W. pochodzi z Chin i pracuje w firmie, z którą blisko współpracujemy. Dzięki temu, że mamy wspólną kuchnię, czasem zdarza się nam spotkać i pogadać.
W. kupił niedawno mieszkanie. Od jakiejś chińskiej rodziny, która przeprowadzała się do większego mieszkania. W. mówił, że jak będzie miał dzieci, to też będzie musiał kupić większe mieszkanie, bo w ich kulturze, to dziadkowie zajmują się wnukiem przez pierwszy rok jego życia. W praktyce wygląda to tak, że dziadkowie przyjeżdżają (bądź przylatują, jeśli dziecko mieszka w innej części świata), wprowadzają się do rodziny swojego dziecka i mieszkają z nią przez cały rok.
Nie wiem, czy to zależy od regionu Chin, ale wcześniej słyszałam, że chińskie mamy nie pracują do czasu aż dziecko pójdzie do szkoły. Chyba, że te dwie rzeczy - roczna pomoc od dziadków i niepracująca mama - funkcjonują jednocześnie. Tylko co w takim przypadku robi mama przez te pierwsze 12 miesięcy?
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chiny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chiny. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 6 października 2013
poniedziałek, 30 września 2013
Plecy zwrócone ku niebu
Przed wyjazdem na Fogdö, O. pytał, czy ktoś ma jakąś alergię pokarmową, czy czegoś nie je.
N. jest chicketarianinem, jak go ładnie nazywamy, bo je kurczaki, ale poza tym jest wegetarianinem (czyli żadnych ryb, krewetek czy żelatyny zwierzęcej).
F. je generalnie wszystko, ale w związku z tym, że krążą legendy o tym, co Chińczycy jedzą - między innymi robaki wszelkich rodzajów, szczury etc. - F wyjaśnił, że jest prosta zasada kierująca Chińczykami przy wyborze jedzenia. Zasada ta mówi, że można jeść wszystko, co ma plecy zwrócone w kierunku nieba - nie je się więc m.in. innych ludzi ani małp.
N. jest chicketarianinem, jak go ładnie nazywamy, bo je kurczaki, ale poza tym jest wegetarianinem (czyli żadnych ryb, krewetek czy żelatyny zwierzęcej).
F. je generalnie wszystko, ale w związku z tym, że krążą legendy o tym, co Chińczycy jedzą - między innymi robaki wszelkich rodzajów, szczury etc. - F wyjaśnił, że jest prosta zasada kierująca Chińczykami przy wyborze jedzenia. Zasada ta mówi, że można jeść wszystko, co ma plecy zwrócone w kierunku nieba - nie je się więc m.in. innych ludzi ani małp.
niedziela, 29 września 2013
Młynek do pieprzu
- Co to jest? - zapytał F
- Latarnia morska - odpowiedział O. i się uśmiechnął
- No tak, widzę. Ale do czego to służy? - kontynuował F obracając spory drewniany przedmiot w rękach
- Popatrz od dołu, to zobaczysz - podpowiedziałam
- Ale ja nie rozumiem napisów - odpowiedział zmartwiony F
- Nie na napisy, popatrz na mechanizm
Jednak F nadal nie wiedział, co trzyma w rękach. Ktoś się zlitował i powiedział w końcu, że to jest młynek do pieprzu. Gdy jednak F zapytał, jak to działa i zaczął rozkręcać, dotarło do nas, że on nigdy tego nie używał. Fajnie było zobaczyć radość w jego oczach, gdy odkręcił przykrywkę i zobaczył w środku ziarna - O! pieprz!
- Nie używasz pieprzu? Przecież to jedna z zestawu dwóch podstawowych przypraw: pieprz i sól. - skomentował zdziwiony D.
- Soli też nie używam. - odpowiedział F z poważną miną.
W tym momencie zdziwili się wszyscy. F gotuje sobie obiad i przynosi domowy lunch do pracy prawie codziennie (fakt, że zawsze jest to to samo: ryż z jajkiem i sosem sojowym), więc gotować potrafi.
- To czego używasz, gdy gotujesz? Trudno zastąpić pieprz i sól.
- Sos sojowy i imbir - odpowiedział F bez mrugnięcia, to takie oczywiste.
- Latarnia morska - odpowiedział O. i się uśmiechnął
- No tak, widzę. Ale do czego to służy? - kontynuował F obracając spory drewniany przedmiot w rękach
- Popatrz od dołu, to zobaczysz - podpowiedziałam
- Ale ja nie rozumiem napisów - odpowiedział zmartwiony F
- Nie na napisy, popatrz na mechanizm
Jednak F nadal nie wiedział, co trzyma w rękach. Ktoś się zlitował i powiedział w końcu, że to jest młynek do pieprzu. Gdy jednak F zapytał, jak to działa i zaczął rozkręcać, dotarło do nas, że on nigdy tego nie używał. Fajnie było zobaczyć radość w jego oczach, gdy odkręcił przykrywkę i zobaczył w środku ziarna - O! pieprz!
- Nie używasz pieprzu? Przecież to jedna z zestawu dwóch podstawowych przypraw: pieprz i sól. - skomentował zdziwiony D.
- Soli też nie używam. - odpowiedział F z poważną miną.
W tym momencie zdziwili się wszyscy. F gotuje sobie obiad i przynosi domowy lunch do pracy prawie codziennie (fakt, że zawsze jest to to samo: ryż z jajkiem i sosem sojowym), więc gotować potrafi.
- To czego używasz, gdy gotujesz? Trudno zastąpić pieprz i sól.
- Sos sojowy i imbir - odpowiedział F bez mrugnięcia, to takie oczywiste.
czwartek, 22 sierpnia 2013
Trwałość Made in China
- Czy jego żona była z Chin? - żartują Hindusi, gdy dowiadują się o czyimś rozwodzie.
poniedziałek, 3 czerwca 2013
Edukacja na świecie
Czasem człowiekowi wydaje się, że wszędzie jest tak samo, jak u niego w domu... Przychodnie, sklepy, szkoła, autobusy miejskie... Jasne, że ludzie narzekają - na kolejki do przychodni, na ceny biletów autobusowych, na poziom nauczania - w jednych krajach bardziej, w innych mniej, ale generalnie zestaw dostępnych "usług" jest ten sam, ludzie mają takie same albo bardzo podobne możliwości do wyboru. I tu zostałam zaskoczona.
Od R dowiedziałam się, że w Bejrucie komunikację miejską ludzie wybierają tylko w ostateczności. Autobusy jeżdżą nieregularnie i są bardzo niebezpieczne. Ludzie jeżdżą na co dzień własnymi samochodami lub wybierają taksówki.
W Libanie nie ma też darmowej edukacji. Jeśli już ktoś zdecyduje się posłać dziecko do szkoły, może wybierać między szkołą angielską a francuską. I musi za nią zapłacić. W domu R mówi się po arabsku, do szkoły chodziła w systemie francuskim, a na studia przyjechała do Szwecji. Edukacyjny miks językowy :)
Fakt, że rodzice muszą płacić za nauczenie swoich dzieci takich podstaw jak czytanie i pisanie, wydaje mi się dziwny... Bardziej oczywiste jest to, że każdy ma prawo się tego nauczyć za darmo i że to państwu powinno zależeć na edukacji swoich obywateli. Wiem, że są kraje, gdzie tak nie jest, ale przypuszczałam, że to może gdzieś w środkowej Afryce.
Słyszałam już wcześniej, że chińscy rodzice bardzo dbają o edukację swoich dzieci. Dbają o to, żeby za dużo czasu nie spędzały na rozrywce tylko zdobywały nowe umiejętności i powiększały swoją wiedzę. Przypuszczam, że to ze względu na brak systemu emerytalnego i politykę jednego dziecka - ktoś będzie musiał tych rodziców na starość utrzymywać, więc lepiej, by miał dobrą i dochodową pracę.
Zaskoczyło mnie więc, gdy L powiedział, że ze względu na swoją kilkuletnią córkę nie będzie wracał do Chin przez co najmniej kilkanaście lat. Dzieci zaczynają tam edukację jako 5-6 latki i już wtedy dostają zadania domowe, nad którymi spędzają kilka godzin dziennie. Kilka lat później zadań domowych jest tyle, że odrabianie ich trwa do północy. A później wcale nie jest lepiej.
L twierdzi, że to wariactwo i nie chce, żeby jego córka przeżyła to, co on. Jedyne, czego żałuje, to to, że dzieciak nie nauczy się chińskiego na super poziomie - rozumienie ze słuchu i mówienie ogarnie (w domu posługują się tym językiem), ale pisanie i czytanie może być zbyt trudne. Szczególnie, gdy chodzi do angielskiego przedszkola i mieszka w szwedzkim środowisku.
Od T dowiedziałam się, że w Indiach też jest presja na dobre wykształcenie. Kilka lat temu rząd podjął walkę z analfabetyzmem i wprowadzono obowiązkową edukację podstawową. Wszystko ponad nią jest płatne. Mimo że college'e nie są darmowe, to i tak trudno się dostać do tych lepszych. Rodzice więc naciskają na dzieci, żeby jak najwięcej się uczyły, bo lepsze oceny to szansa na lepszą szkołę na kolejnym etapie.
Hindusi wierzą, że najlepsza pora na naukę to wczesny ranek. I nie mają na myśli 8 czy nawet 7 rano. Rodzice budzą swoje dzieci o godzinie 4 i sadzają je przy książkach!
Jeszcze kilkanaście lat temu na egzaminach końcowych maksymalny wynik osiągał jeden czy dwóch uczniów na szkołę. Teraz jest ich kilkunastu a nawet więcej. Rodzice naciskają coraz bardziej, widząc, że studia techniczne - szczególnie w IT - to duża szansa na dobrą pracę.
I to wszystko w czasie, gdy zarówno w Polsce jak i w Szwecji obniża się szkolne wymagania i zmniejsza zakres wiedzy do opanowania...
Od R dowiedziałam się, że w Bejrucie komunikację miejską ludzie wybierają tylko w ostateczności. Autobusy jeżdżą nieregularnie i są bardzo niebezpieczne. Ludzie jeżdżą na co dzień własnymi samochodami lub wybierają taksówki.
W Libanie nie ma też darmowej edukacji. Jeśli już ktoś zdecyduje się posłać dziecko do szkoły, może wybierać między szkołą angielską a francuską. I musi za nią zapłacić. W domu R mówi się po arabsku, do szkoły chodziła w systemie francuskim, a na studia przyjechała do Szwecji. Edukacyjny miks językowy :)
Fakt, że rodzice muszą płacić za nauczenie swoich dzieci takich podstaw jak czytanie i pisanie, wydaje mi się dziwny... Bardziej oczywiste jest to, że każdy ma prawo się tego nauczyć za darmo i że to państwu powinno zależeć na edukacji swoich obywateli. Wiem, że są kraje, gdzie tak nie jest, ale przypuszczałam, że to może gdzieś w środkowej Afryce.
Słyszałam już wcześniej, że chińscy rodzice bardzo dbają o edukację swoich dzieci. Dbają o to, żeby za dużo czasu nie spędzały na rozrywce tylko zdobywały nowe umiejętności i powiększały swoją wiedzę. Przypuszczam, że to ze względu na brak systemu emerytalnego i politykę jednego dziecka - ktoś będzie musiał tych rodziców na starość utrzymywać, więc lepiej, by miał dobrą i dochodową pracę.
Zaskoczyło mnie więc, gdy L powiedział, że ze względu na swoją kilkuletnią córkę nie będzie wracał do Chin przez co najmniej kilkanaście lat. Dzieci zaczynają tam edukację jako 5-6 latki i już wtedy dostają zadania domowe, nad którymi spędzają kilka godzin dziennie. Kilka lat później zadań domowych jest tyle, że odrabianie ich trwa do północy. A później wcale nie jest lepiej.
L twierdzi, że to wariactwo i nie chce, żeby jego córka przeżyła to, co on. Jedyne, czego żałuje, to to, że dzieciak nie nauczy się chińskiego na super poziomie - rozumienie ze słuchu i mówienie ogarnie (w domu posługują się tym językiem), ale pisanie i czytanie może być zbyt trudne. Szczególnie, gdy chodzi do angielskiego przedszkola i mieszka w szwedzkim środowisku.
Od T dowiedziałam się, że w Indiach też jest presja na dobre wykształcenie. Kilka lat temu rząd podjął walkę z analfabetyzmem i wprowadzono obowiązkową edukację podstawową. Wszystko ponad nią jest płatne. Mimo że college'e nie są darmowe, to i tak trudno się dostać do tych lepszych. Rodzice więc naciskają na dzieci, żeby jak najwięcej się uczyły, bo lepsze oceny to szansa na lepszą szkołę na kolejnym etapie.
Hindusi wierzą, że najlepsza pora na naukę to wczesny ranek. I nie mają na myśli 8 czy nawet 7 rano. Rodzice budzą swoje dzieci o godzinie 4 i sadzają je przy książkach!
Jeszcze kilkanaście lat temu na egzaminach końcowych maksymalny wynik osiągał jeden czy dwóch uczniów na szkołę. Teraz jest ich kilkunastu a nawet więcej. Rodzice naciskają coraz bardziej, widząc, że studia techniczne - szczególnie w IT - to duża szansa na dobrą pracę.
I to wszystko w czasie, gdy zarówno w Polsce jak i w Szwecji obniża się szkolne wymagania i zmniejsza zakres wiedzy do opanowania...
poniedziałek, 12 listopada 2012
Chińskie wesele
J przywiózł mi obiecane koperty - dwie, tak na zapas. Czerwone, ze złotymi ozdobami. Oryginalne - made in China ;-)
[chińskie koperty z życzeniami weselnymi]
[chińska koperta z życzeniami weselnymi]
Zanim pojechałam na polsko-chińskie wesele, obejrzałam zdjęcia z przyjęcia weselnego J. Zdjęć było sporo, ale dzięki temu można było się dowiedzieć wielu rzeczy. Np. tego, że blokowisko w wiosce J (J zawsze mówił, że mieszka a wiosce) wygląda jak osiedle na Ruczaju - dużo kilkupiętrowych, najczęściej beżowych, bloków, przed nimi samochody.
Młodzi najpierw byli u jednych rodziców, potem u drugich - w każdym miejscu taki sam rytuał. Młodzi robią rodzicom herbatę, a w zamian dostają pieniądze w czerwonych kopertach. J jadł też coś, co wyglądało, jak małe jajka w barszczu, ale nie jestem pewna, co to było. Co mnie zdziwiło najbardziej, to ubrania - młodzi mieli stroje odświętne, ale rodzice byli ubrani tak bardzo zwyczajnie - jakaś koszulka polo u taty, jakaś bawełniana koszulka i spódnica u mamy. Taki bardzo codzienny strój.
W drodze z mieszkań do samochodu ktoś odpalał petardy - na zdjęciach widać było, że co kilka metrów leżało na ziemi coś dymiącego.
Samo przyjęcie weselne wyglądało bardzo efektownie - ślicznie przybrana sala, tłum gości, jakieś efekty specjalne, wielki monitor (na którym wyświetlało się coś, jakby logo Disneylandu - taki pałac Disneya i fajerwerki; to, co zawsze leciało przed bajkami).
Były przemówienia. Zauważyłam, że panna młoda zmieniła sukienkę, więc powiedziałam, że u nas też tak jest często, że o północy panna młoda zmienia sukienkę z białej na jakąś inną. J odpowiedział, że oni mieli wersję oszczędną i stąd tylko dwie sukienki, zgodnie z tradycją powinny być trzy. Zapytałam o to, ile trwa takie przyjęcie. Odpowiedź mnie zaskoczyła: 2-3 godziny. Pamiętam, jak J wspominał o kosztach i były porównywalnego do tych w Polsce, w przeliczeniu na osobę (ale koszt całej imprezy jest u nich dużo wyższy, bo na chińskim weselu gości jest 300, 500 lub nawet 1000 - zapraszani są znajomi młodych i rodziców oraz przełożeni rodziców z ich miejsc pracy...). Zapytałam jeszcze, w jakich godzinach jest to wesele - i tu odpowiedź była równie zaskakująca, bo wszelkie ceremoniały zaczynają się około godziny 11:00 a przyjęcie kończy się około 13:00-14:00.
Co ciekawe, goście weselni ubrani byli podobnie jak rodzice - w zwykłe codzienne ubrania. Tak, jakby ktoś ich zgarnął z ulicy. Żadnych ekstra ubrań, sukni ani garniturów.
A co się robi po przyjęciu weselnym? J poszedł z żoną na zakupy :) Ot, popołudniowa przyjemność.
Wieczorem za to odbyło się przyjęcie w mniejszym gronie - z niego zdjęć już nie było - dla najbliższej rodziny z obu stron. Takie spotkanie, na którym każdy z każdym może porozmawiać i lepiej się poznać.
We wrześniu pojechałam na wesele polsko-chińskie. W sali wisiały czerwone lampiony i ogólnie cały wystrój był biało-czerwony. Rodzice panny młodej śledzili przyjęcie dzięki technologii: laptop + transmisja wideo na Skypie.
Mam nadzieję, że panna młoda ucieszyła się z kopert, które do niej wędrowały przez pół świata: Szanghaj -> Sztokholm -> Kraków -> zachodnia Polska.
Mniej więcej tydzień temu wrócił do pracy Q. Po miesięcznym urlopie spędzonym na przygotowaniach do wesela i samym weselu, pojawił się w biurze. Z niespodzianką.
[chiński weselny prezent dla gości]
Przed jego wyjazdem cała firmowa ekipa nagrała krótki film z życzeniami weselnymi dla Q. W prezencie po jego powrocie każdy dostał woreczek z zestawem cukierków (naturalnych: woda + cukier + dodatek w postaci orzecha albo jakiejś rośliny). Q nie był tego pewny, ale według J symbol na woreczku oznacza szczęście małżeńskie.
Dużo dobrego wszystkim tegorocznym nowożeńcom!
Subskrybuj:
Posty (Atom)