Spelmansstämma to spotkanie muzyków ludowych. W odróżnieniu od festiwalu folkowego, celem stämmy (czasownik att stämma dosłownie oznacza stroić, tak jak się stroi instrumenty) nie jest granie dla publiczności, lecz granie muzyków ze sobą. Zespoły również występują na scenie, ale nie jest to główny cel tej imprezy.
W miejscu, gdzie odbywa się się stämma, można spotkać wiele grup, które siedzą na ławkach albo stoją przy budynkach i razem grają. Są skrzypce, akordeony, kontrabasy, flety i nyckelharpy (wyglądają jak skrzypce z klawiszami). Bardzo wiele osób ubiera się w tradycyjne stroje regionalne - zarówno strój jak i instrument muzyczny umożliwiają wejście za darmo.
O stämmie w Norrbo dowiedzieliśmy się z kartonu mleka. Okazało się, że miał tam grać Triakel - zespół, którego słuchaliśmy jeszcze mieszkając w Polsce.
[Informacja na kartonie mleka]
[Norrbo hembygdsgård]
[Norrbo hembygdsgård]
[Muzycy]
W czasie koncertu atmosfera była bardziej piknikowa niż koncertowa. Część ludzi siedziała na ławkach, część (w tym my) na trawie. Dzieci biegały po łące i wchodziły pod scenę.
Niepodobne do żadnego innego koncertu, na którym wcześniej byłam.
[Koncert zespołu Triakel]
Na miejscu można było kupić ostkakę - dosłownie sernik, ale w smaku nie przypomina ani polskiego ani amerykańskiego sernika. Dostaje się dwa plastry sernika zalanego sosem z soku. Sos jest trochę słodki, a sernik skrzypiący (trochę jak halloumi, tylko bardziej miękki) i zupełnie niesłodki.
[Ostkaka z sokiem]
Na zakończenie dnia była potańcówka - trudno to nazwać dyskoteką, bo muzyka była ludowa a sporo ludzi miało na sobie tradycyjne stroje.
Tydzień później wybraliśmy się na kolejną imprezę tego typu. Było więcej ludzi, a na parkingu widzieliśmy, że między samochodami osobowymi ktoś zaparkował traktor.
[Bjuråker]
W Bjuråker można było pooglądać stare domy udekorowane scenami i postaciami z Biblii i zapoznać się z historią przemysłu drzewnego na tych terenach (w małym muzeum była drewniana rura, która kiedyś transportowała wodę).
Były też panie koronczarki, ktoś, kto robi na drutach swetry z lokalnym wzorem, producent noży... o dziwo nie sprzedawali swoich wyrobów, tylko pokazywali, co robią i można było z nimi porozmawiać, ewentualnie poprosić o kontakt, jeśli chciałoby się coś zamówić.
[Dom udekorowany biblijnymi obrazami]
[Koronczarki]
Więcej informacji o tych spotkaniach można znaleźć na stronach lokalnych stowarzyszeń:
Sieć sklepów ICA chcąc zwiększyć spożycie warzyw i owoców u dzieci i młodzieży, wypuściła serię produktów na Halloween. Można wśród nich znaleźć:
1. Ciała pająków *
[Ciała pająków]
2. Palce czarownic
3. Nosy troli
[Nosy troli]
4. Siekane mózgi potworów
5. Zęby wampirów
[Wampirze zęby i siekane mózgi potworów]
6. Oczy wilkołaków
7. Głowy strachów na wróble
8. Serca Drakuli
[Serca Drakuli]
9. Mózg zombie
Sklep ma w swojej halloweenowej serii kilkanaście rodzajów warzyw i owoców. Będą one dostępne w sprzedaży przez 3 tygodnie na przełomie października i listopada.
Miesiąc temu w mejlu od wspólnoty pojawiła się informacja o organizowanej sztafecie jedzeniowej (matstafetten). Organizatorzy szczególnie zachęcali do udziału nowych mieszkańców, bo taka impreza to dobra okazja do poznania sąsiadów.
Informacji o tej nietypowej sztafecie szukałam w Internecie - zdziwiło mnie, że przez 5 lat naszego pobytu w Szwecji nigdy o czymś takim nie słyszałam - i wszystkie wiadomości, które znalazłam, dotyczyły miejscowości w Norrlandii. Nie udało mi się jednak znaleźć, kto ani kiedy to wymyślił.
Do sztafety zgłaszają się pary. Każda para ma do przygotowania przystawkę, obiad albo deser. I wie, że na posiłku zjawią się u niej dwie inne pary. Uczestnicy dostają koperty z informacją, który posiłek przygotowują i - jeśli nie przygotowują przystawki - nazwisko oraz adres miejsca, gdzie mają się zjawić, by zjeść przystawkę. Gospodarze od przystawek dostają koperty, które na koniec spotkania w ich domu otwierają wszyscy uczestnicy i w ten sposób każda para dowiaduje się, dokąd ma pojechać na obiad (każdy posiłek je się w innym towarzystwie). Podobnie sytuacja wyglądała z obiadem i deserem. Tyle że po deserze była impreza dla wszystkich w lokalnej restauracji, więc gospodarze od deseru nie rozdawali już żadnych kopert.
Na każdy posiłek przeznaczone było 1.5h, a między posiłkami po 0.5h przerwy na dojazd. W organizowanych w okolicy sztafetach - z tego, co ludzie mówili - przyjmuje się, że udział mogą brać ludzie mieszkający (lub chętni wynająć stugę) w promieniu ok.5km. Chodzi o to, żeby nie było dużych odległości do pokonania między posiłkami. Większość ludzi jeździła rowerami, chociaż spotkaliśmy jedną parę, która na deser płynęła łódką (droga była dużo krótsza niż rowerem przez las).
Między obiadem a deserem podjechaliśmy do domu po coś cieplejszego do ubrania. Jechaliśmy przez moment w przeciwnym kierunku niż wszyscy inni (jak ktoś jechał tego dnia po zmroku na rowerze to znaczy, że brał u dział w sztafecie; a deser był u mieszkańców sąsiedniego osiedla - za lasem), więc część ludzi przejeżdżając obok nas śmiała się, że jedziemy w złym kierunku.
Jedzenia było lagom (w sam raz). Tak, że głodny człowiek nie wychodził, ale w całej imprezie chodzi głównie o aspekt towarzyski. Większość ludzi, których spotkaliśmy, albo urodziła się w okolicy albo mieszka tam od kilkudziesięciu lat. I praktycznie wszyscy się znają. Ludzie rozmawiali o historiach rodzinnych, pytali o wspólnych znajomych, o dzieci (większość ludzi, których spotkaliśmy miało 50-60 lat; czyjaś córka skończyła właśnie studia w Nowym Jorku, kogoś innego córka kupiła dom w okolicy i zamieszkała tam z ośmioma kotami, psem i chłopakiem; tego typu historie).
Gdy dojechaliśmy na deser, ledwo zdążyliśmy się przestawić, a już się okazało, że ludzie wiedzą kim jesteśmy i kto u nas był na pierwszym posiłku. Uroki małej wspólnoty ;-)
Poznaliśmy też właściciela lokalnej firmy budowlanej, który był zaangażowany w budowanie chyba wszystkich nowszych domów na osiedlu, bo wiedział kto budował, kiedy, rzucał nazwiskami i jeszcze kojarzył ludzi z jakimiś cechami albo historiami.
Do każdego posiłku ludzie oferowali alkohol - piwo lub cydr na przystawkę, jakieś bąbelki i piwo do obiadu, a do deseru bąbelki, koniak lub whiskey. Gdy mieliśmy wracać do domu, stwierdziliśmy, że może droga żwirowa z dużą ilością górek, a do tego przez las to nie jest dobry wybór po takiej imprezie. Pojechaliśmy więc trochę na około, ale szeroką asfaltową drogą. Drogą nieoświetloną (nikogo też na niej nie spotkaliśmy), więc jedynie nasze rowerowe światła na dynamo pozwalały nie wjechać do rowu (było pochmurno, więc dosyć ciemno). Nie można było się jednak zatrzymać, bo wtedy dynamo przestawało generować prąd i zapadała totalna ciemność. Przygodowo było!
W całej imprezie brało u nas udział nie więcej niż 30 par. Niewiele. W sąsiednim miasteczku taka impreza organizowana jest od kilkunastu lat, a gdy była jubileuszowa - dziesiąta - sztafeta, to wzięło w niej udział ponad 500 osób! Wszyscy uczestnicy zostali wtedy poproszeni o przywiązanie do swoich rowerów pomarańczowych balonów. Podobno super to wyglądało, jak duże grupy ludzi z balonami jeździły po mieście.
Nocleg po wizycie na Nordkapp zarezerwowaliśmy w Havøysund. Tak odkryliśmy trasę widokową 889, którą dane nam było docenić dopiero w drodze powrotnej, następnego dnia. Mgła powodowała, że człowiek skupiał się głównie na wypatrywaniu zakrętów i reniferów; przy kiepskiej widoczności nie dało się zobaczyć, że z jednej strony drogi są skały, a z drugiej woda, więc szansa, że jakiś renifer się przybłąka, jest bardzo mała.
[Droga 889 w Norwegii]
[Droga 889 w Norwegii]
[Droga 889 w Norwegii]
[Zbliżamy się do Havøysund]
W Havøysund nie ma nic szczególnego do zwiedzania. To małe miasteczko z portem, sklepem, cmentarzem i restauracją. Ponieważ przyjechaliśmy na miejsce dosyć wcześnie, a lokalna restauracja miała dobre opinie w Internecie, postanowiliśmy do niej pojechać na kolację. Chcieliśmy sprawdzić na stronie restauracji jej adres, ale zamiast tego był tylko opis w stylu "za mostem skręć w lewo, dojedź do cmentarza, skręć w prawo...". Szukaliśmy więc po drodze punktów orientacyjnych i póki były budynki w okolicy, to jakoś szło, ale gdy w opisie pojawiła się informacja "kieruj się na wiatraki", a widoczność była na może 30 metrów, to stwierdziliśmy, że jedziemy prosto i zobaczymy, dokąd dojedziemy. W pewnym momencie udało nam się znaleźć kolejny punkt orientacyjny z listy - czerwony dom - ale zobaczyliśmy go dopiero w momencie mijania.
[Czerwony dom we mgle]
Dojechaliśmy w końcu do grupy czterech samochodów zaparkowanych przy drodze. Szerokość wyżwirowanej powierzchni wskazywała, że mógł to być parking. Zostawiliśmy tam auto i dalej udaliśmy się pieszo.
[Droga do restauracji]
Kilkadziesiąt metrów dalej z mgły wyłoniła się restauracja. Yay!
W menu kilka dań - w tym gulasz z renifera i jakaś ryba - a ponadto samska kawa. I od kawy zaczęliśmy! O czymś, co nazywa się kaffeost, czyli "serze do kawy", słyszałam wcześniej, ale sama nie próbowałam zalewać sera kawą. A samska kawa to coś więcej niż kaffeost.
Kawę dostaliśmy w pojemniku, którego używa się do przygotowania kawy na ognisku. Ponadto w kawowym zestawie były suszone plasterki mięsa renifera oraz ser w plasterkach. Do kubka wlewa się kawę i wsadza kawałek mięsa, żeby zmiękł - chwilę trwa zanim to się stanie, w tym czasie kawa nabywa mięsno-słonego smaku. Z serem sprawa jest prostsza, bo on się w kawie rozpuszcza (jak na zapiekance) zostawiając oka tłuszczu. O ile namoczone w kawie mięso jest całkiem niezłe (tylko trzeba poczekać dłuższą chwilę aż porządnie zmięknie), a kawa z aromatem mięsa nie smakuje najgorzej, o tyle tłuszcz serowy w kawie zmieniał ją na niepijalną dla mnie.
[Samska kawa]
Podobno z restauracji jest ładny widok na morze. Niestety, nie było nam dane go podziwiać. Zamiast tego mogliśmy się poczuć jak w lecącym przez chmury samolocie.
Kończy się lato i nastaje czas lingona, czyli borówki brusznicy. Do tej pory w lesie zbierałam tylko czarne jagody i muszę powiedzieć, że zdecydowanie wolę zbierać borówki. Zbiera się je dużo szybciej, ponieważ rosną w gronach, a nie tak, jak jagody, pojedynczo. Wystarczy stanąć w jednym miejscu i zanim człowiek zbierze to, co znajduje się w zasięgu jego ręki, kubek już jest pełny.
[Krzaki borówek]
[Kubek borówek]
Dżem z borówek robi się bardzo prosto - na 3 kubki owoców używa się 1 kubek cukru. Oba składniki smaży się mieszając; ja czekałam aż odparuje mniej więcej połowa początkowej objętości. I gotowe!
Za nami pierwsze prawdziwe przyjęcie rakowe (kräftskiva). Mamy bardzo towarzyskich sąsiadów, którzy chętnie organizują spotkania na podwórku, ale tę tradycyjną rakową imprezę mieliśmy po raz pierwszy.
Przyjęcie rakowe organizuje się w drugiej połowie sierpnia, gdy zaczyna się sezon na te skorupiaki. W sklepach najłatwiej kupić raki chińskie i tureckie, ale są też szwedzkie i hiszpańskie. Są raki jeszcze żywe, już nieżywe albo mrożone - gotuje się je, a następnie podaje w towarzystwie tego rosołu (przypominającego bardzo brudną wodę).
Ponieważ my raków nigdy wcześniej nie jedliśmy, to na przyjęcie przynieśliśmy paja z rakowymi odwłokami (kupiliśmy gotowe, obrane, w zalewie; samo mięso, bez pancerza). Byliśmy jedynymi, którym z talerzy nic nie patrzyło, więc pojawiło się pytanie, czy raki są dla nas obrzydliwe, skoro ich nie jemy. W odpowiedzi na nasze tłumaczenie, że nie wiemy, jak się je, zostaliśmy poczęstowani i otrzymaliśmy szczegółowe instrukcje, jak się je je. Krok po kroku. Po każdym było sprawdzanie, jak idzie; skończyło się na zjedzeniu odwłoka i mięsa ze szczypiec. Bez wysysania z raka płynów i tłuszczu.
[Mój pierwszy samodzielnie rozdłubany rak]
W czasie przyjęcia je się raki, czasem krewetki, do tego paj z serem Västerbotten, chleb, jakaś lekka sałatka. Jednak najważniejszy zaraz po rakach jest alkohol - smakowa wódka, np. bzowa, kminkowo-koperkowa. A do alkoholu - piosenki! Piosenki są krótkie i zachęcające do wychylenia kolejnego kieliszka.
W sklepach - nawet spożywczych - można znaleźć okolicznościowe akcesoria. Talerzyki, serwetki, czapeczki, śliniaki, girlandy i lampiony; motywy przewodnie to raki i księżyc w pełni. Widziałam, że w Ikei poza granicami Szwecji też można takie kupić.
PS: Impreza na naszym podwórku trwała ponad 5 godzin!
Kurs gotowania zakończony - miało być zdrowo i nordycko. Ostatnia, piąta, lekcja była w poniedziałek i trochę mi szkoda, że tak szybko się to skończyło.
W zajęciach uczestniczyłam ja i 4 panów, z których najmłodszy miał około 50 lat, a najstarszy 87 (wiem dokładnie, bo się chwalił). Wyróżniałam się więc pod każdym względem - zdarzało się, że również językowo, bo jednak słownictwa kuchennego raczej nie zdarzyło mi się dotychczas używać, a czasem trzeba było coś "pokroić w plasterki" albo "rozkruszyć".
Nasza nauczycielka była bardzo surowa i często nas strofowała; zdarzało się, że niesłusznie, ale wszyscy uznawaliśmy, że "pani wie lepiej", więc jeśli pytała a my nie znaliśmy odpowiedzi, to myśleliśmy, że to my o czymś zapomnieliśmy, ale czasem okazywało się, że pytanie dotyczyło czegoś, czego się jeszcze nie nauczyliśmy.
Niemniej taka surowa nauczycielka powoduje, że grupa uczniów bardzo szybko się integruje i wspiera - na przykład gdy P. miał posiekać cebulę i zaczął ją siekać tym samym nożem, którego użył do obierania, a nasza nauczycielka akurat stała tyłem, więc nie zdążyła się jeszcze oburzyć, wyciągnęłam mu nóż z ręki i wsadziłam do ręki ten, którego powinien użyć; akcja zakończyła się zanim nauczycielka spojrzała, co się u nas dzieje. Uff! Sukces!
Bywało również, że zastanawialiśmy się, jak coś zrobić, ale brakowało odważnego, który by podszedł do "naszej pani" zapytać, jak to zrobić poprawnie.
Już na pierwszych zajęciach zdążyłam się zorientować, że mam zaległości ze szkoły. Myślałam, że jeśli w opisie kursu było zaznaczone, że trzeba znać podstawy gotowania, to wystarczy, że gotuję w domu na co dzień. Ale nieeee, to nie są te podstawy, o które chodzi. Otóż w szwedzkiej szkole dzieci mają zajęcia dotyczące prowadzenia gospodarstwa domowego (hushållskunskap). Uczą się tam, jakich środków używać do czyszczenia i sprzątania, mają podstawy dietetyki i gotowania. Tam uczą się również, który nóż do czego służy, jak gotować i kroić warzywa. Tu miałam braki - szczególnie w nożach; na ogół jak już zacznę używać jednego noża, to używam go do wszystkiego, chyba że jest to wyjątkowo niewygodne.
Kurs to nie tylko gotowanie, ale też trochę informacji o witaminach, zbożach, soli i o samej nordyckiej diecie. Dostawaliśmy trochę materiałów do poczytania w domu. I byliśmy z tego odpytywani na kolejnych zajęciach! ("Ja nie pytam, jak twoja żona gotuje ziemniaki!! Ja pytam, jak należy to robić! Mieliście przeczytać te materiały, które wam dałam. Tam wszystko jest napisane!")
Teraz, po kursie, wiem między innymi jak przygotować mięso, ugotować brokuła, posiekać cebulę czy przygotować pora. Zaczęliśmy też w domu jeść całego pora, a nie tylko tę białą część; "problem" w tym, że jest go teraz dwa razy więcej do zjedzenia.
Nie udało się natomiast nauczycielce przekonać mnie do jedzenia niemytych grzybów (samo wypędzelkowanie nie usunie chyba wszystkiego z takich kurek, a piasku/ziemi jeść nie planuję), ryb, czy mięsa - nawet jeśli są one poddane później obróbce termicznej; podobno mycie zmniejsza walory smakowe... hmm... myślę, że ziarenka piasku również nie dodają smaku.
W ICA na Liljeholmen często zdarza mi się znaleźć coś nowego do jedzenia. Dzisiaj znalazłam lody Bubbies.
Lody są w "kulkach", a każda kulka otoczona słodzoną mąką ryżową, dzięki czemu można porcję lodów trzymać w ręce. Jedna porcja jest trochę mniejsza od Delicji.
Z tych, które kupiłam, zdecydowanie najlepsze były czekoladowe z "ciastem" ryżowym o smaku espresso (mocne i niesłodzone).
Bubbies mają ciekawą konsystencję i są smaczne, ale dość drogie (jedna porcja kosztuje około 20 SEK), porównując chociażby do Ben & Jerry's (około 55 SEK za pintę).
Memma to tradycyjny fiński deser wielkanocny. Zarówno konsystencją jak i smakiem przypomina rozmoczony pumpernikiel i wygląda trochę jak błoto (przynajmniej ta, którą kupiliśmy, firmy Fazer).
[Opakowanie memmy]
[Błotnista memma]
Nie wiem, jak w Finlandii, ale w Szwecji jest to produkt sezonowy, dostępny w sklepach spożywczych (takich jak ICA) przez miesiąc przed Wielkanocą.
Memmę podaje się zalaną śmietaną i posypaną cukrem pudrem.
Początkowo planując nasze wakacje myśleliśmy, żeby drugi tydzień urlopu spędzić gdzieś w Azji - Wietnam, Japonia, Tajlandia, Kambodża... W tym czasie zaczęło być głośno o protestach i zamieszkach w Bangkoku, więc doszliśmy do wniosku, że zamiast ryzykować, raczej odpoczniemy w domu.
Po kilku dniach wpadł mi do głowy pomysł, żeby ponownie spróbować zapolować na zorzę polarną. W jakimś nowym miejscu. Sprawdziliśmy loty na Grenlandię, ale nie dość, że bilety lotnicze były dwa razy droższe niż do Indii, to jeszcze okazało się, że miejscowość, do której można polecieć leży niewiele bardziej na północ niż Sztokholm i w drugiej połowie stycznia nie ma tam nocy polarnej. Byliśmy bardzo rozczarowani...
... do czasu aż nie znaleźliśmy tanich lotów na Svalbard. Norwegian! Na miejscu średnia temperatura w styczniu to -16 stopni, lodowce i noc polarna. Zaplanowaliśmy wylot jednego dnia, na drugi wykupiliśmy kilkugodzinną wycieczkę psim zaprzęgiem, a trzeciego dnia powrót.
Przygody na lotnisku nas nie ominęły. Na przesiadkę w Oslo mieliśmy około 2h - biorąc pod uwagę, że do Oslo leci się 1h, nie powinniśmy mieć problemów. Jednak ze względu na śnieżycę w Oslo, zatrzymano nas na Arlandzie i odlot opóźnił się 40 minut.
W Oslo dowiedzieliśmy się, że przesiadka na loty krajowe wymaga odebrania bagażu i ponownego przejścia przez kontrolę osobistą. Jeśli przesiada się na lot międzynarodowy, to można iść bezpośrednio do swojej bramki.
Problem ze Svalbardem jest taki, że formalnie należy on do Norwegii, ale jest od niej niezależny (zarządzają nim obecne na wyspie służby ratownicze). Nikt ze spotkanych pracowników lotniska nie był nam w stanie powiedzieć, czy lot z Oslo na Svalbard jest lotem krajowym czy nie. Teraz wydaje nam się, że był to jednak lot międzynarodowy, ponieważ nasz bagaż nie wyjechał na taśmę, nie musieliśmy go więc nadawać ponownie. Jednak wtedy, w pośpiechu, najpierw czekaliśmy na bagaż, a później biegiem do kontroli osobistej. Kolejka posuwała się szybko, ale była długa. Gdy byliśmy po kontroli, zobaczyliśmy, że boarding na nasz lot już trwa. Więc biegiem do bramki!
Nie mogło być inaczej - nasza bramka znajdowała się prawie na samym końcu korytarza, a po drodze załapaliśmy się jeszcze o kontrolę paszportową. Sprawdzenie dokumentów było na szczęście szybkie - kolejki brak, a do tego nie sprawdzano naszych dokumentów w systemie, tylko zapytano, dokąd lecimy. W odpowiedzi na nasze "Svalbard", usłyszeliśmy "powodzenia". A! Jeszcze na końcu czekała niespodzianka - widzieliśmy bramkę z numerem mniejszym i większym, ale naszej nie było. Pan z jednego ze lotniskowych sklepów pokazał nam wejście - ukryte za barem schody prowadzące piętro niżej. Zdążyliśmy!
Miejscowość Longyearbyen położona jest kilka minut jazdy samochodem od lotniska. Autobusy zsynchronizowane są z przylotami i odlotami, kierowca czeka aż wszyscy zainteresowani transportem wyjdą z niewielkiego budynku lotniska, a później zatrzymuje się przy każdym hotelu wymieniając jego nazwę.
[Lotnisko w Longyearbyen]
W autobusie, poza nami, było jeszcze co najmniej 3 innych Polaków - dwóch rozmawiało po polsku, a trzeci w rozmowie z kimś przedstawił się jako Marian z Łańcuta.
Miałam wrażenie, że jest późne popołudnie, że zjemy w hotelu obiad i będzie już pora spania. Ale szybkie spojrzenie na zegarek przypomniało mi - jest środek dnia. Na Svalbardzie noc polarna naprawdę jest nocą, nie to co w Kirunie, gdzie niebo w południe robiło się jasne i różowe.
[Parking przed lotniskiem - wczesne popołudnie]
Hotel, w którym zamieszkaliśmy stylizowany był na barak - warunki jednak były dobre, a mydło i szampon importowane ze Szwecji. Do tego 2 pokoje, gdzie można napić się kawy, herbaty, zjeść ciastka albo chipsy, poczytać książki, pooglądać TV i popatrzeć na niebo (przez przeszklony dach).
[Kanapy i książki przy hotelowej recepcji]
[Podest z krzesłami i kamiennym stołem w naszym pokoju]
[Zagadka - włącz światło w pokoju]
Między książkami o polarnikach, ich wyprawach, statkach i arktycznych zwierzętach, znaleźliśmy książkę-niespodziankę. Z dedykacją - prezent od jednego z gości. Książka zatytułowana była "Rajastan" i przestawiała kulturę regionu Indii, w którym byliśmy tydzień wcześniej!
[Książka z hotelowej biblioteki]
Ciekawym lokalnym zwyczajem jest ściąganie butów w hotelu. Szafki na buty znajdują się obok recepcji, tuż przy drzwiach wejściowych. Logiczne, że jeśli na zewnątrz jest dużo śniegu, to w budynku szybko zrobiłoby się błoto. Wszyscy hotelowi goście pomykali więc w skarpetach. Mimo kamiennej podłogi nie było zimno; trzeba było jednak uważać na drewnianych schodach, szczególnie przy schodzeniu, żeby się nie pośliznąć.
Z hotelu można było wejść bezpośrednio do restauracji (niehotelowi goście musieli korzystać z innego wejścia - zapewne, by nie nanieść śniegu do hotelu) - Kroa. Restauracja ta słynie z bardzo dużej piwnicy z winami, w której można znaleźć prawie wszystko. Nas bardziej interesowało jedzenie, a szczególnie "łup dnia" (tak w wolnym tłumaczeniu), który nie był dostępny codziennie - nam trafiła się foka. Kelnerka powiedziała, że mięso foki smakuje tranem. Nie brzmiało to, jak dobra rekomendacja, ale zaryzykowaliśmy. Mięso było smaczne, ale kolor niepokojący - ciemnobrązowy, prawie czarny (chyba, że to kwestia oświetlenia).
[Spotkanie z foką ukrytą pod ogórkami]
Na Svalbardzie znajduje się najbardziej wysunięty na północ sklep spożywczy - Coop Svalbard. Sklep oferuje żywność, drobne rzeczy do domu - takie jak żarówki - oraz pamiątki dla turystów.
Czymś, co zaskakuje, gdy weźmie się pod uwagę, że w Longyearbyen mieszka jedynie 2000 osób, jest istnienie tam uniwersytetu.
Na drugi dzień naszego pobytu na Svalbardzie zaplanowaliśmy wycieczkę psim zaprzęgiem do jaskini lodowej. Nie chcieliśmy samej jazdy zaprzęgiem, bo pamiętaliśmy, jak to wyglądało rok wcześniej w Kirunie - siedzi się w sankach po dwie osoby, wiatr wieje, psy śmierdzą, śnieg sypie w oczy a wokół niewiele widać, bo ciemno. Można się tych zachwycać przez 15 minut, ale nie przez 2 godziny.
[Psi dom]
[Psi dom]
Jakie było nasze zaskoczenie, gdy każda para turystów dostała sanki. Powiedziano nam, z którego rzędu mamy przyprowadzać psy. Tak właśnie! Mieliśmy podejść do wskazanych szczekających psów, odpiąć je od budy i przyprowadzić do przydzielonych nam sanek. Tam nam pokazano, jak psy należy przyczepić do zaprzęgu. Mnie ze strachu wmurowało - boję się psów, a tutaj była ich ponad setka, szczekających i wyrywających się do biegu. Jedyne, co byłam w stanie zrobić, to stać i pilnować, żeby pierwsza para się nie ruszała za bardzo. Nie miałam zbyt wiele do roboty, bo one same wiedziały, jakie jest ich zadanie. W tym czasie Marcin uczył się, jak sterować, zatrzymywać i ruszać. Bo okazało się, że każda para dostaje 6 psów, sanie i w drogę! Na 7 turystów jechał jeden przewodnik. W pierwszych saniach. Przez całą trasę patrzył, czy nikt się nie gubi, czy wszystko w porządku...
Marcin prowadził sanki jako pierwszy z nas dwojga; ja się bałam, że nie dam rady, że psy mi uciekną czy coś podobnego się zdarzy. Ale już na drugiej krótkiej przerwie, gdy nasz przewodnik kontrolował, czy wszystkie psy są na swoim miejscu, niepoplątane, czy wszystko mamy pod kontrolą, zamieniłam się z Marcinem.
[Nasz zaprzęg]
Prowadzenie psiego zaprzęgu jest super! Tak bym mogła spędzać każdy weekend.
Tak przynajmniej myślałam, do pierwszej górki, na której musiałam pchać sanki z Marcinem w środku, idąc po śniegu (dobrze, że się w nim nie zakopywałam). Marcin nie mógł wyjść z sanek, żeby było mi lżej, bo wtedy psy zaczynały biec. Mógł jedynie odpychać się od śniegu na zewnątrz sanek - trochę pomagało. Po pierwszym takim podbiegu cieszyłam się, że nie ma 30-stopniowego mrozu, bo źle by się to skończyło dla moich płuc. Dostałam zadyszki i chciałam wracać do domu :D
[Pierwsza para psów z naszego zaprzęgu]
Nie wiem, czy jechaliśmy 1 czy 2 godziny, ale w końcu dotarliśmy do celu. Każdego psa trzeba było odczepić od zaprzęgu i wpiąć do lokalnego łańcucha. I odsunąć sanki od psów. Zanim zdążyłam zapytać, po co je odsuwać, miałam okazję sama zobaczyć. Psy na sanki sikały - tak, że płyta, na której się siedziało, była mokra - fuuu... później miałam okazję się przekonać, że to nie jedyna psia niespodzianka. Psy bardzo lubiły być głaskane. Po jeździe już na tyle się do nich przekonałam, że nie miałam oporów z podchodzeniem, głaskaniem i przytulaniem. Nie pomyślałam jednak, że taki zadowolony pies, nastawiający głowę do głaskania, podnosi jednocześnie tylną nogę i sika mi na spodnie i buty. Bleee! Dobrze, że firma organizująca wycieczkę wypożycza turystom swoje stroje (mówią, że to dlatego, że ubrania później śmierdzą psami i lepiej korzystać z firmowych kombinezonów) i ciepłe buty. Przynajmniej nie musiałam się przejmować, że po powrocie do domu wszystkie ubrania z bagażu będą mi śmierdziały.
[Przed jaskinią]
Psy na lunch dostały tłuste kawałki foki i ryb. Popiły śniegiem. A my udaliśmy się do namiotu wyłożonego skórami reniferów i dostaliśmy lunch turystyczny, który trzeba było zalać wodą z termosu. Dobrze, że przewodnik miał kilka termosów, to starczyło zarówno na lunche jak i na kawę i herbatę.
Po lunchu udaliśmy się do jaskini lodowej. Wejście do jaskini daleko odbiegało od naszych wyobrażeń - zamiast dziury w powierzchni pionowej zobaczyliśmy dziurę w śniegu, po którym chodziliśmy. Dziura była dosyć wąska, a zejście strome (wewnątrz jaskini widzieliśmy zejście używane rok wcześniej i to był dopiero hardcore - do jaskini schodziło się jak do studni, po linie; to by było naprawdę trudne).
Jaskinia jest częścią nieaktywnego lodowca - nic się nie rusza, żadne przejście się niespodziewanie nie zamknie, więc turyści mogą tam wchodzić. Powstała nie przez pęknięcie lodu, ale została wypłukana przez wodę - latem przez jaskinię przepływa rzeka.
[Pęknięcie w podłodze]
[Ściana wewnątrz lodowej jaskini]
W jaskini idzie się po lodzie - w sumie logiczne, skoro to lodowiec - jest ślisko i trzeba uważać, żeby się nie pośliznąć. Na ścianach widać, jak lodowiec przyrastał - między kolejnymi warstwami widać piasek i drobne kamienie. Poza tym na ścianach od czasu do czasu można zobaczyć bekon - lodowy bekon, czyli cienkie pionowe ścianki lodu.
[Lodowy bekon]
[Wnętrze lodowca]
Jednym z najciekawszych doświadczeń wewnątrz lodowca była kompletna ciemność. Usiedliśmy na lodzie (przewodnik ostrzegał, że bardzo łatwo się przewrócić, gdy się traci orientację), zgasiliśmy latarki, wyłączyliśmy aparaty i zamilkliśmy. Takiej ciemności nigdy nie widziałam - nie było absolutnie żadnej różnicy między zamkniętymi a otwartymi oczami (choćby nie wiem, jak się wpatrywać). Było ciemno i cicho - nikt się nie ruszał. Niesamowite.
Przed wyjazdem na Fogdö, O. pytał, czy ktoś ma jakąś alergię pokarmową, czy czegoś nie je.
N. jest chicketarianinem, jak go ładnie nazywamy, bo je kurczaki, ale poza tym jest wegetarianinem (czyli żadnych ryb, krewetek czy żelatyny zwierzęcej).
F. je generalnie wszystko, ale w związku z tym, że krążą legendy o tym, co Chińczycy jedzą - między innymi robaki wszelkich rodzajów, szczury etc. - F wyjaśnił, że jest prosta zasada kierująca Chińczykami przy wyborze jedzenia. Zasada ta mówi, że można jeść wszystko, co ma plecy zwrócone w kierunku nieba - nie je się więc m.in. innych ludzi ani małp.
- Co to jest? - zapytał F
- Latarnia morska - odpowiedział O. i się uśmiechnął
- No tak, widzę. Ale do czego to służy? - kontynuował F obracając spory drewniany przedmiot w rękach
- Popatrz od dołu, to zobaczysz - podpowiedziałam
- Ale ja nie rozumiem napisów - odpowiedział zmartwiony F
- Nie na napisy, popatrz na mechanizm
Jednak F nadal nie wiedział, co trzyma w rękach. Ktoś się zlitował i powiedział w końcu, że to jest młynek do pieprzu. Gdy jednak F zapytał, jak to działa i zaczął rozkręcać, dotarło do nas, że on nigdy tego nie używał. Fajnie było zobaczyć radość w jego oczach, gdy odkręcił przykrywkę i zobaczył w środku ziarna - O! pieprz!
- Nie używasz pieprzu? Przecież to jedna z zestawu dwóch podstawowych przypraw: pieprz i sól. - skomentował zdziwiony D.
- Soli też nie używam. - odpowiedział F z poważną miną.
W tym momencie zdziwili się wszyscy. F gotuje sobie obiad i przynosi domowy lunch do pracy prawie codziennie (fakt, że zawsze jest to to samo: ryż z jajkiem i sosem sojowym), więc gotować potrafi.
- To czego używasz, gdy gotujesz? Trudno zastąpić pieprz i sól.
- Sos sojowy i imbir - odpowiedział F bez mrugnięcia, to takie oczywiste.
Ci, którzy nas odwiedzali, wiedzą, że jeśli chodzi o rzeczy z Polski, za którymi tęsknimy, to numerem jeden są krówki z Milanówka (konkretnie ZPC Milanówek, bo w Milanówku jest kilku producentów tych cukierków).
Jeden z Pakistańczyków od czasu do czasu zagadywał mnie o polskie cukierki, które kilka razy przyniosłam do pracy. Myślałam, że po prostu mu smakowały i chciałby jeszcze spróbować.
Ostatnio zamiast "kiedy znowu przyniesiesz te cukierki?" zapytał o ich nazwę. Powiedziałam mu, że to krówki i zaczęłam szukać linka do strony producenta, żeby mu podać nazwę tych najlepszych. Zanim znalazłam, a poszło to naprawdę szybko, sam zapytał o firmę. Bo jemu chodziło o te konkretne krówki, które ja przynosiłam, te w żółtym papierku.
Podesłałam mu linka i wróciłam do pracy, ale nie na długo. Kolega zawołał, żebym przyszła do jego komputera i wtedy zobaczyłam, że strona milanowskich krówek jest dostępna w trzech językach - polskim, arabskim i angielskim. W takiej właśnie kolejności.
Skąd takie zainteresowanie tymi krówkami u Pakistańczyka? Otóż koledze kojarzą się z dzieciństwem, które spędził w Arabii Saudyjskiej, gdzie pochłaniał nasze polskie krówki! Jak zobaczył, że te cukierki nadal istnieją, to stwierdził, że musi znaleźć sklep, który je wysyła do Szwecji.
Wraz z początkiem grudnia zaczyna się adwent. Czas, w którym lampy zapalane tradycyjnie w oknach, zastępowane są przez 7-ramienne świeczniki, najczęściej w kształcie trójkąta. W pracy kupili nam takie do każdego okna w biurze! A my kupiśmy sobie jeden do domu - trochę skromnie, ale na początek wystarczy.
[Nasz świecznik]
Poza tym w wielu oknach świecą się duże gwiazdy. Niektóre kwartały wystawiają na podwórkach choinki ze światełkami, czasem pojawiają się jeszcze inne światełka przed domami czy na balkonach.
Od początku grudnia padał śnieg - padał po 2-3 dni bez przerwy, potem 1-2 dni bezchmurnego nieba i mrozów (temperatura spadła do -17 stopni) a potem znowu opady śniegu i tak w kółko. Do tego krótki, bo zimowy, dzień (od 9:30 do 15:00, tak mniej więcej), więc szybko robiło się ciemno. Ale miasto i osiedle wyglądały ślicznie - jak na świątecznych pocztówkach, noc, śnieg i pełno świateł.
[Choinka na sąsiednim podwórku]
[Krzew dzikiej róży w Högalidsparken]
[Zasypane rowery przed blokiem]
[Góra śniegu po odśnieżeniu parkingu]
Tradycyjnie w grudniu je się szafranowe bułki (lussekatter) - jest tego pełno w sklepach spożywczych i kawiarniach. Prawie tak jak pączków w Polsce w tłusty czwartek.
W Szwecji nie obchodzi się Mikołajek 6 grudnia - nie ma zwyczaju dawania sobie prezentów w ten dzień. Ale ja dzielnie propagowałam ten zwyczaj, tłumacząc na czym to polega i skąd się wzięło (np. T nie słyszała nigdy historii św. Mikołaja - dla niej to był pan z reklamy Coca-Coli, pochodzenia najprawdopodobniej amerykańskiego).
Za to 13 grudnia obchodzone jest święto św. Łucji - są śpiewane piosenki, pije się glögg (napój robiony z wina, bakalii i przypraw) i je szafranowe bułki. Obchody są organizowane w miejscach, gdzie zbierają się ludzie, a więc w przedszkolach, szkołach, kościołach czy świetlicach oraz, oczywiście, w Skansenie. Łucja (najczęściej dziewczyna, blondynka, chociaż obecnie zdarza się, że rolę Łucji grają chłopcy) ma na sobie biała długą koszulę czy suknię a na głowie wianek ze świeczkami. Towarzyszy jej orszak (luciatåg) złożony z panien, gwiazdorów w szpiczastych czapkach i - w wersji dziecięcej - z piernikowych ludzików.