Pokazywanie postów oznaczonych etykietą urzędy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą urzędy. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 8 kwietnia 2018

Oddzwanianie

Dotychczas większość spraw - typu wizyta u lekarza czy dentysty - załatwiałam przez Internet, ale ostatnio zdarzyło się kilka takich, które trzeba było ogarnąć telefonicznie (lub osobiście, ale to by zajęło zdecydowanie więcej czasu). Kolejki telefoniczne bywają bardzo długie - pół godziny czekania to standard, gdy dzwoni się na infolinie wszelakich urzędów. Niby co minutę czy dwie dostaje się informację o swojej pozycji w kolejce, ale siedzi się z tą słuchawką i trudno skupić na czymś innym, jeśli wciąż słyszy się melodię przerywaną informacjami dla klientów.

Gdy usłyszałam, że przede mną w kolejce jest ponad 20 osób nastawiłam się na długie czekanie, ale po mniej więcej pięciu minutach automat zaoferował opcję oddzwonienia na numer z którego dzwonię lub na inny - można było go podać tonowo.

Taka opcja pojawiła się zarówno przy dzwonieniu do przychodni dentystycznej, jaki i na pocztę i do banku. Na infolinię poczty dzwoniłam kilka razy o różnych porach i zauważyłam, że jeśli dzwoni się zbyt późno - tak że nie wiadomo, czy zdążyłoby się dodzwonić czekając - to opcja oddzwonienia nie jest oferowana.

sobota, 6 lutego 2016

Rachunki i zwrot

Każdy rachunek do zapłacenia (czy to czynsz, czy faktura ze sklepu internetowego) zawiera na dole zestaw cyfr i znaków przeznaczonych do odczytu maszynowego. Dzięki temu można było uniknąć przepisywania (i pomyłki przy przepisywaniu) danych niezbędnych do płatności.

Obecnie, gdy można mieć dostęp do swojego konta bankowego w telefonie, funkcja skanowania rachunku bardzo przyspiesza jego zapłacenie. Jednak aplikacja banku to tylko program i zdarzają się w nim błędy. W ten sposób zapłaciliśmy ostatnio za dużo urzędowi transportu (Transportstyrelsen) - program zamiast 39 SEK przeczytał 59 SEK i taki przelew poszedł.
Zorientowaliśmy się tydzień później, gdy z dostaliśmy bon z Transportstyrelsen. Na 20 SEK. Dołączona do niego była informacja, że ze względu na to, że urząd nie ma oficjalnie zarejestrowanego naszego konta bankowego, nie mogą zwrócić nadpłaconej kwoty na konto, więc wysyłają bon. Bon jest ważny przez 2 miesiące w kilku dużych sieciach spożywczych i aptekach.

Dziwne to. Mogli zostawić pieniądze na poczet następnej opłaty; szczególnie w tym przypadku, gdy papier na wydrukowanie bonu i koszty przesyłki były zapewne w kwocie zbliżonej do wartości bonu.

sobota, 11 stycznia 2014

Firmowe podatki

Firmy jednoosobowe, te najprostsze (EF - Enskild Firma) mają taki cykl rozliczeniowy jak osoby prywatne - czyli rozliczenie roczne za rok poprzedni musi być zrobione chyba do końca kwietnia. Ja chciałam jednak mieć wszystko podliczone wraz z końcem roku, więc jeszcze jesienią znalazłam firmę zajmującą się księgowością i wysłałam im wszystkie dokumenty. Dostałam rozliczenie wystawionych faktur i wydatków, ale nie zgadzało mi się to z tym, co do tej pory zgłosiłam w urzędzie podatkowym. Dopytałam, dowiedziałam się, co było nie tak - okazało się, że brałam kursy walut z mojego banku zamiast z oficjalnej strony Riksbanku, na dodatek z innego dnia niż powinnam. Pani księgowa powiedziała, że to nie szkodzi, bo różnica wynosi tylko kilkadziesiąt koron - wg moich wyliczeń było to 10 razy więcej... poza tym uznałam, że jakakolwiek różnica może się nie spodobać urzędnikom ze skarbówki, więc chciałam to wyjaśnić.
Co robi człowiek w takiej sytuacji? Pyta u źródła! Napisałam maila do Skatteverket z informacją, że do tej pory wysyłałam złe rozliczenia, bo według złego kursu walut i zapytałam, co mogę z tym zrobić. Kilka dni później dostałam odpowiedź, jak poprawnie należy liczyć, informację o ulotce, w której jest to opisane (z konkretnym numerem rozdziału), oraz podstawą prawną. Ponadto wyjaśnienie, jak złożyć sprostowanie. Poprawione informacje wysłałam i czekam... Lista ze zaktualizowanymi podatkami do mnie przyszła, ale jak na razie żadnej kary - a ta może zostać nałożona, tak przynajmniej wynika z informacji, które przeczytałam.

[Kot podatkowy (momskatten) - podatek należy zapłacić, jeśli kot stoi na wszystkich czterech łapach; fragment oficjalnej ulotki Skatteverket]

Mimo że na stronach internetowych Skatteverket są dostępne ulotki po szwedzku i po angielsku (ale te po szwedzku są pisane bardziej zrozumiałym językiem!), to jednak nie wszystko jest jasne od początku i czasem przydaje się jakaś podpowiedź. Iść i zapytać nie zawsze jest jak, przez telefon trudno się czasem dogadać, więc bardzo doceniam możliwość kontaktu mailowego. Odpowiedź z urzędu przychodzi w ciągu około 3 dni (raz czekałam 4 dni, ale raz dostałam odpowiedź już następnego dnia) i zawiera wartościowe informacje. Kiedyś wysłałam nawet do nich fakturę, żeby mi powiedzieli, czy na pewno zawiera wszystko, co trzeba - tak na wszelki wypadek.

Księgowość w przypadku EF jest dosyć prosta, ja jednak wolałam skorzystać z usług profesjonalnej księgowej. Niestety zdarzyło mi się raz, że źle mi coś policzyła i musiałam ją poprawić. Dla mnie ważne jest, żeby mieć się kogo zapytać, żeby ktoś za mnie zrobił rozliczenie roczne i przypominał o sprawach związanych z rozliczeniami - co, jak i kiedy.
To, co mnie zdziwiło, to fakt, że dostałam już od księgowych dokumenty rozliczeniowe i objaśnienia dotyczące przepisów, ale jeszcze nie podpisałam z nimi żadnej umowy. Nie dostałam też żadnej faktury. Kontakt do tej firmy dostałam przez znajomego księgowego, więc raczej wszystko powinno być OK. Niemniej dziwi mnie takie podejście... I nawet nie chodzi o wzięcie odpowiedzialności za wyliczenia - zgodnie z prawem, niezależnie od tego, kto mnie rozlicza, za wszystko odpowiadam osobiście ja.

środa, 30 maja 2012

Podwójne przeczenie

W czasie ostatniej wizyty w urzędzie Marcin uzupełniał dokumenty, a ja te same dokumenty składałam. Ponieważ Marcin zaczął rozmawiać z urzędnikiem jako pierwszy, więc najpierw on został obsłużony, a później przyszła kolej na mnie.
I urzędnik chcąc się upewnić, że ja nie zostawiłam wcześniej dokumentów - tak jak to zrobił Marcin - zadał mi pytanie. Z przeczeniem. Więc ja odpowiedziałam tak, jak zwykle odpowiadam po polsku - czyli na pytanie z przeczeniem odpowiedziałam "nej" ("nie"), co - w moim mniemaniu - miało potwierdzać tezę z pytania. Pan urzędnik z dokumentami w ręce zastygł na chwilę. Zorientowałam się, że powiedziałam coś nie tak. Na powtórzone pytanie odpowiedziałam, więc "ja" ("tak") - czyli całkiem inaczej niż przed chwilą. Na szczęście odezwał się Marcin i powiedział całe zdanie, z którego wynikało, że ja żadnych dokumentów tu jeszcze nie składałam. Ufff!

W szwedzkim na pytania z przeczeniami odpowiada się:
- "Ja" ("tak") - chcąc potwierdzić tezę z pytania (tę z przeczeniem),
- "Jo" (coś jakby "nie", ale stosowane tylko w tym przypadku) - chcąc zaprzeczyć tezie z pytania.
I nie używa się standardowego "nie" ("nej"), bo wtedy nikt nie wie, o co chodzi.

Trzeba się było bardziej przyłożyć do nauki języka na kursie. Bo to było, pamiętam!

sobota, 19 maja 2012

Rejestracje

Najpierw były dwa miesiące czekania na dokumenty z urzędu migracyjnego (Migrationsverket), później złożyliśmy wnioski do urzędu podatkowego (Skatteverket). Ponieważ składaliśmy wnioski osobno, zaznaczyliśmy, oboje, że zgłaszamy się "pojedynczo", bez małżonka. Okazało się to błędem, bo urzędnicy myśleli - rozpatrując każdy wniosek osobno - że małżonek zgłaszającego się został w Polsce. Po mniej więcej 3 tygodniach dostaliśmy pocztą dokumenty do uzupełnienia wniosku - pytano nas m.in. o liczbę pokoi w szwedzkim mieszkaniu, ilość osób w polskim gospodarstwie domowym i liczbę pokoi w polskim mieszkaniu... Przypominam, że wniosek dotyczył nadania numeru identyfikacyjnego (personnummer - odpowiednik polskiego PESELu). Po wyjaśnieniu wątpliwości w ciągu kilku dni przyszły pocztą nasze numery - najpierw Marcina, a później mój. Teraz możemy już płacić podatki, a ponadto każdy, kto zna nasze imię i nazwisko może z łatwością znaleźć w internecie nasz aktualny adres, datę urodzin oraz numery telefonów (no, przyznam się, że ja swojego nie zarejestrowałam, więc jeszcze nie jest powiązany z moją osobą).

Mając personnummer jest się widocznym dla wszystkich. Marcin dostał właśnie powitalny pakiet ulotek - rabaty do sklepów i restauracji z najbliższej okolicy.

[powitalna ulotka]


Wczoraj złożyliśmy podania o rejestrację w kasie ubezpieczeniowej (Försäkringskassan). Rejestracja jest podstawą do korzystania z państwowej opieki zdrowotnej i zasiłków. Formularzy z podaniami o różne rodzaje zasiłków było w urzędzie tak dużo, że trudno mi było znaleźć ten podstawowy - dotyczący rejestracji.

W poniedziałek będziemy aplikować o szwedzkie dowody (legitimation), bo np. pracownicy banku się dziwią za każdym razem, że człowiek ma u nich konto, ma personnummer a legitymuje się polskim dowodem osobistym.

Będziemy również wysyłać wniosek o rejestrację samochodu. Samochód zgłosiliśmy jako dobro przeprowadzkowe, w związku z czym wstępna opłata była prawie dwa razy wyższa niż przy zwykłej rejestracji. Musimy jeszcze poczekać aż przelew zostanie wysłany, wydrukować potwierdzenie i możemy wysyłać. Co najdziwniejsze, żeby zgłosić wwieziony pojazd do rejestracji, należy przesłać do urzędu oryginał dowodu rejestracyjnego - trochę strach, że list może się zgubić, ale innej drogi nie ma. Po niedługim czasie powinien przyjść dokument, z którym jedzie się na przegląd techniczny. Jak wszystko będzie w porządku tablice zostaną przysłane do domu :) Zobaczymy.

poniedziałek, 16 kwietnia 2012

Urzędy

Urzędnikom migracyjnym nie spieszyło się z wydaniem nam papierka, że jako obywatele UE nie potrzebujemy żadnych pozwoleń na pobyt. Dostaliśmy go dopiero po 3 miesiącach od złożenia podania.
Obywatele Unii Europejskiej nie mogą składać podań osobiście, tylko przez formularz na stronie internetowej. Wypełnia się ankietę, dokłada potwierdzenie zatrudnienia i - w naszym przypadku - skan aktu ślubu (po polsku, żadnych tłumaczeń nie trzeba). I czeka... formalnie w ciągu 28 dni powinna zapaść decyzja. Nie było jej po miesiącu, więc Marcin pojechał do urzędu, gdzie został poinformowany, że jego sprawą zajmuje się pani z drugiego końca Szwecji i trudno powiedzieć cokolwiek na ten temat, o ile nie została podjęta jakaś decyzja. Teoretycznie przy wysyłaniu dokumentów dostaje się numer sprawy i można sprawdzać, co się dzieje, ale w praktyce sprowadza się to do informacji "brak decyzji".
Okazało się, że list został do nas wysłany (przyszedł dzień czy dwa po wizycie w migracyjnym). Decyzja nie mogła zostać podjęta, ponieważ jeden z załączników był wypełniony trzema różnymi rodzajami pisma - Marcin wypełnił podstawowe informacje na formularzu, szef się podpisał, a sekretarka dopisała dane kontaktowe do firmy. I to było podejrzane, bo niespójne.
Przy okazji wizyty w migracyjnym (teoretycznie można zadzwonić, ale czas oczekiwania na rozmowę to około godziny), dostaliśmy maila i numer telefonu urzędniczki, która zajmowała się naszą sprawą. To było bardzo wygodne, bo wszystkie braki i nieścisłości można było bardzo szybko wyjaśnić i ewentualnie dosłać mailem a nie tradycyjną pocztą.
Po kolejnym miesiącu stan sprawy uległ zmianie - prawie codziennie sprawdzaliśmy na stronie internetowej, czy coś się ruszyło - enigmatyczna informacja głosiła, że "decyzja została podjęta". A-h-a. Po tygodniu (list nie powinien iść dłużej niż 2-3 dni) napisaliśmy do kobiety z migracyjnego maila z prośbą o wysłanie nam decyzji drogą elektroniczną. W odpowiedzi dostaliśmy informację, że decyzja znajduje się w wysłanym do nas liście.
Trochę to już zaczęło się robić niepoważne. Nie mając kartki z migracyjnego nie możemy złożyć wniosku o personnummer (taki szwedzki PESEL), a bez tego numeru nie można zarejestrować samochodu ani zapisać się do Försäkringskassan (czyli korzystać z lokalnej służby zdrowia). Nie można też płacić podatków, co wprawia w zakłopotanie firmowych księgowych, ani normalnie korzystać z konta bankowego (bez personnummer'u można założyć konto, ale chyba nie w każdym banku, a do tego na gorszych warunkach - np. bez dostępu przez internet). Marcin wybrał się po raz kolejny do urzędu migracyjnego (mi ta wątpliwa przyjemność została oszczędzona, bo zostałam zgłoszona jako członek rodziny) i wydrukowano mu "decyzje" podjęte w naszej sprawie.

Z tym papierkiem (każdy ze swoim) udaliśmy się do urzędów podatkowych (Skatteverket) - do różnych, bo każdy poszedł do tego, który ma bliżej pracy (to akurat ze względów praktycznych, nie ma wyznaczonego jednego oddziału do składania tych wniosków).
Znalazłam formularz (wiedziałam, czego szukać, bo Marcin załatwiał to 3 dni temu), a potem numerek i czekanie... Byłam 55 w kolejce, ale sprawnie szło - na obsługę jednej osoby wychodziło około minuty. Fakt, że okienek było chyba 27, ale kolejki były 4 (ja zostałam 'przydzielona' do ogólnej).
W urzędzie jest kilka stanowisk ze stołami i szafkami, w których znajdują się różne formularze (pogrupowane działami: dla firm, dla osób prywatnych, związane z podatkami, związane z przyjazdem do Szwecji). Między stołami krążą pracownicy w jaskrawozielonych szarfach z napisem "Zapytaj mnie" i pomagają znaleźć formularze, wypełnić dokumenty. Można też się ustawić w kolejce do punktu informacyjnego - tam można znaleźć wolnych pracowników, którzy ustalają, do której kolejki się trafia i dają numerek, ale też pomagają z dokumentami.
Jest też sporo stołów oraz naprawdę dużo miejsc siedzących - chyba dla każdego chętnego wystarczyło.

Pracownicy, którzy obsługują petentów w okienkach, są naprawdę bardzo mili i mówią dosyć prostym językiem, więc żaden problem ich zrozumieć ;-) W sumie po tych kilku latach nauki, to byłby trochę wstyd, jakby człowiek nie dał rady zrozumieć, że ma się jeszcze gdzieś podpisać, nie umiał powiedzieć, że zapomniał z Polski aktu ślubu albo odpowiedzieć, że nie zna numeru telefonu do właściciela mieszkania. Poszło szybko, sprawnie, a urzędniczka była uśmiechnięta :-)

Teraz 4-6 tygodni oczekiwania na decyzję. Moją. Bo Marcinowi - zapewne z racji mniejszego oblężenia urzędu, w którym on składał dokumenty - powiedzieli, że to zajmie 2-3 tygodnie.

Mam nadzieję, że uda się to załatwić do końca maja, bo jak nie, to w czerwcu czeka nas wycieczka samochodowa do Polski, żeby zrobić przegląd auta na kolejny rok.

Podobno w migracyjnym trafiła nam się wyjątkowo niemiła pani i na ogół ludzie są jednak bardziej życzliwi (co mieliśmy okazję zobaczyć w urzędzie podatkowym). Ale czytałam też, że Szwedom się nigdy nie spieszy - i dlatego sprawy w urzędzie wleką się tak długo, jak tylko pozwalają na to przepisy. Korzystanie z urzędów to ból dla ludzi, którzy potrzebują coś szybko załatwić.

Plus jest taki, że zwykła praca też tak wygląda ;-) Nikt się nie stresuje. Nie zdążymy z czymś? No tak, to problem - przyznają ludzie - ale nikt się z tego powodu nie spina, poza mną. A przynajmniej po nikim tego absolutnie nie widać. Raczej ludzie starają się wymyślić, co można poprawić, jak to lepiej zaplanować w przyszłości, starają się ustalić kolejny, bardziej realny termin. Czuję, że mi też zaczyna się udzielać ten spokój.
Tempo działania urzędów jest powalająco wolne. Jednak do urzędów nie chodzi się na co dzień, a do pracy tak. I w pracy taki klimat jest naprawdę bardzo przyjemny. Myślałam, że nie da się lubić pracy bardziej niż ja lubiłam swoją poprzednią. Teraz mi naprawdę szkoda w piątki, że to już koniec tygodnia, do poniedziałku zostały jeszcze całe dwa dni, a ja bym chciała coś jeszcze zrobić. Ale nie pracuję w weekendy i z domu nie ruszam projektu do pracy, od kiedy nie noszę swojego laptopa do biura, więc to chyba nie pracoholizm ;-)