W pracy się tyle dzieje, że nie nadążam z obowiązkami, dlatego blog na chwilę poszedł w odstawkę. Z okazji urlopu naszego Scrum Mastera, zostałam SM zastępczym. Tak na 2 tygodnie. Niby nic - trzeba było pilnować meetingów, sprawdzać postępy w pracy i aktualizować diagram pokazujący postęp prac. Proste, nieprawdaż? Ileż to może zajmować czasu, skoro do tej pory i tak w tych meetingach uczestniczyłam? Edycja dokumentu, to średnio 10-15 minut dziennie (wliczając czas na jego przygotowanie na początku sprintu). Tak sobie myślałam...
Okazało się jednak, że tak łatwo to nie jest. Z każdą pierdołą ludzie do mnie przychodzą i opowiadają o problemach, które blokują ich pracę, a ja muszę dzwonić i pisać, żeby się dowiedzieć, kto może coś wiedzieć i z kim należy pogadać, żeby problem rozwiązać. Gorsze od ciągłego przychodzenia i zgłaszania problemów jest to, że czasem ludzie w ogóle nie przychodzą i to ja się muszę zainteresować, czy coś nie blokuje ich pracy.
Do tego oczekują, że będę wywiązywać się ze swoich dotychczasowych obowiązków i testować wszystko, co potrzeba i na czas. Chociaż nikt nie przychodzi i się nie wkurza, że coś jeszcze nie jest przetestowane, czy się opóźnia - ale tutaj generalnie nikt się nie denerwuje, co trochę uspokaja atmosferę :-) Niemniej oczekiwania pozostają.
I jeszcze muszę przysłuchiwać się wszystkim rozmowom w pokoju developerów, bo zdarza się, że ktoś zapomni mnie poinformować o zmianie wymagań, co powoduje sporo problemów na etapie weryfikacji zadań.
SM już z urlopu wrócił, ale jemu też przybyło obowiązków z jego podstawowej działki i zapytał, czy bym nie została SM na stałe. Hmm... Jakby tak przybyło mi testerów do pomocy, to byłoby super, a tak...
Dobrze, że od poniedziałku zaczyna u nas pracować dziewczyna z Indii. Ma jakieś doświadczenie, nieźle się z nią rozmawiało na rozmowie kwalifikacyjnej, poprawnie rozwiązała zadania i nie ściemniała, jeśli czegoś nie wiedziała i nie umiała wymyślić. Dobrze rokuje. I będę mieć w końcu koleżankę w pokoju!
Na razie były SM pomaga mi, bo doświadczenie mam niewielkie, więc czasem sugeruje, że można by było coś rozwiązać w taki czy inny sposób. Jest super pomocny, więc żadnej większej wpadki mam nadzieję nie zaliczyć. Ale on moje problemy widzi (np. takie głupie rzeczy, jak niekończenie meetingów w ustalonym czasie), więc zasugerował szkolenie. Ok, pomyślałam, czegoś się dowiem i pewnie mi to pomoże lepiej zorganizować moją pracę.
Myślałam, że szkolenie będzie na miejscu, bo są takie kursy w Sztokholmie, ale szef wybrał inne - ze względu na dobrego prowadzącego: Mike'a Cohn'a. Więc za tydzień lecę do Oslo! <jupi>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz