Pokazywanie postów oznaczonych etykietą różnice kulturowe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą różnice kulturowe. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 18 sierpnia 2019

Zaręczyny kolegi

Skończyły się wakacje, wszyscy z mojego zespołu wrócili już do pracy i rozmawialiśmy o tym, jak kto spędził swój urlop. Gdy jeden z kolegów powiedział, że się zaręczył, wszyscy złożyli mu gratulacje, po czym padło pytanie: „A kto się oświadczył?”. Odpowiedź była w stylu „eeee... aaaa... tak jakoś wyszło”.
Ciekawe jest też to, że ślubu nie ma nawet w planach; przynajmniej na razie.
Ponadto kolega nie jest pierwszą osobą, która nie ma ślubu, a nosi obrączkę. Mam wrażenie, że wśród młodszych ludzi ta obrączka na palcu to symbol bycia w związku.

wtorek, 6 września 2016

Impreza od-do

Rok temu czytałam książkę "Kraina zimnolubów" i dowiedziałam się z niej o zwyczaju zapraszania sąsiadów na imprezę zapoznawczą. Nie chodzi o sąsiadów z bloku, bo tych może być wielu, ale z sąsiednich domów jednorodzinnych lub domków letniskowych, czyli z terenu o małej gęstości zaludnienia ;-)
Impreza zapoznawcza jest dobrym miejscem, żeby nie tylko poznać, kto mieszka w okolicy, ale też poznać co ciekawsze historie (np. o tym, gdy ktoś zamówił koszenie trawy, ale nie wyjaśnił, w którym konkretnie domu, więc skoszony został trawnik i drzewo owocowe sąsiada...).

Zawsze myślałam, że zapraszając kogoś do siebie, zaprasza się na konkretną godzinę, ale chyba jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się, żeby w zaproszeniu podana była również godzina zakończenia. Impreza została zaplanowana od 16:00 do 17:00, czyli zaczynała się stosunkowo wcześnie i miała trwać dość krótko.
O ile zaproszeni sąsiedzi zjawili się dość punktualnie, o tyle nikt nie zaczął zbierać się do wyjścia o 17:00! To mnie zaskoczyło, ponieważ myślałam, że Szwedzi do tego typu ograniczeń będą podchodzić bardzo poważnie. Impreza przedłużyła się o prawie pół godziny! :o

wtorek, 11 sierpnia 2015

Plastry a rasizm

W drodze do pracy słucham czasem programu pierwszego szwedzkiego radia - P1. Najczęściej radio sobie gra, a ja patrzę się przez okno albo przeglądam wiadomości na telefonie. Przedwczoraj przykuły moją uwagę dwa słowa "plaster" oraz "rasizm"; ich połączenie było tak dziwne, że zaczęłam przysłuchiwać się rozmowie.

Na antenie była obecna autorka bloga Vardags rasismen (Codzienny rasizm), redaktor i przedstawicielka apteki albo firmy farmaceutycznej (tak wnioskuję z tego, co mówiła). Blogerka zwracała uwagę na coś, o czym nigdy nie pomyślałam w kategoriach problemu. Plastry. Są plastry z postaciami z kreskówek, plastry przezroczyste i takie najzwyczajniejsze, w kolorze skóry. Problem w tym, że te ostatnie produkowane są tylko w jednym kolorze - beżowym.

Autorka bloga pochodzi z Kolumbii; do Szwecji przeprowadziła się mając 2 lata, gdy została zaadoptowana przez szwedzką rodzinę. Ma więc ciemniejszą skórę i te beżowe plastry nie są tak niewidoczne, jak być powinny.

Rozwiązanie według blogerki jest proste - wprowadzić więcej odcieni plastrów! Pani będąca drugim gościem w studiu powiedziała, że zajmą się wprowadzeniem tego pomysłu w życie, ale zanim produkt pojawi się na rynku może minąć około roku.

Blogerka mówiła, że to dopiero początek, bo przecież są jeszcze między innymi akcesoria do włosów i inne rzeczy, którymi będzie można się zająć w następnej kolejności. Ja nie wiem, czy dobrze słyszałam, ale mam wrażenie, że blogerka wspomniała coś o rajstopach albo skarpetkach, ale przecież te występują w różnych odcieniach... tyle że te odcienie mogą być ciemniejsze niż moja skóra ale wciąż zbyt jasne dla kogoś, kto urodził się w Ameryce Południowej.

Nigdy wcześniej nie myślałam, że plastry mogą być przejawem rasizmu.

niedziela, 21 września 2014

Rodzeństwo a ślub

Jesteś mężczyzną z południowych Indii i myślisz sobie, że już czas założyć rodzinę. Kandydatka na żonę jest, pieniądze na organizację przyjęcia są... myślisz, że wszystko gotowe. Nie tak szybko! Jeśli masz niezamężną siostrę młodszą o mniej niż 6 lat, to rodzina będzie wywierać na Ciebie presję, byś poczekał, aż ona zostanie wydana za mąż.

W pierwszej chwili wydało mi się to nielogiczne. Skoro to chłopak jest starszy, skoro ma pracę, mieszkanie, dziewczynę chętną do ślubu, to wszystko jest OK. Młodsza siostra może wziąć ślub później. Pamiętam, że w bajkach (zapewne europejskich), które dawno temu czytałam, były jakieś historie o tym, że młodsza siostra nie mogła wziąć ślubu zanim starsza siostra nie wyszła za mąż. Ale w przypadku, o którym słyszałam ostatnio, jest odwrotna sytuacja - to starszemu rodzeństwu zaleca się wstrzymanie ze ślubem do czasu wydania za mąż młodszego. I ten brat czeka tutaj już co najmniej rok, a przyszła żona w Indiach. Ona co jakiś czas wrzuca na facebookowy profil chłopaka listy miłosne; widać, że bardzo za nim tęskni. Nie wiadomo, jak długo jeszcze poczekają. On w Szwecji, ona w Indiach...

Tradycja. I przepływ pieniędzy w rodzinie. Takie wyjaśnienie dostałam od dwóch osób z południowych Indii. Ponieważ w Indiach to na rodzinie panny młodej, zgodnie z tradycją, spoczywa zdecydowana większość kosztów wesela, zatem każda dodatkowa pracująca osoba w rodzinie jest ważna, bo może wspomóc zebranie odpowiedniej kwoty na wesele. Dopóki mężczyzna nie założy rodziny, dopóty jego pieniądze wspomagają rodzinę, z której pochodzi - rodziców, rodzeństwo. Po założeniu rodziny, więcej pieniędzy inwestują zapewne w żonę i dzieci niż w przygotowanie ślubu siostry. Życie. W zgodzie z tradycją.

piątek, 7 marca 2014

Uprzejmości z wykorzystaniem siły

W ostatnim tygodniu byłam świadkiem dwóch dziwnych sytuacji.

Zazwyczaj jeżdżę metrem w godzinach szczytu, więc wiadomo, jak jest - miejsca mało, do wyjścia bardzo często trzeba się przeciskać. I zdarzyło się jechać takim zatłoczonym metrem starszej pani chodzącej z laską - dopóki siedziała, nie było problemu. Ale na jednym z przystanków chciała wysiąść. Zauważyła to jedna ze stojących pań i zaczęła rozpychać swoją ręką ludzi, jednocześnie głośno prosząc o zrobienie przejścia. Udało się! Starsza pani miała wystarczająco miejsca, żeby móc skorzystać z laski i wyjść.

Druga scenka zaczęła się mało przyjemnie dla mnie, bo jakiś pan w moim wieku, posiadacz torby, wsiadł do wagonu w niemiły sposób - tyłem, nie patrząc, czy ma wystarczająco dużo miejsca (trudno to sprawdzić nie obracając głowy w kierunku, w którym się idzie). Musiałam się przesunąć, na szczęście było dokąd.
Obok stanął starszy pan, z laską. Gdy metro ruszyło, widać było, że trudno mu utrzymać równowagę. Ten młodszy, z torbą, najwyraźniej też to zauważył, bo zapytał dziadka, czy chciałby usiąść. Dziadek odmówił, wspominając, że wysiada na najbliższej stacji. Młody na to, żeby w razie zmiany zdania dał znać, bo on może pójść i kogoś "wywalić" z miejsca siedzącego. Dziadek się zaśmiał i zauważył, że to by nie było zbyt uprzejme. Młody zgodził się, że takie zachowanie byłoby może niezbyt uprzejme, ale na pewno słuszne.

Tak dla przeciwwagi: kilka tygodni temu widziałam, jak starszy pan nachyla się nad nastolatkiem ze słuchawkami na uszach. Ponieważ w metrze czasem trafiają się żebracy, więc mało kto ściąga słuchawki, gdy jest nagabywany przez kogoś przechodzącego przez wagon. Gdy moja muzyka przestała grać, usłyszałam, że starszy pan chciał usiąść i był zły na młodego, że nie ustąpił mu miejsca. Bulwersowało go również to, że chłopak zupełnie nie reagował na to, co się do niego mówi.
Problem został rozwiązany przez innego pasażera, który zwolnił starszemu panu miejsce siedzące.

poniedziałek, 10 lutego 2014

Indyjskie kontrasty

Indie to kraj kontrastów, co widać również z poziomu hotelowych restauracji. Jedząc śniadanie w pierwszym z hoteli mieliśmy widok na dwa inne - wysokie, nowoczesne budynki, ze szklaną fasadą oraz szlabanem i strażnikami przed wejściem. Między hotelami był prześwit, a tam, na drugim planie, koczowisko - namioty robione ze wszystkiego, co znalazło się pod ręką.

Jadąc samochodem przez miasto można zobaczyć ludzi grzejących się przy ogniskach, ale też gotujących czy kąpiących się tuż przy drodze. Szczytem był ktoś, kto na rondzie, pod wiaduktem, mył sobie głowę. Widać było, że to stałe miejsce do mycia, bo spadek ziemi na rondzie w kierunku jezdni wyłożony był folią, żeby spływająca z włosów woda nie zmywała ziemi, tylko leciała na asfalt.

Mimo że wszędzie widać kobiety zamiatające chodniki, podwórka czy teren wokół miejsca zamieszkania (nawet jeśli jest to prowizoryczne schronienie pod wiaduktem, na gołej ziemi), to i tak śmieci jest pełno. Jest to coś, co bardzo rzuca się w oczy.

Co ciekawe, nie spotkaliśmy się nigdzie z jednorazowymi reklamówkami. W sklepie z ubraniami dostaliśmy taką papierowo-materiałową (nie wiem, co to dokładnie jest, ale z takiego samego materiału zrobiona jest zewnętrzna część najtańszej ikeowej kołdry) torbę z logo firmy. Śniadanie w hotelu zapakowano nam do torby z takiego samego materiału. Zastanawia mnie, czy to są torby bardziej trwałe, czy łatwiej rozkładające się, czy tańsze... nie spotkałam się z takimi nigdzie w Europie.

Z owocowych ciekawostek - proste banany! Pierwsze widzieliśmy w domu T. złożone na małym domowym ołtarzu jako ofiara dla jednego z hinduistycznych bóstw. A potem dostaliśmy takie w hotelu. Proste banany! Widocznie Unia Europejska nie miała na ich krzywiznę żadnego wpływu! ;-)

Poza miastem i w okolicy świątyń zdarzają się siedzące na przydrożnych murach małpy. Poza tym wszędzie można spotkać włochate świnie z irokezem, krowy, dzikie psy, a w okolicy Ajmeru były nawet pawie. W Radżastanie na drogach zdarza się spotkać wielbłądy - jako środek transportu - najczęściej ciągnące za sobą wóz.

Główne drogi w Indiach są całkiem równe, autostrady - płatne - są szerokie, wielopasmowe. Ale już bramki wjazdowe na autostrady przedstawiają obraz nędzy i rozpaczy - brudne, poobijane, obdarte z farby.

[Wjazd na bramki autostradowe - w tle ciężarówka]

Krawężniki w miastach są bardzo wysokie (może nie sięgają kolan, ale tak do połowy łydki to na pewno), jednak nie zniechęca to ludzi do przebiegania przez jezdnię w miejscach do tego nieprzeznaczonych. Bardzo powszechne jest wchodzenie na jezdnię celem przejścia na drugą stronę, czy jazda pod prąd samochodem osobowym lub ciężarówką, nie mówiąc już o motorach, rowerach i rikszach. I jeszcze zawracanie na 3-pasmowej autostradzie, gdy ktoś zauważy, że przejechał swój zjazd i chciałby się do niego wrócić (jadąc, oczywiście, pod prąd).

Ładna, choć krótka, jest droga pomiędzy Ajmerem a Pushkarem. Wąska i kręta droga jednopasmowa przez góry. Przy drodze siedzą małpy i rosną kaktusy. Jest ścieżka dla turystów i taras widokowy.

Przy zjeździe z gór w stronę Pushkaru rozbity był obóz skautów - duże namioty, chłopcy w mudurach, z chustami związanymi pod szyją. Nie spodziewałam się, że skautowskie drużyny działają również w tamtej części świata.

[Obóz skautów]

Z hotelu w Pushkarze mieliśmy widok na miasto i jezioro, ale tuż za hotelowym murem biegały świnie, których kwik słychać było czasami w naszym pokoju.

[Widok z hotelu w Pushkarze]

Największy miks kultur widzieliśmy w okolicy Ajmeru i Pushkaru. Wszędzie są obecne hinduistyczne świątynie - to akurat nic nadzwyczajnego w Indiach, nieprawdaż? Sporo jest również meczetów. Ale widzieliśmu też chrześcijańskie cmentarze i żydowski dom spotkań - jego obecność zaskoczyła nas najbardziej.

[Żydowski dom spotkań w Pushkarze]

niedziela, 9 lutego 2014

Indyjskie hotele

Po mojej pierwszej wizycie w Indiach stwierdziłam, że już zobaczyłam, co chciałam, i wracać tam więcej nie będę. Bo brudno, bo ludzie nachalni, powietrze tak zanieczyszczone, że widoczność kiepska a kataru dostaje się praktycznie od razu po wyjściu z lotniska.
Marcin, który był w Indiach na delegacji kilka razy, a potem jeszcze ze mną turystycznie, ma takie same odczucie za każdym razem, gdy Indie opuszcza. A potem i tak tam wraca :-)

Po otrzymaniu od T. zaproszenia na wesele, byliśmy pewni, że polecimy tam kolejny raz. Jedyne, co nas mogło powstrzymać, to kwestie bezpieczeństwa - skończyło się jednak na tym, że zabraliśmy ze sobą nóż i gaz pieprzowy (który nie był "gazem pieprzowym" a jakimś rodzajem sprayu obronnego czasowo oślepiającym i barwiącym napastnika, który to spray zapewnił nam w drodze powrotnej niezapomniane przeżycia na lotnisku w Monachium).

Na cały tydzień wynajęliśmy samochód z kierowcą - w tej samej firmie, w której kupiliśmy wycieczkę dwa lata temu; uznaliśmy, że to zmniejsza ryzyko niechcianych przygód. Ponieważ chcieliśmy zapłacić kartą, musieliśmy pojechać do siedziby firmy. Kierowcy najprawdopodobniej nie chciało się podjechać bliżej budynku, w którym mieściła się siedziba firmy, zmuszeni byliśmy przejść przez dwupasmową jezdnię, a następnie przez wąskie przejście między jakimś sklepem i murem, zatłoczony parking aż weszliśmy do centrum handlowego, które wyglądało jak opuszczone i niszczejące miejsce.
W biurze było wesoło (o ile lubi się komedie omyłek) - właściciel firmy kilka razy powtarzał nam, że teraz jest prościej przyjechać Finom do Indii, bo nie muszą się starać o wizę (to prawda! widziałam na stronie ambasady Indii, że Finowie mają specjalne warunki). Za którymś razem zwróciliśmy mu uwagę, że jesteśmy ze Szwecji i obowiązują nas inne warunki - ale on zdawał się tym nie przejmować.

Ale po kolei... Pierwsze nasze spotkanie z kierowcą miało miejsce w środku nocy, na lotnisku. Miał nas zawieźć do hotelu, w którym wcześniej zarezerwowaliśmy nocleg. Jak już wsiedliśmy do auta, poinformował nas, że nasz hotel zmienił nazwę, że musiał długo szukać, o który nam chodzi, ale się udało... Nie było to to, co chcieliśmy usłyszeć w środku nocy w obcym kraju, ale zaczęliśmy obmyślać strategię - nie chcieliśmy płacić za dwa noclegi, w razie jakby kierowca zawiózł nas do innego hotelu. Pomyśleliśmy, że najprościej będzie podać swoje imię i nazwisko i poprosić w hotelu o potwierdzenie pozostałych danych zgodnie z naszą rezerwacją. Tak też zrobiliśmy.
Niemiło się zrobiło, gdy recepcjonista zaczął nalegać, żebyśmy to my pokazali jemu, co i na kiedy rezerwowaliśmy. Byliśmy jednak uparci (acz grzeczni) i w końcu pan z recepcji sprawdził i pokazał nam naszą rezerwację, ale stwierdził, że była na wcześniejszy dzień (tja, jak rezerwuję jeden nocleg z 18 na 19 dzień miesiąca, to chyba oczywiste, że w rezerwacji wybieram 18 jako dzień przyjazdu, nawet jeśli zjawiam się w hotelu o 2 nad ranem i formalnie jest już 19! A, właśnie, na lotnisku wbito nam w paszport 18 jako dzień przyjazdu, mimo że było już po 1:00 nad ranem). Pokój w końcu dostaliśmy i mogliśmy się wyspać.

Hotel w porządku, czysto było, chociaż - jak wszędzie - zaraz po wejściu do hotelu chłopak z obsługi wręcz rzucił się na torbę, żeby zanieść nam ją do pokoju (jak ja tego nie lubię... wiem, taka kultura... ale ja taka nieprzyzwyczajona ;-)). Tak było w prawie wszystkich hotelach (tak, znalazł się na naszej liście hotel wyjątkowy), w których nocowaliśmy w Indiach.
Cechą wspólną były też łazienki z oknem w stronę pokoju. Okna te można było zasłonić używając rolet lub żaluzji, ale robiło to dziwne wrażenie... i temu, kto to projektował, wcale nie chodziło o dostęp światła dziennego, bo jedna z łazienek miała też zwykłe okno.

Wybierając hotele kierowaliśmy się ceną - nawet nie przeglądaliśmy ofert poniżej pewnego poziomu, żeby nie trafić na miejsce z karaluchami etc. (jeszcze takiego w Indiach nie widzieliśmy - i mamy nadzieję nie zobaczyć - ale słyszeliśmy, że takie są). To nas trochę zwiodło, bo w Pushkarze mieliśmy bardzo kiepski hotel za dość wysoką jak na lokalne warunki cenę. Brudne zasłony, łazienka jak z 30-letniego hostelu, ciepła (nie gorąca!) woda bywała obecna tylko pod prysznicem, ale nie zawsze. Klimatyzacja nie działała, ale mogliśmy się dogrzewać elektrycznym piecykiem (śmierdziało z niego kurzem i miał oldschoolowy design) z rozwaloną wtyczką - nie dało się jej wyciągnąć z kontaktu, bo miała kable na wierzchu. Do tego restauracja o nieokreślonych godzinach otwarcia, w której pracownik ciągle się nam przyglądał (przy wyjeździe okazało się, że to jest osobna firma i trzeba płacić za restaurację osobno i jedynie gotówką; do tego nie dostaliśmy żadnego rachunku, tylko pan z restauracji - nie wyglądał na kelnera - przyszedł na recepcję i powiedział, że on pamięta, co zamówiliśmy i podał kwotę naszego zamówienia sprzed dwóch dni!). I jeszcze duży pies, śpiący na kanapie w lobby i biegający nocą hotelowymi korytarzami.
Raz wieczorem wyszłam z pokoju do lobby, żeby złapać zasięg WiFi (sieć była, ale chyba tylko lokalna, bez podłączenia do Internetu - a może to my mieliśmy takiego pecha, że akurat jak próbowaliśmy, to były jakieś problemy?), to się poczułam jak w horrorze. Było przed burzą, zawiewało zasłony w stronę korytarza, drzwi skrzypiały. I jeszcze mało nie wdepnęłam w małego kota, który akurat przechodził obok naszego pokoju. W takich warunkach chyba nie jest dziwnym, że skróciliśmy pobyt o jeden dzień i następnego dnia po weselu pojechaliśmy do - jak się później okazało - najlepszego hotelu, w jakim mieliśmy okazję przebywać w Indiach.
Nasze oczekiwania po hotelu w Pushkarze były niewielkie - otwarta restauracja, ciepła woda w kranie, butelkowana woda w pokoju i działająca klimatyzacja.
Od przyjazdu do hotelu do wyjazdu na lotnisko nie wyszliśmy za próg hotelu, tak byliśmy szczęśliwi. Hotel, poza spełnieniem naszych podstawowych oczekiwań, miał działającą sieć WiFi (szybką, z dobrym zasięgiem i z dostępem do Internetu), zupełnie nienachalną i bardzo miłą obsługę, a do tego przepyszne jedzenie w kuchni. I przez cały dzień można było zamówić lassi, które było obecne jedynie w menu śniadaniowym. To była pełnia szczęścia!
Nie kupowaliśmy w hotelu śniadania, bo jednego dnia spaliśmy aż do lunchu, a drugiego wyjeżdżaliśmy w porze, gdy śniadanie się dopiero zaczynało. Niemniej w dniu wyjazdu pan z recepcji spakował nam do torby owoce i ciasteczka - do zjedzenia w drodze na lotnisko. Ależ to było miłe!
Taksówkę na lotnisko wzięliśmy z hotelu - była pachnąca! A pan kierowca miał na sobie mundurek (w przeciwieństwie do naszego całotygodniowego kierowcy, który raz nawet suszył sobie skarpetki na desce rozdzielczej samochodu...).

niedziela, 2 lutego 2014

Hinduskie wesele

Małżeństwo siostry T. było aranżowane, czyli tradycyjne. Nie dlatego, że rodzina postanowiła zrobić coś z życiem dziewczyny, ale dlatego, że to ona sama stwierdziła, że już czas założyć rodzinę. Problem w tym, że nie znalazła odpowiedniego chłopaka - zadanie to spadło więc na T. i jej ojca. Pamiętam, że ponad rok temu T. przeglądała oferty matrymonialne panów z okolicy - nie pokazała mi żadnego, ale powiedziała, jak taki anons z profesjonalnego serwisu wygląda (ja widziałam tylko gazetowe: imię, wiek, miejscowość, plus obowiązkowo informacja, że zainteresowana/y jest szczupły i ma jasną karnację). Poza zdjęciami i danymi podstawowymi jest informacja o rodzinie oraz ewentualnych pobytach za granicą (jeśli ktoś mieszkał przez jakiś czas w USA, to jest to wielką zaletą).
Po wstępnym wyborze kandydata ojciec T. rozmawiał z rodziną pana i gdy obie strony były zadowolone, siostra T. mogła porozmawiać z chłopakiem - w towarzystwie rodziny albo przez komunikator.
Gdy młodzi byli już zdecydowani, że do siebie pasują, nastąpiła oficjalna ceremonia zaręczyn, kilka miesięcy przed planowanym ślubem.

Gwiazdy mówią

Data ślubu wyznaczana jest przez wróżbitów - w ciągu roku są takie tygodnie, gdzie układ gwiazd jest bardziej sprzyjający i wtedy można się spodziewać kumulacji ślubów. Każdy chce, żeby jego ślub miał miejsce w dniu, który zapewni mu szczęśliwe małżeństwo.
W hinduskiej tradycji żaden dzień tygodnia nie jest jakoś specjalnie przeznaczony na śluby - nie ma czegoś takiego, jak w Polsce, gdzie można wziąć ślub w dowolnym dniu, ale zwykło się to robić w soboty.

Dekoracje

Ceremonie, w których uczestniczą zaproszeni goście (bo to, w czym bierze udział panna młoda i pan młody, trwa od rana do wieczora, a w dni ślubu od rana do poranka dnia następnego), to dwa kolejne wieczory - od mniej więcej 16:00 do 22:00 (cisza nocna!).

Miejsce uroczystości było podzielone na dwie części - jedna to udekorowana scena i krzesła dla gości-widzów. Druga to naprawdę duży bufet - każda potrawa miała pana, który ją mieszał i nakładał, a ponadto niektóre rzeczy były robione na miejscu (np. chleb naan).

Drzewa były poobwieszane dekoracyjnymi lampkami.

[Udekorowana scena i goście]

[Udekorowane drzewa wokół terenu wesela]

Jedzenie

Między gośćmi cały czas uwijali się kelnerzy roznosząc kubki z kawą, herbatą (masala chai!), różnymi zupami, a także słodycze (nabite na wykałaczki) oraz przekąski, z których najdziwniejsze były frytki z sosami. Najdziwniejsze, jeśli chodzi o serwowanie, bo dawano gościom do ręki serwetkę, na to kładziono frytki, a na wszystko lano trochę sosu o konsystencji ketchupu - goście jedli to palcami.
Kelnerzy mieli rękawiczki - chyba po to, by było bardziej elegancko. Szkopuł w tym, że rękawiczki były gumowe...

Na stoiskach z jedzeniem było dużo rzeczy do wyboru - staraliśmy się spróbować jak najwięcej z nich. Były tradycyjne curry, pikle, marynowane papryczki chili, ale również makarony (robione na sposób indyjski, czyli ugotowany makaron wymieszany z lokalnymi przyprawami) i mnogość słodyczy. Wszystko oczywiście z dużą ilością ghee, klarowanego masła. Naszym ulubionym deserem został gulab jamun - kilka razy wracaliśmy do stoiska, żeby wziąć kolejną porcję kulek robionych z cukru i mleka, smażonych w głębokim tłuszczu, które czekały na gości zanurzone w ciepłym ghee... na indyjskich przyjęciach lepiej nie liczyć kalorii, bo można się załamać ;-)

Wszystkie potrawy były oczywiście wegetariańskie i bezjajeczne. Brak alkoholu nie przeszkodził panom w dobrej zabawie - to oni tańczyli dłużej i bardziej licznie niż panie.

Jedzenie serwowane było w jednorazowych kubkach i miseczkach, ale talerze i łyżki były wielokrotnego użytku. Po zjedzeniu wyrzucało się wszystko - razem z resztkami jedzenia - do dużych plastikowych misek, które obsługa co chwilę opróżniała.

Tańce

Pierwszego dnia następuje wymiana obrączek (tak to nazywała T. i jej kuzynki, ale mam wrażenie, że to celem tłumaczenia ich obrzędów na nasze, bo nie widziałam, żeby zamężne Hinduski czy żonaci Hindusi nosili obrączki - poza jednym, który mieszka w Sztokholmie), po której następuje część artystyczna. Goście zapisują się na listę chętnych, ćwiczą wcześniej układ a następnie tańczą na scenie do bolywoodzkich przebojów. Jeśli chętnych jest mało, zatrudnia się profesjonalnych tancerzy. W czasie występów na scenie od czasu do czasu wystrzeliwuje się konfetti.

[Taniec tradycyjnie rozpoczynający część artystyczną]

Młodzi mieli swój pierwszy taniec - było to przedsięwzięcie o tyle trudne logistycznie, że nie bardzo mieli oni kiedy ćwiczyć układ razem, każdy więc uczył się go osobno. 

W czasie, gdy niektórzy goście tańczyli na scenie, podchodzili do nich inni goście lub pan młody. Trzymając w ręce banknoty, zataczali nimi kręgi nad głowami tańczących odpędzając od nich złe duchy. Schodząc ze sceny wkładali pieniądze do pudełka. Pytałam T. na jaki cel to idzie - podejrzewałam, że nie dla nowożeńców, skoro również pan młody zostawiał pieniądze. T. wyjaśniła, że to na cele charytatywne. Ale nie dla jakiejś organizacji, tylko tak bardziej nieformalnie... na każdym weselu zjawia się "ktoś", kto te pieniądze zbiera, a po przyjęciu zabiera do domu - nie jest to nikt z rodziny ani żaden znajomy.

My również zostaliśmy zaproszeni na scenę - przez ojca pana młodego. Ojciec wcześniej przyszedł do nas się przedstawić i przywitać (tyle, że nie mówił po angielsku, więc było trochę sztywno i niezręcznie; współczuję ludziom, którzy w oficjalnych sytuacjach muszą korzystać z pomocy tłumacza - dziwnie się człowiek czuje jak mówi do kogoś, wiedząc że ta osoba go nie rozumie i że tak naprawdę zwraca się do tłumacza).
Tańczyliśmy w większej grupie, ale było fajnie :-) głośna muzyka i świecące prosto w oczy reflektory - można się było poczuć, jak gwiazdy (takie bardziej śpiewające w chórku niż jako soliści, ale wciąż gwiazdy).

Ślub

Drugiego dnia ma miejsce formalny ślub, na który pan młody przyjeżdża na białym koniu (jest to zwyczaj północnoindyjski; N., który pochodzi z południa, zapierał się, że on w życiu o żadnym koniu nie słyszał).

Gdy przyjechaliśmy pod hotel, pan młody siedział na rozścielonym na parkingu płótnie, pod ozdobnym parasolem. Następnie wsiadł na konia i w towarzystwie orkiestry podjechał kilkanaście metrów. Przed koniem szli mężczyźni i tańczyli rozdając muzykom pieniądze. Bębniarze brali je w zęby i podawali je do jednej osoby, która chowała pieniądze w kieszeni.

[Pan młody na koniu i orkiestra]

 [Przywitanie pana młodego]

Przed zejściem z konia, pan młody trącił laską zawieszony obrazek Ganeshy i został przywitany i namaszczony czymś przez kilka osób (w tym swoją siostrę, T. i jej ciocię). Następnie udał się na scenę, gdzie czekał na pannę młodą.
Panna młoda przyprowadzona została przez orszak kobiet ze swojej rodziny i dołączyła na scenie do pana młodego.

[Przybycie panny młodej]

[Młodzi razem z najbliższą rodziną]

Nie bardzo wiem, co się później działo na scenie, ale była tam obecna cała najbliższa rodzina. Po niedługim czasie, wszyscy udali się do hotelowego przedsionka na część religijną i złożenie przysięgi.

W hotelowym przedsionku ustawiony był namiot (coś w stylu zwykłego namiotu ogrodowego udekorowanego kwiatami), a pod nim ognisko w metalowym pojemniku oraz materace. Ceremonię prowadził starszy pan - przedstawiciel religijny (nawet nie wiem, jak się taka osoba nazywa w hinduizmie). Na materacach za młodymi siedzieli ich najbliżsi.
Cała ta ceremonia trwała około 2h, po czym młodzi udali się do swojego pokoju na modlitwę. Po dłuższej chwili wrócili i udali się na scenę, gdzie siedzieli do końca wieczora przyjmując życzenia i pozując do zdjęć.

Zaskakującym było dla nas, jak niewiele osób było zainteresowanych samym ślubem. Zaproszonych gości pierwszego dnia było 200-300 osób, drugiego dnia około 600. Przed namiotem, gdzie młodzi składali przysięgę (on składał 7 obietnic, ona tylko 5), siedziało może 30 osób, przy czym na materacu tuż za młodą parą było nie więcej niż 10 osób. Wszyscy rozmawiali, śmiali się, a siostra pana młodego (siedząc za jego plecami!) rozmawiała przez telefon. Niepojęte!
W czasie ceremonii kilka razy zjawiał się kelner z napojami i jedzeniem - młodzi też korzystali z tego, co on oferował.

Ubrania

Panowie ubrani byli w tradycyjne stroje (kurty) lub garnitury. Panie miały sari lub sukienki - tradycyjne, bardzo kolorowe i bogato zdobione, wyglądały przepięknie. Niektóre małe dziewczynki miały odświętne sukienki, ale wiele obecnych maluchów wyglądała miało na sobie kurtki, swetry, i wełniane czapki stanowiąc duży kontrast dla swoich odświętnie i elegancko ubranych rodziców.

Pakując ubrania na wyjazd do Indii nie spodziewaliśmy się, że będzie tam aż tak chłodno (było +17 stopni, ale wydawało się, że jest zimniej niż w Sztokholmie przy takiej samej temperaturze). Nie mieliśmy więc ciepłych rzeczy, które pasowałyby do stroju - koszuli z długim rękawem czy wełnianego szala.
Wielu spośród lokalnych gości nie bardzo przejmowało się brakiem eleganckich płaszczy (chociaż np. kuzynki T. miały takie i w nich chodziły) i na swoje sari (na koszulkę a pod szal) ubierały zwykłe swetry. Do tego na nogi (do klapek japonek) skarpety w różnokolorowe wzorki. Duży zgrzyt, ale najwyraźniej tylko dla nas.

Kilka osób było w ortalionowych kurtkach i brudnych swetrach - ale to mogli być przypadkowi ludzie, którzy przechodząc obok hotelu zobaczyli wesele i wpadli się najeść.

Goście

Na weselu spotkałam dziewczynę, którą poznałam w Sztokholmie na urodzinach córki T. Ona - tak jak T. - była w Indiach na wakacjach, a że pochodzi z Jaipuru, to miała niedaleko i została zaproszona na przyjęcie. Zjawiła się więc z córką i swoimi rodzicami.
Nie dziwię się, że na weselach jest aż tylu gości, skoro zaproszenia swoim zasięgiem obejmują praktycznie wszystkich, z którymi rodzina młodych ma kontakt, plus rodziny tych znajomych.

Przed wyjazdem poszliśmy się jeszcze pożegnać z T. i dostaliśmy od niej bombonierkę (pudełko z kilkoma rodzajami ciastek i słodyczy) oraz "pisemne podziękowanie" w kopercie - wszyscy goście takie dostają. Kopertę otworzyliśmy dopiero w drodze do hotelu - okazało się, że w ramach podziękowania dostaliśmy banknot 500 rupii... jeszcze się nie zdążyłam dowiedzieć, skąd taki zwyczaj.

Całą imprezą byliśmy oczarowani - rozmachem, kolorami, strojami i jedzeniem. Było naprawdę bajkowo, jak w innym świecie. Po powrocie do domu miałam wrażenie, że to mi się śniło ;-)

sobota, 1 lutego 2014

Radżastan, henna i kurta

Pojechaliśmy do Indii na zaproszenie T. - mieliśmy uczestniczyć w prawdziwym hinduskim weselu, jej młodszej siostry. Nie bardzo wiedzieliśmy, czego się spodziewać - dostaliśmy jedynie adres i godzinę, o której zaczyna się impreza.
Przylecieliśmy w nocy do Delhi, a już rankiem następnego dnia jechaliśmy taksówką do Jaipuru. Po kilku godzinach, gdy tylko rozpakowaliśmy nasze rzeczy w hotelu, zadzwoniłam do T., by dać jej znać, że już dotarliśmy i zapytać, czy możemy wpaść do niej, żeby się spotkać i poznać pannę młodą.

[Radżastański krajobraz - palmy, pustnia i skaliste góry]

[Kwitnący rzepak. W styczniu.]


Kierowca oczywiście miał problem ze znalezieniem adresu (tak jest zawsze, jeśli kierowca w danym miejscu nigdy wcześniej nie był, nawet jeśli pochodzi z tego samego miasta). Adres to na ogół nazwa dzielnicy i numer domu, a w takim Gurgaonie, który wciąż się rozbudowuje, numer sektora i działki; często przy adresach podawana jest informacja, w okolicy jakiego znanego miejsca się znajduje. Daliśmy kierowcy numer telefonu T., więc dostał jakieś wyjaśnienia i udało nam się trafić na miejsce. Było to osiedle domków jednorodzinnych, chociaż bardziej by pasowało powiedzieć, że szeregowych, bo każdej kolejne dwa domy miały wspólną ścianę, tyle że każdy wyglądał trochę inaczej. Szukając numeru domu, w którym mieszka tato T., wjeżdżaliśmy w coraz węższe ulice. W końcu się udało!

U T. było co najmniej kilkanaście osób - jej tato, T. z mężem i córką, jej siostra, brat, kuzynki, kuzyni, ciocie, koleżanki i koledzy. Zostaliśmy poczęstowani lunchem - jedliśmy palcami wspomagając się łyżką, siedząc na materacu na podłodze (tato T. chciał nas zaprosić do stołu, ale T. powiedziała, że mamy się integrować i poznawać kulturę, więc jedliśmy w takich samych warunkach, jak reszta gości). Ludzi poznawaliśmy stopniowo - młodsi mówili po angielsku, starsi potrzebowali tłumacza, ale to nie problem, bo cały czas T. lub jej mąż byli z nami.

Panna młoda siedziała w swoim pokoju na łóżku otoczona kobietami z rodziny. Koleżanka malowała jej henną ręce - wzór sięgał ponad łokcie (później miała malowane również nogi, a wzór sięgał niemalże do kolan). Pozostałe osoby malowały się same. T. zapytała, czy ja też bym chciała mieć hennową ozdobę - oczywiście, że chciałam! Moją ręką zajęła się jedna z kuzynek T. Lokalne dziewczyny malowały sobie obie dłonie po wewnętrznej i zewnętrznej stronie, ale mi zrobiono wzorek tylko wewnątrz jednej ręki - w sumie to dobrze, bo wzór zmywał się ze mnie prawie dwa tygodnie, przy czym przez drugi tydzień moja ręka wyglądała na brudną... miała na sobie jaśniejsze i ciemniejsze brązowe smugi.
[Hennowy wzór świeżo po pomalowaniu]

[Hennowy wzór po wykruszeniu farby]

Nie wiem, ile trwało samo malowanie, ale gdy ono już było skończone, kazano mi trzymać napiętą skórę przez około godzinę. Po kolejnej godzinie wzór zaczął się wykruszać, jednak zalecane jest, by chronić skórę przed zamoczeniem przez kolejne kilka godzin (najlepiej malować wzór wieczorem, bo potem przez całą noc nie trzeba ręki myć, więc wzór się utrwala).

Jednym z motywów obecnych na wszystkich wzorach jest coś, co Marcin nazwał pierwotniakiem. Mi to przypomina włochatą łzę. Ten wzór był widoczny w mieszkaniu T. na narzucie (widać ją w tle na pierwszy zdjęciu) i w czasie wesela, jako element dekoracji. Jest to tradycyjny radżastański motyw - podobno bardzo stary, ulega różnym przekształceniom zależenie od mody, ale jego trzon pozostaje taki sam.

Na wesele (2 dni ceremonii) T. pożyczyła mi jeden swój strój i kupiła mi sukienkę. Marcin przywiózł garnitur, ale chciał również coś lokalnego. Wzięliśmy więc kierowcę, T. wypożyczyła nam swojego kuzyna i pojechaliśmy do sklepu z męskimi ubraniami. Po kurtę (a do tego spodnie, szal i odpowiednie buty). W czasie gdy Marcin przymierzał swój zestaw, rozmawiałam z tym kuzynem (wyglądał chłopak na jakieś 15 lat) o różnicach w ubraniach indyjskich i europejskich. Wspomniałam mu, że T. zorganizowała mi odpowiednie ubranie, bo to, co mam u siebie, nie bardzo się nadaje - praktycznie wszystkie sukienki sięgają mi do kolan. Kuzyn się uśmiechnął i powiedział, że oni też takie mają i nazywa się to kurta - to taka dłuższa tunika; z tego, co rozumiem może być zarówno damska jak i męska. Tłumaczę mu, że to trochę inaczej wygląda, a ponadto główną różnicą jest to, że my nie nosimy do tego spodni, pod sukienką są gołe nogi (nie zagłębiałam się w temat rajstop :P). Dobrze, że chwilę później Marcin wyszedł z przebieralni, bo kuzyn zaliczył opad szczęki i nie bardzo było wiadomo, jak tu płynnie zmienić temat.
Przyglądałam się później reklamom i programom telewizyjnym i nigdzie nie widziałam pani bez spodni lub sukienki sięgającej ziemi.

Z kuzynkami T. odbyłam jeszcze jedną ciekawą rozmowę o różnicach kulturowych. Pytały się mnie, w jakich godzinach pracuję i co robię po pracy. Musiałam je bardzo rozczarować mówiąc, że najczęściej siedzę przy komputerze, gram na konsoli albo oglądam programy w TV. Pytały się, czy nie piszę albo nie maluję - jakieś takie trochę abstrakcyjne dla mnie te artystyczne zajęcia, nie sądzę, żeby były aż tak bardzo popularne w Europie, jak się dziewczynom zdawało.
Jednocześnie kuzynki narzekały, że Hindusi są bardzo nastawieni na zarabianie pieniędzy, robienie kariery i często pracują dużo więcej niż te nasze 8 godzin. Nie mają więc czasu na hobby takie jak fotografia czy malarstwo. Ich wyobrażenie o zachodnim świecie jest takie, że u nas po pracy ludzie spędzają czas oddając się swoim artystycznym pasjom, bo zarobić na życie są w stanie w czasie swojej etatowej pracy i więcej o pieniądze nie muszą się martwić (tak to odebrałam).
A co po pracy robią Hindusi? O ile nie pracują, to spotykają się, rozmawiają przez komunikatory... nie jest to dla mnie zaskoczeniem - oni są naprawdę bardzo towarzyscy; mam wrażenie, że im ich więcej i im głośniej rozmawiają, tym są szczęśliwsi ;-)




piątek, 31 stycznia 2014

Wózki inwalidzkie dla sprawnych

W połowie lutego polecieliśmy do Indii. W samolocie przeważali Hindusi, przy czym było kilkoro takich w wieku emerytalnym. Panie się raczej nie odzywały, ale panowie rozmawiali z obsługą po angielsku. Chodzili po samolocie, jak wszyscy inni pasażerowie.
Jednak po wylądowaniu bardzo wiele tych osób usadowiło się na wózkach inwalidzkich i aż do samego wyjścia z lotniska miało swojego osobistego asystenta, który pchał wózek i pomagał  przy wszystkich stanowiskach odpraw. Ja rozumiem, że ludzie niepełnosprawni podróżują samolotami, ale nigdy nie widziałam ich tylu w jednym locie.

Gdy dwa dni później spotkaliśmy się z T., otrzymaliśmy od niej dość proste wyjaśnienie tego, co zaobserwowaliśmy. Ludzie starsi najczęściej latają, by odwiedzić swoje dzieci mieszkające w innych częściach świata. Ponieważ lotniska, z których latają samoloty międzykontynentalne, są duże, łatwo się na nich zgubić - czy to w czasie przesiadki, czy po przylocie. W związku z tym, gdy dzieci kupują swoim rodzicom bilety, zgłaszają zapotrzebowanie na wózek inwalidzki. Usługa ta jest darmowa, a pozwala na niemartwienie się, którędy iść, dokąd się udać, jak rozmawiać z urzędnikami. Wystarczy wyjść z samolotu i usiąść na wózku. Proste! A jak ułatwia seniorom podróże i oszczędza im stresu :-)

poniedziałek, 2 grudnia 2013

Odsiecz wiedeńska

Z kolegą Ch., Węgrem, rozmawialiśmy o etymologii jakichś słów i on twierdził, że w węgierskim słowa takie jak koń czy namiot pochodzą z czasów, gdy Węgry były pod panowaniem Turków. 

Jak na Polkę przystało skorzystałam z okazji i przypomniałam o naszym wielkim zwycięstwie pod Wiedniem, gdy w XVII wieku powstrzymaliśmy inwazję islamu na Europę -  każdy powinien znać mit o Polsce jako przedmurzu chrześcijaństwa!
No więc opowiadam i się najwyraźniej za bardzo ekscytuję, bo w pewnym momencie Ch. zaczyna się śmiać i przerywa mi pytaniem - "A czy ktoś oprócz was, Polaków, o tym słyszał?". 
Zaskoczył mnie. Nie wiedziałam, co powiedzieć, ale wydawało mi się oczywiste, że przecież o takim ważnym wydarzeniu, wszyscy powinni się uczyć! 
A tu takie rozczarowanie. To tylko nas, w polskie szkole, karmiono przez lata nauki języka polskiego i historii, mitem naszej wyjątkowej pozycji w historii Europy. Niby człowiek powinien sobie z tego zdawać sprawę, ale jakoś tak przykro mi się zrobiło... że o naszej wyjątkowości wiemy tylko my sami...

środa, 23 października 2013

Punktualność - wersja indyjska

T zaprosiła mnie na urodziny swojej córki. Na zaproszeniu podana była godzina - 16:30. Jako że nie byłam wcześniej w tej części miasta, gdzie mieszka T, wyjechałam z domu trochę wcześniej niż wynikało z rozkładu jazdy. W związku z tym musiałam później pospacerować trochę po okolicy, żeby przyjść na przyjęcie w miarę punktualnie.
16:27 - pukam, T otwiera mi drzwi. Grzecznie pytam, czy nie za wcześnie, a ona na to, że właśnie wychodzi się przebrać (impreza była w wynajętej parkowej świetlicy). Mogę pójść z nią albo posiedzieć z jej koleżanką.
- Ale co z gośćmi? - pytam naprawdę zdziwiona.
- Goście przyjdą później.
- Ale... zmieniliście plany? Na zaproszeniu było napisane 16:30...
Dowiedziałam się, że mąż T pojechał po córkę zabrać ją z innego przyjęcia i właśnie się przebierają w domu.

Co za dziwne przyjęcie - goście zaproszeni a ani gospodarzy ani solenizantki nie ma na miejscu o podanej godzinie.

Gdy pół godziny później zostawiłam T w jej domu, żeby mogła się przygotować, i poszłam z jej mężem i córką do świetlicy, zastaliśmy tam zaledwie 3 osoby (a zaproszenie przyjęło ponad 30)!

Wyjaśniono mi, że takie "spóźnienia" to rzecz naturalna w indyjskiej kulturze, i że gospodarze planowali odśpiewanie "sto lat" i tort na godzinę 18:00. Niestety również o tej godzinie jeszcze nie wszyscy byli obecni, więc T dzwoniła i sprawdzała, gdzie są spóźnialscy.

Dobrze, że gdy T nas odwiedzała, to spóźniła się jedynie niecałe pół godziny ;) Teraz wiem, że mogło być znacznie gorzej.

niedziela, 6 października 2013

Chińscy dziadkowie

W. pochodzi z Chin i pracuje w firmie, z którą blisko współpracujemy. Dzięki temu, że mamy wspólną kuchnię, czasem zdarza się nam spotkać i pogadać.
W. kupił niedawno mieszkanie. Od jakiejś chińskiej rodziny, która przeprowadzała się do większego mieszkania. W. mówił, że jak będzie miał dzieci, to też będzie musiał kupić większe mieszkanie, bo w ich kulturze, to dziadkowie zajmują się wnukiem przez pierwszy rok jego życia. W praktyce wygląda to tak, że dziadkowie przyjeżdżają (bądź przylatują, jeśli dziecko mieszka w innej części świata), wprowadzają się do rodziny swojego dziecka i mieszkają z nią przez cały rok.
Nie wiem, czy to zależy od regionu Chin, ale wcześniej słyszałam, że chińskie mamy nie pracują do czasu aż dziecko pójdzie do szkoły. Chyba, że te dwie rzeczy - roczna pomoc od dziadków i niepracująca mama - funkcjonują jednocześnie. Tylko co w takim przypadku robi mama przez te pierwsze 12 miesięcy?

piątek, 4 października 2013

Piłkarzyki

Chłopaki z pracy przeginali z rozrywkami. Potrafili 3 razy dziennie spędzać po pół godziny na piłkarzykach - wiem, bo kiedyś z ciekawości zmierzyłam im czas.
Problem w tym, że nie wyrabiamy się z zadaniami, nie udaje nam się osiągnąć zaplanowanego celu... sytuacja firmy też jest nieciekawa. Chłopaki to widzą - chociażby na burndown chartach. Ale to nie skłania ich do większego przykładania się do pracy.

Poprosiłam więc E, naszego HRowca, o rozmowę i powiedziałam, w czym widzę problem. Jedyne rozwiązanie, jakie ja widziałam, to zwrócenie programistom uwagi, żeby tyle czasu w godzinach pracy nie spędzali na graniu. Ale E miał lepszy pomysł - i, co lepsze, widzę, że skuteczny!

Razem z N. i N. na piłkarzyki chodzi D. D. jest Szwedem i naszym grafikiem. W sumie chyba nikt się nie orientuje w jakie dni on pracuje w biurze, ale najważniejsze, że wywiązuje się ze swoich obowiązków i dostarcza to, co potrzebne. E. poprosił D., żeby po 5 minutach gry mówił chłopakom, że czas wracać do pracy. I tyle. Taka luźna uwaga od starszego kolegi.
Nikt nie dostał "nagany", nikt nie poczuł się dotknięty, a cel został osiągnięty. Jak dla mnie - niesamowite!

niedziela, 21 lipca 2013

Zwolnij!

Jechaliśmy E4, środkowym pasem, wyprzedzając wolniejsze auta i będąc wyprzedzanymi przez te szybsze. Za jednym z tych, które nas wyprzedziły, nadjechał policyjny motocykl. Policjant zjechał na prawy pas i dogonił samochód, za którym jechał. Nie musiał się zbytnio wysilać, bo samochód nie jechał jakoś szczególnie szybko.

Wydawało mi się, że skoro policjant ściga kierowcę, to przyspieszy, wjedzie przed samochód i zamacha lizakiem, żeby wskazać mu miejsce zjazdu z drogi. Nic z tego! Policjant co prawda wjechał przed samochód, ale tylko pomachał ręką, a następnie zjechał na wolniejszy pas, zrównał się z kierowcą i chwilę tak jechali. Wyglądało, jakby policjant poklepał go po dachu a potem rozmawiali przez okno, bo jechali równo przez dłużą chwilę. Ale to chyba niemożliwe, bo przy prędkościach autostradowych takie rzeczy mogliby robić tylko kaskaderzy. Ponadto w takich warunkach rozmowa z kimś na motorze jest raczej niemożliwa.

Policjant odjechał. Zatrzymania ani mandatu nie było. Doszliśmy do wniosku, że policjant pouczył kierowcę (jakoś tak... na migi?) i jedynie kazał mu zwolnić. Innego sensownego wyjaśnienia nie udało nam się znaleźć.

czwartek, 28 marca 2013

Kolczyki

Nie każda hinduska dziewczyna może sobie przebić uszy, kiedy ma na to ochotę. I wcale nie chodzi o to, że ktoś z jej opiekunów musi się na to zgodzić. W niektórych rodzinach kultywowana jest tradycja, zgodnie z którą kolczyki mogą mieć tylko te dziewczyny, które mają brata.

T długo czekała na przekłucie uszu. Jej brat urodził się, kiedy miała 10 lat. Razem z młodszą siostrą przekłuły uszy i ubrały wyczekane kolczyki w 15 dniu jego życia. Widać, że było to ważne wydarzenie, skoro tak je pamięta.

Z tego, co zauważyłam, w hinduizmie wiele rzeczy robi się dla brata lub, później, dla męża. Na przykład zachowuje post w intencji jego dobrego zdrowia, długiego życia i powodzenia. W drugą stronę to nie działa. W tradycyjnym hinduskim domu (czyli mniej więcej do pokolenia urodzonego w latach '50) kobieta zajmowała się domem, a mężczyzna pracą zarobkową - w związku z czym jego zdrowie i jego sukces finansowy oznaczał dobre życie całej rodziny. Więc troska o męża leżała jak najbardziej w interesie żony.
Obecnie to się zmienia, bo kobiety się uczą i idą do pracy. A zachęcają je do tego najczęściej ich własne matki.

sobota, 16 marca 2013

Sprzątanie mieszkania

Kilka dni przed odebraniem kluczy do mieszkania, zadzwonił do nas jego poprzedni właściciel. Prosił, żeby ktoś z nas się zjawił ocenić czystość mieszkania, po tym jak posprząta je wynajęta ekipa. Zabrzmiało to dziwnie... jasne, że każde wynajmowane w Polsce mieszkanie przed przeprowadzką sprzątaliśmy - odkurzyć, zetrzeć kurze, umyć lodówkę, podłogi i okna. Ale nie zauważyłam, żeby któryś z właścicieli kontrolował to dokładniej.

Jak przyszłam do mieszkania, na klatce schodowej czekał już na mnie właściciel i cała ekipa sprzątająca (3-4 osoby). Dostałam listę posprzątanych rzeczy - były na niej również takie drobiazgi jak kontakty czy listwy przypodłogowe. Widziałam, że nawet drewniane drzwi zostały wypastowane. Wygląda na to, że mogłabym później narzekać, jakby coś nie było dobrze posprzątane... bo inaczej po co bym miała przyjeżdżać i "zatwierdzać" dokładność sprzątania?

Nas czekało sprzątanie wynajmowanego mieszkania przed jego oddaniem. Pytałam więc znajomych z pracy, jak to wygląda. Dowiedziałam się, że, jak zwykle, zależy to od wynajmującego. Ale sprawdzanie czystości piekarnika, miejsca za kuchenką oraz między kuchenką i szafkami, czy pod lodówką, to nic dziwnego. Poza przestrzenią między szybami, sprawdzane są też żaluzje w oknach. Wszystko może być podstawą do tego, żeby nie zwrócić całej kaucji.

Posprzątaliśmy więc mieszkanie sumiennie (nie odsuwając jednak lodówki czy kuchenki) i oddaliśmy właścicielce. Nie zgłosiła żadnych zastrzeń. Pytała jedynie, skąd wiedzieliśmy, co mamy sprzątać - powiedzieliśmy, że sprzątaliśmy według listy, którą dostaliśmy w nowym mieszkaniu. To ją usatysfakcjonowało.

Sprzątanie generalne zabiera trochę czasu, ale firmy sprzątające też się cenią. Wyczyszczenie mieszkania o powierzchni 60-70 m2 kosztuje 2000-3000 koron.  Ale jak komuś zależy na czasie, to firma jest się w stanie uwinąć ze wszystkim w 2 godziny!

sobota, 24 listopada 2012

Święty Mikołaj

Nadchodzi grudzień a z nim Święta Bożego Narodzenia. Od mniej więcej dwóch tygodni trwa dekorowanie miasta. W sklepach pojawiają się piernikowe domki i glögg. A w pracy T pyta o Mikołaja.

T wiedziała, że postać Mikołaja została rozpowszechniona przez Coca-Colę. Ale była bardzo zdziwiona, że Mikołaj istniał naprawdę. I że rozdawał prezenty wszystkim... nie do końca w takiej formie, jak to mamy teraz, ale skoro anonimowo pomagał ubogim, to można chyba mówić o dawaniu prezentów, prawda?
Po tym padło pytanie o renifery i latające sanie... być może było to bardziej na zasadzie "trawy w Radżastanie" niż na serio, ale po tym jak kolega z Azji na zajęciach ze szwedzkiego zapytał dziewczynę opowiadającą o jodze, czy umie lewitować, bo on widział na filmach, że ludzie potrafią, to pytanie o latającego Mikołaja mogły być całkiem na serio. Wyjaśniłam więc, że to tylko wersja popkulturowa, a oryginalny Mikołaj nie miał reniferów ani sań, bo pochodził z Turcji. I nie latał.

Próbowałam też wygooglać jakieś zdjęcia - bo przecież w moich przedszkolnych czasach miało się zdjęcia z Mikołajem ubranym w sposób bardziej oryginalny niż amerykański. Udało mi się coś wygrzebać w sieci - T wydawała się zaskoczona brakiem standardowej czapki z futerkiem i grubego brzucha; wyjaśniłam, że Mikołaj był biskupem, więc ma na sobie strój liturgiczny.

Ha! Udało się zaprezentować trochę europejskiej kultury i tradycji :)


wtorek, 13 listopada 2012

Ciepłe mleko

Chłopaki z Tamilu i Pakistanu codziennie na lunch przynoszą ryż. Najczęściej jest to ryż z przyprawami i jakimiś warzywami (nie raz widziałam ryż z ziemniakami!) lub orzechami, rzadziej z mięsem. Ja i P, z naszymi europejskimi nawykami żywieniowymi, zapytaliśmy, czy oni ten ryż tak jedzą 3 razy dziennie, czy zdarza im się jeść też coś innego, np. na śniadanie. Okazało się, że ryż jest bardzo popularny w ramach każdego z posiłków, ale chłopaki jedzą też inne rzeczy - na przykład kanapki.

- Nawet na śniadania jecie coś ciepłego? - zapytał P. - Nie jedzie tak popularnych tutaj płatków z mlekiem albo z filmjölkiem?
- Chwila, płatki z mlekiem też mogą być na ciepło - zaprotestowałam.
- Co? Chcesz mi powiedzieć, że takie słodkie płatki ktoś zalewa ciepłym mlekiem?! Fuuuj! Przecież one się wtedy robią całkiem miękkie - P zaczął się śmiać.
- Wy też nie słyszeliście o jedzeniu płatków z ciepłym mlekiem? - zdziwiona zapytałam pozostałych kolegów.
W odpowiedzi dowiedziałam się, że zarówno na południu jak i na północy Indii, w Pakistanie oraz w Rosji płatki z ciepłym mlekiem to rzecz normalna. W czasie gdy wszyscy wokół stołu potwierdzali moją wersję, P nie przestawał się śmiać. Wręcz z każdą odpowiedzią śmiał się coraz bardziej. 
- P, zauważyłeś, że jesteś w mniejszości ze swoimi poglądami? W sumie to my możemy się śmiać z Twoich dziwnych zwyczajów. - zwróciłam mu uwagę. I do dzisiaj wypominamy mu to ciepłe mleko, jak tylko nadarzy się okazja ;-)

poniedziałek, 12 listopada 2012

Chińskie wesele

J przywiózł mi obiecane koperty - dwie, tak na zapas.  Czerwone, ze złotymi ozdobami. Oryginalne - made in China ;-)

[chińskie koperty z życzeniami weselnymi]


[chińska koperta z życzeniami weselnymi]

Zanim pojechałam na polsko-chińskie wesele, obejrzałam zdjęcia z przyjęcia weselnego J. Zdjęć było sporo, ale dzięki temu można było się dowiedzieć wielu rzeczy. Np. tego, że blokowisko w wiosce J (J zawsze mówił, że mieszka a wiosce) wygląda jak osiedle na Ruczaju - dużo kilkupiętrowych, najczęściej beżowych, bloków, przed nimi samochody.

Młodzi najpierw byli u jednych rodziców, potem u drugich - w każdym miejscu taki sam rytuał. Młodzi robią rodzicom herbatę, a w zamian dostają pieniądze w czerwonych kopertach. J jadł też coś, co wyglądało, jak małe jajka w barszczu, ale nie jestem pewna, co to było. Co mnie zdziwiło najbardziej, to ubrania - młodzi mieli stroje odświętne, ale rodzice byli ubrani tak bardzo zwyczajnie - jakaś koszulka polo u taty, jakaś bawełniana koszulka i spódnica u mamy. Taki bardzo codzienny strój.
W drodze z mieszkań do samochodu ktoś odpalał petardy - na zdjęciach widać było, że co kilka metrów leżało na ziemi coś dymiącego.

Samo przyjęcie weselne wyglądało bardzo efektownie - ślicznie przybrana sala, tłum gości, jakieś efekty specjalne, wielki monitor (na którym wyświetlało się coś, jakby logo Disneylandu - taki pałac Disneya i fajerwerki; to, co zawsze leciało przed bajkami).
Były przemówienia. Zauważyłam, że panna młoda zmieniła sukienkę, więc powiedziałam, że u nas też tak jest często, że o północy panna młoda zmienia sukienkę z białej na jakąś inną. J odpowiedział, że oni mieli wersję oszczędną i stąd tylko dwie sukienki, zgodnie z tradycją powinny być trzy. Zapytałam o to, ile trwa takie przyjęcie. Odpowiedź mnie zaskoczyła: 2-3 godziny. Pamiętam, jak J wspominał o kosztach i były porównywalnego do tych w Polsce, w przeliczeniu na osobę (ale koszt całej imprezy jest u nich dużo wyższy, bo na chińskim weselu gości jest 300, 500 lub nawet 1000 - zapraszani są znajomi młodych i rodziców oraz przełożeni rodziców z ich miejsc pracy...). Zapytałam jeszcze, w jakich godzinach jest to wesele - i tu odpowiedź była równie zaskakująca, bo wszelkie ceremoniały zaczynają się około godziny 11:00 a przyjęcie kończy się około 13:00-14:00.

Co ciekawe, goście weselni ubrani byli podobnie jak rodzice - w zwykłe codzienne ubrania. Tak, jakby ktoś ich zgarnął z ulicy. Żadnych ekstra ubrań, sukni ani garniturów.

A co się robi po przyjęciu weselnym? J poszedł z żoną na zakupy :) Ot, popołudniowa przyjemność.
Wieczorem za to odbyło się przyjęcie w mniejszym gronie - z niego zdjęć już nie było - dla najbliższej rodziny z obu stron. Takie spotkanie, na którym każdy z każdym może porozmawiać i lepiej się poznać.



We wrześniu pojechałam na wesele polsko-chińskie. W sali wisiały czerwone lampiony i ogólnie cały wystrój był biało-czerwony. Rodzice panny młodej śledzili przyjęcie dzięki technologii: laptop + transmisja wideo na Skypie.

Mam nadzieję, że panna młoda ucieszyła się z kopert, które do niej wędrowały przez pół świata: Szanghaj -> Sztokholm -> Kraków -> zachodnia Polska.



Mniej więcej tydzień temu wrócił do pracy Q. Po miesięcznym urlopie spędzonym na przygotowaniach do wesela i samym weselu, pojawił się w biurze. Z niespodzianką.

[chiński weselny prezent dla gości]

Przed jego wyjazdem cała firmowa ekipa nagrała krótki film z życzeniami weselnymi dla Q. W prezencie po jego powrocie każdy dostał woreczek z zestawem cukierków (naturalnych: woda + cukier + dodatek w postaci orzecha albo jakiejś rośliny). Q nie był tego pewny, ale według J symbol na woreczku oznacza szczęście małżeńskie.



Dużo dobrego wszystkim tegorocznym nowożeńcom!