiada na najbliższej stacji. Młody na to, żeby w razie zmiany zdania dał znać, bo on może pójść i kogoś "wywalić" z miejsca siedzącego. Dziadek się zaśmiał i zauważył, że to by nie było zbyt uprzejme. Młody zgodził się, że takie zachowanie byłoby może niezbyt uprzejme, ale na pewno słuszne.

Tak dla przeciwwagi: kilka tygodni temu widziałam, jak starszy pan nachyla się nad nastolatkiem ze słuchawkami na uszach. Ponieważ w metrze czasem trafiają się żebracy, więc mało kto ściąga słuchawki, gdy jest nagabywany przez kogoś przechodzącego przez wagon. Gdy moja muzyka przestała grać, usłyszałam, że starszy pan chciał usiąść i był zły na młodego, że nie ustąpił mu miejsca. Bulwersowało go również to, że chłopak zupełnie nie reagował na to, co się do niego mówi.
Problem został rozwiązany przez innego pasażera, który zwolnił starszemu panu miejsce siedzące.

wtorek, 10 grudnia 2013

Lodowisko na Kungsträdgården

W niedzielę pojechałam do centrum, żeby wypróbować moje nowe łyżwy na lodowisku na Kungsträdgården.

Lodowisko mnie zaskoczyło, bo można na nim jeździć za darmo! Ponadto za darmo można wypożyczyć na miejscu kask - kaski są obowiązkowe dla dzieci i rekomendowane dorosłym. Płatne jest jedynie wypożyczenie łyżew (60 SEK za godzinę) oraz ostrzenie łyżew (60 SEK).

Mimo że darmowe, lodowisko ma normalną obsługę - o pełnych godzinach jeździ maszyna wyrównująca lód, są kryte szatnie (w kształcie stożkowych domków), ławki, toaleta.

Wokół lodowiska są rozwieszone lampki, lecą z głośników świąteczne piosenki. Obok są też karuzele i kilka budek z jedzeniem. I jeszcze duża choinka. Wszystko razem tworzy przyjemną atmosferę.




sobota, 2 listopada 2013

Skogskyrkogården

W ubiegłym roku również wysiadłam na stacji metra Skogskyrkogården, ale wygląda na to, że poszłam w złym kierunku. Wychodząc ze stacji można pójść na cmentarz po jednej lub po drugiej stronie ulicy - po jednej stronie (i to tam byłam rok temu) znajduje się zwykły cmentarz, a po drugiej miejsce wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa Unesco (czyli właściwy Skogskrykogården).

Cmentarz został zaprojektowany na początku XX wieku, a głównym celem przyświecającym jego projektantom było stworzenie wyjątkowego miejsca, w którym architektura będzie współistniała z naturą.

Na 102 hektarach jest 100 000 miejsc pochówku, przy czym każde z większych wyznań ma wydzieloną swoją część na cmentarzu. Na terenie cmentarza jest 5 kaplic, krematorium i miejsce pamięci.

Całość wygląda duży park, w znacznej części pokryty lasem z wysokimi drzewami iglastymi (obstawiam, że drzewa mogą mieć nawet po kilkanaście metrów).



Są górki. Jedna z nich to minneslund (miejsce pamięci), czyli teren, gdzie wysypywane są prochy po kremacji. Było dzisiaj dobrze widać, gdzie były niedawne "rozsypania" - na jesiennoburej trawie wyrożniały się internsywnie zielone okręgi; widać, gdzie ziemia została zasilona w nowe składniki (ale nie mam tego na żadnym zdjęciu).



Bardzo widoczne były dzisiaj służby porządkowe - szczególnie w miejscach takich jak missenlund, gdzie ludzie zapalają  znicze i zostawiają kwiaty (ba, widziałam nawet jedną dynię ze świeczką w środku!); wypalone znicze czy śmieci są natychmiast usuwane.

Przy każdym grobie znajduje się mała kartka z numerem kwatery oraz uchwyt na dodatkową informację. Czasami jest to wiadomość o tym, że nieopłacony grób przeszedł na własność zarządcy cmentarza a czasem prośba o skoszenie trawy.

Swoje specjalne miejsce ma grób Grety Garbo i chyba jako jedyny jest wyróżniony na planie cmentarza.




czwartek, 3 października 2013

Nieodpowiedni kolor

100 000 koron kary dostała pani z Sundbyberg za pomalowanie domu na niebiesko.

Dom leży na terenie będącym pod ochroną jako dziedzictwo kulturowe. Przed zmianą koloru właścicielka wysłała więc pismo do zarządcy dzielnicy z pytaniem, czy może to zrobić. Dostała pozytywną odpowiedź, przy czym zaznaczono, że nowy kolor musi pasować do otoczenia.

W przeszłości dom miał już różne kolory, w tym również niebieski, więc właścicielka pomalowała go na kobaltowy niebieski. Okoliczne dzieci nazywają go teraz domem Muminków.
Niedługo po przemalowaniu domu, jego właścicielka dostała list z informacją, że dozwolone w jej okolicy kolory to jedynie biały i kawa z mlekiem. W związku z czym nałożono karę w wysokości 100 000 koron. Za każde 6 miesięcy, w których dom ma zły kolor.

Link do artykułu na "Mitt i".

niedziela, 25 sierpnia 2013

Koncert Leonarda Cohena

Trochę kulturalnej rozrywki przydaje się od czasu do czasu. Wcześniej planowaliśmy pójść ze znajomymi na koncert Nicka Cave'a, ale na kilka miesięcy przed jego koncertem nie było już biletów. Dowiedzieliśmy się za to, że w ramach swojej trasy koncertowej promującej ostatni album, do Sztokholmu przyjedzie Cohen.

Nie było dużego wyboru miejsc, gdy kupowaliśmy bilety, zostało ich już niewiele. Ale na miejscu okazało się, że te, które mamy, są całkiem niezłe.

Globen to duża sala koncertowo-sportowa w kształcie kuli, jeden z charakterystycznych punktów na mapie Sztokholmu. Wybudowana w 1989 roku, ma 16000 miejsc (na meczach hokeja miejsce jest mniej, ok. 13000, z oczywistej przyczyny - na parkiecie jest lodowisko i nie ma tam jak wcisnąć krzeseł dla kibiców).

Główne wejście jest otwierane około 2 godzin przed koncertem. Można wtedy zjeść obiad w jednej z restauracji - z tego, co widzieliśmy, dobrze rezerwować miejsca z wyprzedzeniem, bo inaczej dla głodnych zostaną tylko lokalne fast-foody.

Koncert zaczął się z 15-minutowym opóźnieniem. W trakcie koncertu była zaplanowana chyba 20 minutowa przerwa (na miejscu można było kupić gazetę z planem koncertu, gdzie wszystko było dokładnie podane).

Średnia wieku widzów to jakieś 50+. Zaskoczyło mnie, że większość ludzi, gdy kupowała coś do picia, to raczej brała wino niż colę czy piwo.

Nagłośnienie było super - było głośno, ale nie ogłuszająco. A jakość dźwięku naprawdę super!

W trakcie koncertu nikt nie próbował śpiewać z Cohenem, ale w czasie bisów ludzie zajmujący miejsca na parkiecie (to chyba strefa premium, bo nawet mieli swój własny bar, w którym ludzie ze zwykłych sektorów nie mogli nic kupować) tańczyli. Fajnie to wyglądało.

Po bisach, gdy prawie wszyscy zaczęli się zbierać do wyjścia lub wychodzili, widać było, że ludzie z zespołu przechodzą gdzieś za sceną. Zaczęły się więc ponowne oklaski i, ku zaskoczeniu wszystkich, Cohen zaśpiewał jeszcze kilka piosenek.

Cały koncert trwał prawie 3 godziny! Dobrze, że po północy jeździ jeszcze metro, to udało nam się wrócić do domu komunikacją miejską.

Było naprawdę super! Już przed koncertem słyszeliśmy, że Cohen ma bardzo dobre koncerty, ponieważ gra zarówno nowe piosenki (promujące ostatnią płytę) jak i stare znane przeboje. Do tego jest gadatliwy. Porównując to do koncertu Boba Dylana, na którym byliśmy kilka lat temu w Warszawie, ten był kilka razy lepszy. Widocznie Cohen tak ma ;) Mój kolega, który był na jego koncercie w Łodzi (jakiś miesiąc wcześniej), też wrócił z niego zachwycony.







środa, 21 sierpnia 2013

Spacer po dachu

Prawie rok temu Marcin dostał od swojej firmy bon, który można wykorzystać na jakąś aktywność w Sztokholmie. Jak pierwszy raz oglądaliśmy listę rzeczy do wyboru, to nie znaleźliśmy nic super interesującego, więc bon spoczął w szufladzie.
Ostatnio przypomniało mi się, że niedługo minie mu data ważności. Pamiętałam, że można było pójść we dwoje do SPA. Albo na herbatę do jednego z hoteli w centrum. Przy sprawdzaniu listy atrakcji okazało się, że w ciągu tych kilku miesięcy przybyło ciekawych rzeczy. Wybraliśmy się na spacer po dachu budynku na starym mieście, niedaleko Birger Jarls Torg.

Budynek, po którym się spacerowało, miał chyba 4 kondygnacje - niby niedużo, ale dobrze było widać całą okolicę. W spacerze brało udział około 10 osób, wliczając w to przewodnika i jedną osobę wspomagającą.

Historia Sztokholmu zaczęła się od cięcia kosztów w handlu. W XII wiecznej Szwecji znajdował się już duży port, ale był on drogi. W ramach oszczędności wybudowano drugi. Wybór miejsca pozwalał na kontrolę ruchu wewnętrznego i dostęp do komunikacji ze światem. Slussen, czyli śluza - miejsce, gdzie spotyka się woda słona ze słodką, czyli jezioro Mälaren wpływa do Bałtyku.

Stare miasto wybudowano na pagórkowatej wyspie. W jej wyższej części mieszkali zamożniejsi ludzie, w niższej - biedniejsi. Cały brud, nieczystości i śmieci spływał z góry na dół, gdzie nie tylko niezbyt pięknie pachniało, ale też kumulowały się śmieci. Problem częściowo rozwiązano wbijając w sterty śmieci pale i budując nowe domy na wyższym poziomie.

Problem w tym, że ruchy górotwórcze wciąż działają - południe Szwecji się obniża, północ podnosi. Stolica nieznacznie, ale jednak, też się podnosi. Budynki osadzone na palach przechylają się; nie pomaga im nawet wpompowywanie betonu (które jest skuteczne na Górnym Śląsku, na terenach nad kopalniami). Ludzie mieszkający na Starym Mieście skarżą się, że trzeba poprawiać tapety na ścianach, że drzwi w mieszkaniach zaczynają zahaczać o podłogę.

W czasach, gdy założono Sztokholm, Szwedzi nie bardzo mieli pojęcie o budowaniu miast. Postanowili zatem zatrudnić do tego celu ekspertów - Niemców. Było ich tak wielu, że wybudowali sobie w samym centrum miasta kościół, w którym do teraz odprawiane są nabożeństwa w języku niemieckim i odbywają się niemieckie koncerty.

[Gamla Stan, Stadsholmen]

[Widok na Gamla Stan]

[Ratusz, w którym odbywa się noblowska impreza]

Przy Slussen budowana jest nowa linia metra - o ile dobrze pamiętam, to w ostatnim miesiącu zatapiano fragment tunelu. My z góry mogliśmy poobserwować wykop będący częścią budowy, która ma być skończona w 2014, w związku z czym prace odbywają się tam również w soboty.

[Widok na Västerbron]


Na Riddarholmen znajduje się bardzo ponury kościół. Nie są w nim odprawiane nabożeństwa - jest wykorzystywany jedynie jako miejsce pochówków. Jest w nim tak ciemno, że zwiedzanie jest możliwe tylko od połowy maja do połowy września. Musi być w nim naprawdę ponuro, skoro żona jednego z poprzednich królów poprosiła o pochowanie jej w Hagaparken.

[Riddarholmskyrkan]

Poznaliśmy trochę historii Sztokholmu (było m.in. o tym jak przywieziono w z Francji gilotynę, by przeprowadzić jedną egzekucję; albo o tym, że kobiet nie wolno było wieszać, w związku z czym grzebano je żywcem) i poćwiczyliśmy trochę utrzymywanie równowagi. Szkoda tylko, że wycieczka była taka krótka - jedynie 1,5 godziny.

sobota, 2 marca 2013

Nasze własne mieszkanie

Sytuacja mieszkaniowa w Sztokholmie jest trudna. Szwedzi przyzwyczajeni są do wynajmowania długoterminowego - mieszkania najczęściej wynajmuje się od gminy albo od developera (första hand) cena to mniej więcej dwukrotność czynszu (czynsz i drugie tyle opłaty dla właściciela). Każdy deweloper czy gmina mają swoją kolejkę, więc można się zapisać do kilku jednocześnie. Przy odrobinie szczęścia można się przeprowadzić na "swoje" już po roku. Najczęściej - gdy ma się jakieś konkretne oczekiwania, np. co do położenia - zajmuje to około 5 lat.
Podobne ceny są przy wynajmie od osoby prywatnej (andra hand), tylko że takie kontrakty są najczęściej 3-6 miesięczne. Nie wspominając już o tym, jak trudno jest cokolwiek znaleźć. 

Umowa na wynajem kończyła nam się z końcem lutego, więc już we wrześniu złożyliśmy wniosek do banku o wyliczenie nam zdolności kredytowej (lånelöfte - dosłownie "obietnica pożyczki"). Dostarczyliśmy do banku wymagane dokumenty - w tym informację o poziomie zarobków i rodzaju zatrudnienia. Po ponad miesiącu decyzji wciąż nie było, Marcin poszedł więc do banku i... dostał dokument od ręki.

Zabraliśmy się więc do najżmudniejszej części - przeglądania ogłoszeń. Wg relacji znajomych znalezienie czego
ś sensownego zabiera zwykle około 3 miesięcy. Po znalezieniu odbywa się licytacja, po zakończeniu której sprzedający wybiera, komu chce sprzedać swoje mieszkanie (niekoniecznie musi to być osoba oferująca najwyższą cenę).

Udało nam się znaleźć listę najniebezpieczniejszych regionów (jeśli chodzi o kraj) i dzielnic (w największych miastach). W ten sposób wybraliśmy dzielnice Sztokholmu, które nas interesują. Później szło już prosto, bo liczyła się powierzchnia, ilość pokoi i cena.

Każde mieszkanie wystawione na sprzedaż ma "dzień otwarty" (visning) - najczęściej trwa on mniej niż godzinę, właściciela nie ma wtedy w domu, ale pośrednik odpowiada na wszystkie pytania. Pośrednicy przygotowują również foldery reklamowe ze wszystkimi informacjami oraz udostępniają sprawozdanie finansowe kwartału (to coś jak wspólnota mieszkaniowa, obejmuje na ogół 4 bloki ze wspólnym podwórkiem pomiędzy nimi) za poprzedni rok.

Pierwsze mieszkanie, które znaleźliśmy, wyglądało naprawdę ładnie i było duże (chyba 130 m2). Jedyną wadą było to, że okna z jednej strony wychodziły na klatkę schodową. Ktoś wymyślił, żeby wybudować blok w kształcie litery U, a następnie zadaszyć dziedziniec. Kiepski pomysł, zwłaszcza jeśli chodzi o kuchnię, której okna nie wychodzą na otwarty teren.

Drugie mieszkanie było na Lidingö - wyspie, która miała dobrą opinię (przynajmniej na polskim forum poświęconym życiu w Szwecji). Pojechaliśmy na visning, ale gdy zobaczyliśmy blok i jego okolicę, to nawet nie weszliśmy do środka. Poszliśmy więc poszukać przystanku autobusowego. Okazało się, że musieliśmy sporo poczekać, bo była niedziela, ale sprawdziliśmy, że nawet w godzinach szczytu w tygodniu były 2-3 autobusy na godzinę. To ostatecznie skreśliło większość Lidingö z naszej listy miejsc godnych uwagi. Mieszkanie niedaleko pętli metra nas rozleniwiło - dosyć często można mieć miejsce siedzące, bo to pierwsza stacja, a ponadto odjazdy co 5 minut, w czasie gdy się jedzie do lub z pracy.

Trzecie mieszkanie było duże, ładnie i blisko stacji metra. Za mniejsze pieniądze niż się spodziewaliśmy, ale w nieznanej dzielnicy. Zanim zdecydowaliśmy się pojechać je zobaczyć, podpytałam szefa, czy coś wie o okolicy. Kilka razy powtórzył, że to daleko i on by raczej szukał czegoś bliżej centrum. Wyjaśniłam, że sprawdziłam i do centrum jedzie się tyle samo, ile z dotychczasowego mieszkania. Zapytał jeszcze, czy kiedykolwiek tam byłam - on z dziećmi jeździł tam na jakieś boisko - i stwierdził, że na moim miejscu on by szukał nadal i na tym zakończył rozmowę. Nie chciałam go męczyć, bo bardziej szczegółowej odpowiedzi i tak bym nie dostała, a później by już zapewne nie chciał się dzielić swoją wiedzą. Pogooglałam trochę i na jakimś blogu znalazłam informację o niebezpiecznych kwartałach w tamtym regionie (niebezpiecznych, czyli np. zdarzały się tam podpalenia samochodów).

W niektórych wspólnotach znajdują się mieszkania gościnne. Mieszkańcy mogą je wynajmować od spółdzielni płacąc za każdą dobę wynajmu. Ciekawa alternatywa dla tych, którzy chcą zapraszać gości, ale nie mają w swoich mieszkaniach wystarczającej ilości miejsca czy łóżek, żeby ich przenocować.
Nie widziałam tego na własne oczy, ale zdarzyło mi się znaleźć w opisie mieszkań, więc pogrzebałam trochę w sieci w poszukiwaniu szczegółów.

W końcu trafiliśmy na "nasze" mieszkanie :) Ta sama dzielnica, co dotychczas, więc mała szansa, że dzielnica nas negatywnie zaskoczy, a bliżej metra (i sklepów). Blok z 1953, więc nie ma otwartych przestrzeni, jakie projektuje się w nowych budynkach, ale są 3 pokoje i kuchnia z jadalnią - tzn. kwadratowa kuchnia z przestrzenią wystarczającą nawet na 6-osobowy stół.

Zaraz po znalezieniu oferty napisaliśmy do pośrednika odpowiedzialnego za to mieszkanie, bo chcieliśmy się umówić na jego oglądanie. Przyjechaliśmy po pracy, właścicieli nie było w mieszkaniu, ale pani pośrednik wszystko nam pokazała i poodpowiadała na nasze pytania. Dowiedzieliśmy, że poza zabudowanymi szafami (cały przedpokój szaf, ale dobrze zintegrowanych ze ścianami, więc nie rzucają się w oczy, jak obcy element; również kuchenne szafki są integralną częścią mieszkania) w mieszkaniu zostaje lodówka, zmywarka (aaa! pierwsza zmywarka :)) i… pralka! Tak, w mikro łazience zmieściła się pralka i nie trzeba chodzić do pralni (chociaż pralnia w bloku jest).
Podziękowaliśmy, powiedzieliśmy, że się odezwiemy i wróciliśmy do domu. Oboje byliśmy zdecydowani, żeby je wziąć. Szczególnie, że miało nie być licytacji.

Następnego dnia dostałam SMSa od pośredniczki z pytaniem, czy mamy jakieś pytania i jak się nam podobało mieszkanie. Odpisałam, że jesteśmy zdecydowani, żeby je kupić. Był tydzień przed Świętami - my mieliśmy jechać do Polski, pośredniczka też gdzieś wyjeżdżała, więc było wiadomo, że umowę podpiszemy w ciągu kilku dni albo dopiero po dwóch tygodniach. Widać wszystkim zależało na czasie, bo zaproponowano nam termin na podpisanie wstępnej umowy już na dzień następny. Umówiliśmy się, że dostaniemy treść umowy mailem, żeby przeczytać, co dokładnie będziemy podpisywać, a bezpośrednio przed podpisaniem umowy jeszcze zobaczymy pralnię i piwnicę. Wszystko poszło gładko; co ciekawe jednym z dokumentów była lista wad mieszkania - wymieniono nawet jakąś rysę na oknie (po miesiącu mieszkania jeszcze jej nie zauważyłam, chociaż fakt że nie szukałam, ale to znaczy, że nie rzuca się w oczy ;)). Z tego, co widziałam w umowie (albo w jakimś regulaminie), ukryte wady można reklamować jeszcze przez jakiś czas po zakupie. Po podpisaniu tej umowy mieliśmy 2 tygodnie na wpłacenie 10% zaliczki na konto pośrednika, resztę bank miał przelać w dniu przekazania kluczy.

Większość rzeczy ogarniała pośredniczka - to ona zadbała o wysłanie listu do spółdzielni z wnioskiem o przyjęcie nowych członków (spółdzielnia musi zaakceptować nowego członka, bez tego nie da się kupić mieszkania; regulamin spółdzielni precyzuje również, że można z niej zostać usuniętym i wtedy trzeba chyba sprzedać mieszkanie), dała nam listę rzeczy do załatwienia (podpisanie umowy o dostawę prądu, zmiana adresu w urzędach itp.). Po kilku dniach zadzwonił do mnie pan odpowiedzialny za finanse wspólnoty mieszkaniowej i poprosił o przesłanie informacji o zarobkach oraz wypytał o poprzednie miejsce zamieszkania (jeśli by to była jakaś spółdzielnia, to pewnie by szybko sprawdził referencje). Widziałam też, że prześwietlali finanse moje i Marcina w takim centralnym systemie - osoba sprawdzana dostaje informację, kto go sprawdzał i jaki podał powód. Widać bardzo im zależy, żeby nie przyjmować do spółdzielni kogoś nieodpowiedniego (cokolwiek by to miało oznaczać). Po kolejnych kilku dniach dostaliśmy informację od pośredniczki, że zostaliśmy zweryfikowani pozytywnie :)

Chcieliśmy jak najszybciej sfinalizować wszystko w banku, ale okazało się, że skoro odbiór kluczy będzie 1 lutego, to nie ma się co spieszyć (chcieliśmy to załatwić zaraz na początku stycznia) i wszystkie dokumenty z bankiem podpisaliśmy tydzień przed końcem stycznia. W banku zostawiliśmy kontakt do pośrednika nieruchomości i vice versa.

W dniu przekazania kluczy i podpisania ostatniego dokumentu, czas spędziliśmy głównie na czekaniu. My i sprzedający siedzieliśmy sobie w pokoju konferencyjnym i czekaliśmy aż pośredniczka i pani z banku sobie pogadają i posprawdzają, co trzeba. Potem ostatni podpis i… mamy nasze pierwsze mieszkanie!

W budynkach wspólnoty są garaże. ale żeby się tam dostać trzeba swoje odsiedzieć w kolejce - do czasu aż coś się zwolni. Jeszcze się nie wpisaliśmy na listę, ale i tak na razie jesteśmy zadowoleni, bo z okien mamy widok na dwa 7-dobowe parkingi (tzn. takie, których nikt nie sprząta, więc zalega na nich lód i śnieg, ale oznacza to również, że auto może tam stać cały czas i nie trzeba go przeparkowywać raz w tygodniu, jak to ma miejsce gdy parkuje się na ulicy) i jak na razie zawsze udawałsię nam na nich znaleźć wolne miejsce.

sobota, 5 stycznia 2013

Adwent


Wraz z początkiem grudnia zaczyna się adwent. Czas, w którym lampy zapalane tradycyjnie w oknach, zastępowane są przez 7-ramienne świeczniki, najczęściej w kształcie trójkąta. W pracy kupili nam takie do każdego okna w biurze! A my kupiśmy sobie jeden do domu - trochę skromnie, ale na początek wystarczy.

[Nasz świecznik]

Poza tym w wielu oknach świecą się duże gwiazdy. Niektóre kwartały wystawiają na podwórkach choinki ze światełkami, czasem pojawiają się jeszcze inne światełka przed domami czy na balkonach.


Od początku grudnia padał śnieg - padał po 2-3 dni bez przerwy, potem 1-2 dni bezchmurnego nieba i mrozów (temperatura spadła do -17 stopni) a potem znowu opady śniegu i tak w kółko. Do tego krótki, bo zimowy, dzień (od 9:30 do 15:00, tak mniej więcej), więc szybko robiło się ciemno. Ale miasto i osiedle wyglądały ślicznie - jak na świątecznych pocztówkach, noc, śnieg i pełno świateł.


[Choinka na sąsiednim podwórku]


[Krzew dzikiej róży w Högalidsparken]

[Zasypane rowery przed blokiem]

[Góra śniegu po odśnieżeniu parkingu]

Tradycyjnie w grudniu je się szafranowe bułki (lussekatter) - jest tego pełno w sklepach spożywczych i kawiarniach. Prawie tak jak pączków w Polsce w tłusty czwartek.


[Lussekatter - źródło: Wikimedia]

W Szwecji nie obchodzi się Mikołajek 6 grudnia - nie ma zwyczaju dawania sobie prezentów w ten dzień. Ale ja dzielnie propagowałam ten zwyczaj, tłumacząc na czym to polega i skąd się wzięło (np. T nie słyszała nigdy historii św. Mikołaja - dla niej to był pan z reklamy Coca-Coli, pochodzenia najprawdopodobniej amerykańskiego).

Za to 13 grudnia obchodzone jest święto św. Łucji - są śpiewane piosenki, pije się glögg (napój robiony z wina, bakalii i przypraw) i je szafranowe bułki. Obchody są organizowane w miejscach, gdzie zbierają się ludzie, a więc w przedszkolach, szkołach, kościołach czy świetlicach oraz, oczywiście, w Skansenie. Łucja (najczęściej dziewczyna, blondynka, chociaż obecnie zdarza się, że rolę Łucji grają chłopcy) ma na sobie biała długą koszulę czy suknię a na głowie wianek ze świeczkami. Towarzyszy jej orszak (luciatåg) złożony z panien, gwiazdorów w szpiczastych czapkach i - w wersji dziecięcej - z piernikowych ludzików.

[Łucja z orszakiem - źródło: Wikimedia]


sobota, 3 listopada 2012

Alla helgons dag

czyli dzień Wszystkich Świętych obchodzony jest w sobotę między 31 października a 6 listopada. W Szwecji większość wydarzeń liczy się tygodniami, więc to wypada w sobotę w 44 tygodniu roku.

Niektóre firmy mają z tej okazji wolne pół piątku, w innych wolny był cały piątek, a my pracowaliśmy wczoraj normalnie - cały dzień... 1 listopada był normalnym dniem roboczym.

Marcin się rozchorował, więc sama wygooglałam jakiś cmentarz i pojechałam zobaczyć, jak Wszystkich Świętych obchodzi się w Szwecji.

Mimo że Halloween wypadało 3 dni temu, to właśnie dzisiaj widziałam w metrze dziewczynkę przebraną za czarownicę, a na osiedlu spotkałam grupę dzieci przebranych za nie wiem co, ale zdecydowanie były przebrane i miały wiaderko z rysunkiem dyni - zapewne na słodycze :-)

Cmentarz Skogskyrkogården leży wzdłuż zielonej linii metra nr 18. Dokładnie między stacjami Sandsborg i Skogskyrkogården. Pojechałam na tę drugą. Jak się okazało, nie tylko ja. Już na peronie zrobił się zator. Ale taki spokojny - wszyscy stali i czekali aż kolejka się posunie, tłoku nie było, nikt się nie pchał. To samo - jak się okazało przy wychodzeniu ze stacji metra - było w drugą stronę. W ciągu kilku minut pojawiła się obsługa stacji i radziła, żeby pojechać metrem na stację Sandsborg, jeśli ktoś udaje się na cmentarz - niektórzy czekający w kolejce wsiedli do najbliższego pociągu. Tymi, którzy zostali, zajęła się obsługa - 2 osoby stanęły w tłumie i oddzielały strefy dla wchodzących i wychodzących, żeby jakoś upłynnić ruch. Osobom czekającym przed wejściem do stacji doradzano 8-minutowy spacer na stację Sandsborg.

Pamiętam moje zdziwienie, jak pierwszy raz zobaczyłam przed krakowskim cmentarzem miodek turecki. Dzisiaj byłam bardzo ciekawa, czy tutaj też będzie sprzedawane jakieś jedzenie. Były hot-dogi - to chyba najpopularniejsze w Sztokholmie uliczne jedzenie, więc jakby mogło ich zabraknąć! A poza tym kawa (któryś ze sprzedawców miał na swoim stole coś, co wyglądało jak duży ekspres i karton mleka Arli) i jakieś bułeczki.
Artykuły nagrobne sprzedawane były w jednej kwiaciarni - iglaste gałęzie, wrzos w doniczkach i białe znicze. Niewiele tego.

Na cmentarz pojechałam, gdy było już ciemno. Wzdłuż głównej ścieżki rozstawione były duże świeczki (takie jak podgrzewacze tylko kilka razy większe), więc było widać, którędy iść, ale gdy się zeszło w boczną ścieżkę, to można było zdać się jedynie na swoje umiejętności widzenia w ciemności. Dlatego niektórzy odwiedzający chodzili z latarkami. Napisów na nagrobkach zupełnie nie dało się bez niej czytać. Generalnie na cmentarzu było dosyć ciemno, bo znicze były tylko na niektórych grobach, a jak już były to najczęściej jedynie dwie sztuki, co nie dawało szczególnie dużo światła.

Teren cmentarza ogrodzony był murem, o ile dobrze widziałam (no przecież ciemno było...) to była to łąka, drzewa znajdowały się jedynie wokół kaplicy. "Teren" nagrobka jest taki sam jak w Polsce, ale tutaj kamienna jest tylko pionowa płyta z nazwiskiem i latami życia danej osoby, nie ma tej całej poziomej części. Nagrobki rodzinne wyglądają tak samo - z tą różnicą, że na nich znajduje się jedynie nazwisko rodziny - coś w stylu 'grób rodzinny Svennsonów'. I tyle. Oczywiście były wyjątki, ale tak wyglądała przytłaczająca większość.

Na całym cmentarzu wyróżniał się jeden nagrobek - jakiegoś chłopca, było jego duże wydrukowane zdjęcie, jakieś pluszaki, dużo zniczy, kwiaty i... duża dynia ze świeczką w środku. Wyglądało to raczej sympatycznie niż strasznie, nawet na takim ciemnym cmentarzu.

Na każdym polskim cmentarzu, na którym byłam, znajdowało się takie miejsce, gdzie można było zapalić świeczkę dla zmarłych, których grobów nie mogło się tego dnia odwiedzić. Tutaj takiego miejsca nie znalazłam...