niedziela, 15 lipca 2018

Mandat za parkowanie

Nieprawidłowe parkowanie to chyba najczęściej karane mandatem wykroczenie. W ciągu 6 lat mieszkania w Szwecji dostaliśmy mandat kilka razy - ostatnio za wystawanie za zewnętrzny obrys parkingu, a wcześniej między innymi za parkowanie w zbyt małej odległości od przystanku (o ile dobrze pamiętam, to było ze 2 metry za blisko).

Mandat wygląda jak żółty paragon i jest wkładany za przednią wycieraczkę. Jeśli nie zapłaci się w ciągu tygodnia czy dwóch, to mandat przysyłany jest też pocztą.

[Fragment mandatu z opisem wykroczenia i zaznaczoną pozycją wentyli]

Co ciekawe mandatu za złe parkowanie nie dostaje się od razu (są tu wyjątki, np. parkowanie na miejscu dla niepełnosprawnych albo na przystanku autobusowym), ale kontroler sprawdza po jakimś czasie (czytałam, że zależnie od właściciela kontrolowanego miejsca jest to 3-30 minut), czy samochód nie był w tym czasie przemieszczany. Dlatego na mandacie można zobaczyć pozycję wentyli w kołach w czasie kontroli. Chodzi o to, że w wielu miejscach, w których normalnie nie wolno parkować, można zatrzymać samochód na czas rozpakowywania albo pakowania auta i nie będzie się za to ukaranym.


sobota, 23 czerwca 2018

Sandhamn

Sandhamn to mała miejscowość na jednej z wysp archipelagu Sztokholmskiego. Firma, w której obecnie pracuję, zorganizowała nam tam jednodniowy wyjazd integracyjny. Można było popłynąć łódką (szef i jeden kolega z zespołu płynęli swoimi motorówkami, a każdy z nich miał kilka wolnych miejsc), ale ja wybrałam komunikację miejską, czyli 20 minut metrem do Slussen, potem 40 minut autobusem do Stavsnäs i na końcu jeszcze godzina promem do Sandhamn.

[Położenie Sandhamn, Google maps]

[Prom w Stavsnäs]

Sandhamn jest miejscowością turystyczną - stałych mieszkańców ma około 100, ale w czasie wakacji przebywa tam nawet 3000 osób. 

[Nabrzeże i widok na Seglarhotell w Sandhamn]

[Plaża w Sandhamn]

[Port w Sandhamn]

[Port w Sandhamn]

Dzień był słoneczny, nie wiało zbyt mocno, więc w czasie pobytu na promie można było siedzieć na tarasie i podziwiać szkiery.

[Port w Sandhamn]

[Okolice Sandhamn]


poniedziałek, 9 kwietnia 2018

Wysyłanie sprayu do Polski

Miesiąc temu zamówiłam w szwedzkim sklepie internetowym kosmetyk w sprayu - wiedziałam, że nie wysyłają do Polski, więc zamówiłam do domu i chciałam wysłać do Polski pocztą. Po kilku dniach paczka wróciła do mnie z terminalu w Malmö z informacją, że zawiera niebezpieczne substancje i nie może zostać przesłana do innego kraju. Miło, że paczka do mnie wróciła, mimo że zaznaczyłam, iż w razie niedostarczenia do adresata mogą ją wyrzucić (w innym wypadku musiałabym zapłacić za przesłanie paczki do mnie). Do paczki załączona była informacja, że poczta nie przesyła niebezpiecznych substancji drogą powietrzną i że jeśli usunę niedozwolone substancje, to mogę bezpłatnie nadać paczkę ponownie. Ponieważ paczka zawierała tylko niedozwolone substacje, musiałam znaleźć innego kuriera.

Skontaktowałam się z kilkoma firmami i od m.in. DHLa, UPSa czy Schenkera dostałam od razu informację, że nie można przesłać paczki zawierającej spray. Obsługa klienta w FedExie twierdziła, że można, ale gdy pojechałam nadać paczkę, zapytałam się na miejscu po raz kolejny czy na pewno można (paczka wysyłana FedExem kosztuje mniej więcej 5 razy więcej niż pocztą), pan przyjmujący paczki porozmawiał z kierowcami i powiedział, że niestety nie. Więc żadna z dużych firm kurierskich nie przewozi takich niebezpiecznych substancji.
Na stronie internetowej MSB (urząd zajmujący się obroną cywilną) znalazłam dużo informacji o tym, co jest niebezpieczną substancją, jaka jej ilość kwalifikuje się do grupy "ograniczona ilość" i jak przesyłki z takimi substancjami należy oznaczać. Wiedziałam więc, że sprayu nie wyślę drogą lotniczą, zadzwoniłam zatem na pocztę z pytaniem, czy da się jakoś wysłać przesyłkę drogą lądową - okazało się, że nie ma takiej możliwości! Podobno kiedyś wysyłano paczki drogą morską, ale teraz już nie. Na infolinii poczty ludzie udzielili mi sprzecznych informacji - najpierw powiedziano mi, że nie ma problemu z paczką o ile urząd celny nie będzie miał zastrzeżeń, a dopiero gdy zaczęłam pytać o szczegóły, pan z infolinii poszedł się skonsultować z kolegami i wtedy się dowiedział, że jednak się nie da.

Ostatecznie udało mi się znaleźć prywatne polskie firmy zajmujące się przesyłkami między Szwecją a Polską. Jest ich co najmniej kilka - większość odbiera paczki ze Sztokholmu w weekend i docierają do Polski w połowie tygodnia, ale jest też firma, która odbiera paczki w połowie tygodnia i rozwozi je po Polsce w weekend.

Moją paczkę już wysłałam i teraz czekam, czy dojdzie do odbiorcy, zostanie mi zwrócona czy może zaginie po drodze. Odpowiedz poznam w ciągu kilku dni!

niedziela, 8 kwietnia 2018

Oddzwanianie

Dotychczas większość spraw - typu wizyta u lekarza czy dentysty - załatwiałam przez Internet, ale ostatnio zdarzyło się kilka takich, które trzeba było ogarnąć telefonicznie (lub osobiście, ale to by zajęło zdecydowanie więcej czasu). Kolejki telefoniczne bywają bardzo długie - pół godziny czekania to standard, gdy dzwoni się na infolinie wszelakich urzędów. Niby co minutę czy dwie dostaje się informację o swojej pozycji w kolejce, ale siedzi się z tą słuchawką i trudno skupić na czymś innym, jeśli wciąż słyszy się melodię przerywaną informacjami dla klientów.

Gdy usłyszałam, że przede mną w kolejce jest ponad 20 osób nastawiłam się na długie czekanie, ale po mniej więcej pięciu minutach automat zaoferował opcję oddzwonienia na numer z którego dzwonię lub na inny - można było go podać tonowo.

Taka opcja pojawiła się zarówno przy dzwonieniu do przychodni dentystycznej, jaki i na pocztę i do banku. Na infolinię poczty dzwoniłam kilka razy o różnych porach i zauważyłam, że jeśli dzwoni się zbyt późno - tak że nie wiadomo, czy zdążyłoby się dodzwonić czekając - to opcja oddzwonienia nie jest oferowana.

wtorek, 31 października 2017

Tjuvberget

Niedaleko Bollnäs jest rezerwat przyrody Tjuvberget - niedługa leśna ścieżka, na końcu której znajduje się wieża widokowa.

[Tablica informacyjna]

Nazwa Tjuvberget oznacza Górę złodziei. Według legendy w okolicy góry ukrywali się rabusie, którzy napadali na przejeżdzających tamtędy podróżnych. Złodziei udało się złapać przy wejściu do ich kryjówki, którą była grota po wschodniej stronie góry.

W rezerwacie można zobaczyć głuszce i dzięcioły. Pierwszego usłyszeliśmy, drugiego widzieliśmy. Spotkaliśmy również psa z antenką - zapewne w okolicy był jego opiekun, myśliwy.

[Wejście do rezerwatu]

[750m do szczytu]

Prognoza pogody mówiła, że przed południem pogoda będzie ładna, więc wybraliśmy się na spacer. Całą drogę świeciło nam słońce, ale przed Bollnäs pojawiły się mgły... zamglony las wyglądał ładnie:

[Ścieżka]

[Chrobotek]

[Wieża widokowa]

O widoku z góry trudno się wypowiedzieć:

[Widok z wieży na jezioro]

[Widok z wieży na jezioro]


czwartek, 26 października 2017

Wampirze serca i mózgi zombie

Sieć sklepów ICA chcąc zwiększyć spożycie warzyw i owoców u dzieci i młodzieży, wypuściła serię produktów na Halloween. Można wśród nich znaleźć:
1. Ciała pająków *
[Ciała pająków]
2. Palce czarownic
3. Nosy troli
[Nosy troli]
4. Siekane mózgi potworów
5. Zęby wampirów
[Wampirze zęby i siekane mózgi potworów]
6. Oczy wilkołaków
7. Głowy strachów na wróble
8. Serca Drakuli
[Serca Drakuli]
9. Mózg zombie

Sklep ma w swojej halloweenowej serii kilkanaście rodzajów warzyw i owoców. Będą one dostępne w sprzedaży przez 3 tygodnie na przełomie października i listopada.

[Zdjęcie reklamowe z portalu sklepu ICA]

Genialny pomysł marketingowców!


* nazwy marketingowe opisują zwyczajne warzywa:
1. Niebieskie ziemniaki
2. Fioletowe marchewki
3. Słodkie ziemniaki
4. Sałata (chyba lodowa)
5. Główki czosnku
6. Pomidory
7. Papryki
8. Buraki (ugotowane)
9. Kalafior

poniedziałek, 18 września 2017

Sztafeta jedzeniowa

Miesiąc temu w mejlu od wspólnoty pojawiła się informacja o organizowanej sztafecie jedzeniowej (matstafetten). Organizatorzy szczególnie zachęcali do udziału nowych mieszkańców, bo taka impreza to dobra okazja do poznania sąsiadów.

Informacji o tej nietypowej sztafecie szukałam w Internecie - zdziwiło mnie, że przez 5 lat naszego pobytu w Szwecji nigdy o czymś takim nie słyszałam - i wszystkie wiadomości, które znalazłam, dotyczyły miejscowości w Norrlandii. Nie udało mi się jednak znaleźć, kto ani kiedy to wymyślił.

Do sztafety zgłaszają się pary. Każda para ma do przygotowania przystawkę, obiad albo deser. I wie, że na posiłku zjawią się u niej dwie inne pary. Uczestnicy dostają koperty z informacją, który posiłek przygotowują i - jeśli nie przygotowują przystawki - nazwisko oraz adres miejsca, gdzie mają się zjawić, by zjeść przystawkę. Gospodarze od przystawek dostają koperty, które na koniec spotkania w ich domu otwierają wszyscy uczestnicy i w ten sposób każda para dowiaduje się, dokąd ma pojechać na obiad (każdy posiłek je się w innym towarzystwie). Podobnie sytuacja wyglądała z obiadem i deserem. Tyle że po deserze była impreza dla wszystkich w lokalnej restauracji, więc gospodarze od deseru nie rozdawali już żadnych kopert.
Na każdy posiłek przeznaczone było 1.5h, a między posiłkami po 0.5h przerwy na dojazd. W organizowanych w okolicy sztafetach - z tego, co ludzie mówili - przyjmuje się, że udział mogą brać ludzie mieszkający (lub chętni wynająć stugę) w promieniu ok.5km. Chodzi o to, żeby nie było dużych odległości do pokonania między posiłkami. Większość ludzi jeździła rowerami, chociaż spotkaliśmy jedną parę, która na deser płynęła łódką (droga była dużo krótsza niż rowerem przez las).

Między obiadem a deserem podjechaliśmy do domu po coś cieplejszego do ubrania. Jechaliśmy przez moment w przeciwnym kierunku niż wszyscy inni (jak ktoś jechał tego dnia po zmroku na rowerze to znaczy, że brał u dział w sztafecie; a deser był u mieszkańców sąsiedniego osiedla - za lasem), więc część ludzi przejeżdżając obok nas śmiała się, że jedziemy w złym kierunku.

Jedzenia było lagom (w sam raz). Tak, że głodny człowiek nie wychodził, ale w całej imprezie chodzi głównie o aspekt towarzyski. Większość ludzi, których spotkaliśmy, albo urodziła się w okolicy albo mieszka tam od kilkudziesięciu lat. I praktycznie wszyscy się znają. Ludzie rozmawiali o historiach rodzinnych, pytali o wspólnych znajomych, o dzieci (większość ludzi, których spotkaliśmy miało 50-60 lat; czyjaś córka skończyła właśnie studia w Nowym Jorku, kogoś innego córka kupiła dom w okolicy i zamieszkała tam z ośmioma kotami, psem i chłopakiem; tego typu historie).
Gdy dojechaliśmy na deser, ledwo zdążyliśmy się przestawić, a już się okazało, że ludzie wiedzą kim jesteśmy i kto u nas był na pierwszym posiłku. Uroki małej wspólnoty ;-)

Poznaliśmy też właściciela lokalnej firmy budowlanej, który był zaangażowany w budowanie chyba wszystkich nowszych domów na osiedlu, bo wiedział kto budował, kiedy, rzucał nazwiskami i jeszcze kojarzył ludzi z jakimiś cechami albo historiami.

Do każdego posiłku ludzie oferowali alkohol - piwo lub cydr na przystawkę, jakieś bąbelki i piwo do obiadu, a do deseru bąbelki, koniak lub whiskey. Gdy mieliśmy wracać do domu, stwierdziliśmy, że może droga żwirowa z dużą ilością górek, a do tego przez las to nie jest dobry wybór po takiej imprezie. Pojechaliśmy więc trochę na około, ale szeroką asfaltową drogą. Drogą nieoświetloną (nikogo też na niej nie spotkaliśmy), więc jedynie nasze rowerowe światła na dynamo pozwalały nie wjechać do rowu (było pochmurno, więc dosyć ciemno). Nie można było się jednak zatrzymać, bo wtedy dynamo przestawało generować prąd i zapadała totalna ciemność. Przygodowo było!

W całej imprezie brało u nas udział nie więcej niż 30 par. Niewiele. W sąsiednim miasteczku taka impreza organizowana jest od kilkunastu lat, a gdy była jubileuszowa - dziesiąta - sztafeta, to wzięło w niej udział ponad 500 osób! Wszyscy uczestnicy zostali wtedy poproszeni o przywiązanie do swoich rowerów pomarańczowych balonów. Podobno super to wyglądało, jak duże grupy ludzi z balonami jeździły po mieście.