Jesteś mężczyzną z południowych Indii i myślisz sobie, że już czas założyć rodzinę. Kandydatka na żonę jest, pieniądze na organizację przyjęcia są... myślisz, że wszystko gotowe. Nie tak szybko! Jeśli masz niezamężną siostrę młodszą o mniej niż 6 lat, to rodzina będzie wywierać na Ciebie presję, byś poczekał, aż ona zostanie wydana za mąż.
W pierwszej chwili wydało mi się to nielogiczne. Skoro to chłopak jest starszy, skoro ma pracę, mieszkanie, dziewczynę chętną do ślubu, to wszystko jest OK. Młodsza siostra może wziąć ślub później. Pamiętam, że w bajkach (zapewne europejskich), które dawno temu czytałam, były jakieś historie o tym, że młodsza siostra nie mogła wziąć ślubu zanim starsza siostra nie wyszła za mąż. Ale w przypadku, o którym słyszałam ostatnio, jest odwrotna sytuacja - to starszemu rodzeństwu zaleca się wstrzymanie ze ślubem do czasu wydania za mąż młodszego. I ten brat czeka tutaj już co najmniej rok, a przyszła żona w Indiach. Ona co jakiś czas wrzuca na facebookowy profil chłopaka listy miłosne; widać, że bardzo za nim tęskni. Nie wiadomo, jak długo jeszcze poczekają. On w Szwecji, ona w Indiach...
Tradycja. I przepływ pieniędzy w rodzinie. Takie wyjaśnienie dostałam od dwóch osób z południowych Indii. Ponieważ w Indiach to na rodzinie panny młodej, zgodnie z tradycją, spoczywa zdecydowana większość kosztów wesela, zatem każda dodatkowa pracująca osoba w rodzinie jest ważna, bo może wspomóc zebranie odpowiedniej kwoty na wesele. Dopóki mężczyzna nie założy rodziny, dopóty jego pieniądze wspomagają rodzinę, z której pochodzi - rodziców, rodzeństwo. Po założeniu rodziny, więcej pieniędzy inwestują zapewne w żonę i dzieci niż w przygotowanie ślubu siostry. Życie. W zgodzie z tradycją.
Indie to kraj kontrastów, co widać również z poziomu hotelowych restauracji. Jedząc śniadanie w pierwszym z hoteli mieliśmy widok na dwa inne - wysokie, nowoczesne budynki, ze szklaną fasadą oraz szlabanem i strażnikami przed wejściem. Między hotelami był prześwit, a tam, na drugim planie, koczowisko - namioty robione ze wszystkiego, co znalazło się pod ręką.
Jadąc samochodem przez miasto można zobaczyć ludzi grzejących się przy ogniskach, ale też gotujących czy kąpiących się tuż przy drodze. Szczytem był ktoś, kto na rondzie, pod wiaduktem, mył sobie głowę. Widać było, że to stałe miejsce do mycia, bo spadek ziemi na rondzie w kierunku jezdni wyłożony był folią, żeby spływająca z włosów woda nie zmywała ziemi, tylko leciała na asfalt.
Mimo że wszędzie widać kobiety zamiatające chodniki, podwórka czy teren wokół miejsca zamieszkania (nawet jeśli jest to prowizoryczne schronienie pod wiaduktem, na gołej ziemi), to i tak śmieci jest pełno. Jest to coś, co bardzo rzuca się w oczy.
Co ciekawe, nie spotkaliśmy się nigdzie z jednorazowymi reklamówkami. W sklepie z ubraniami dostaliśmy taką papierowo-materiałową (nie wiem, co to dokładnie jest, ale z takiego samego materiału zrobiona jest zewnętrzna część najtańszej ikeowej kołdry) torbę z logo firmy. Śniadanie w hotelu zapakowano nam do torby z takiego samego materiału. Zastanawia mnie, czy to są torby bardziej trwałe, czy łatwiej rozkładające się, czy tańsze... nie spotkałam się z takimi nigdzie w Europie.
Z owocowych ciekawostek - proste banany! Pierwsze widzieliśmy w domu T. złożone na małym domowym ołtarzu jako ofiara dla jednego z hinduistycznych bóstw. A potem dostaliśmy takie w hotelu. Proste banany! Widocznie Unia Europejska nie miała na ich krzywiznę żadnego wpływu! ;-)
Poza miastem i w okolicy świątyń zdarzają się siedzące na przydrożnych murach małpy. Poza tym wszędzie można spotkać włochate świnie z irokezem, krowy, dzikie psy, a w okolicy Ajmeru były nawet pawie. W Radżastanie na drogach zdarza się spotkać wielbłądy - jako środek transportu - najczęściej ciągnące za sobą wóz.
Główne drogi w Indiach są całkiem równe, autostrady - płatne - są szerokie, wielopasmowe. Ale już bramki wjazdowe na autostrady przedstawiają obraz nędzy i rozpaczy - brudne, poobijane, obdarte z farby.
[Wjazd na bramki autostradowe - w tle ciężarówka]
Krawężniki w miastach są bardzo wysokie (może nie sięgają kolan, ale tak do połowy łydki to na pewno), jednak nie zniechęca to ludzi do przebiegania przez jezdnię w miejscach do tego nieprzeznaczonych. Bardzo powszechne jest wchodzenie na jezdnię celem przejścia na drugą stronę, czy jazda pod prąd samochodem osobowym lub ciężarówką, nie mówiąc już o motorach, rowerach i rikszach. I jeszcze zawracanie na 3-pasmowej autostradzie, gdy ktoś zauważy, że przejechał swój zjazd i chciałby się do niego wrócić (jadąc, oczywiście, pod prąd).
Ładna, choć krótka, jest droga pomiędzy Ajmerem a Pushkarem. Wąska i kręta droga jednopasmowa przez góry. Przy drodze siedzą małpy i rosną kaktusy. Jest ścieżka dla turystów i taras widokowy.
Przy zjeździe z gór w stronę Pushkaru rozbity był obóz skautów - duże namioty, chłopcy w mudurach, z chustami związanymi pod szyją. Nie spodziewałam się, że skautowskie drużyny działają również w tamtej części świata.
[Obóz skautów]
Z hotelu w Pushkarze mieliśmy widok na miasto i jezioro, ale tuż za hotelowym murem biegały świnie, których kwik słychać było czasami w naszym pokoju.
[Widok z hotelu w Pushkarze]
Największy miks kultur widzieliśmy w okolicy Ajmeru i Pushkaru. Wszędzie są obecne hinduistyczne świątynie - to akurat nic nadzwyczajnego w Indiach, nieprawdaż? Sporo jest również meczetów. Ale widzieliśmu też chrześcijańskie cmentarze i żydowski dom spotkań - jego obecność zaskoczyła nas najbardziej.
Po mojej pierwszej wizycie w Indiach stwierdziłam, że już zobaczyłam, co chciałam, i wracać tam więcej nie będę. Bo brudno, bo ludzie nachalni, powietrze tak zanieczyszczone, że widoczność kiepska a kataru dostaje się praktycznie od razu po wyjściu z lotniska.
Marcin, który był w Indiach na delegacji kilka razy, a potem jeszcze ze mną turystycznie, ma takie same odczucie za każdym razem, gdy Indie opuszcza. A potem i tak tam wraca :-)
Po otrzymaniu od T. zaproszenia na wesele, byliśmy pewni, że polecimy tam kolejny raz. Jedyne, co nas mogło powstrzymać, to kwestie bezpieczeństwa - skończyło się jednak na tym, że zabraliśmy ze sobą nóż i gaz pieprzowy (który nie był "gazem pieprzowym" a jakimś rodzajem sprayu obronnego czasowo oślepiającym i barwiącym napastnika, który to spray zapewnił nam w drodze powrotnej niezapomniane przeżycia na lotnisku w Monachium).
Na cały tydzień wynajęliśmy samochód z kierowcą - w tej samej firmie, w której kupiliśmy wycieczkę dwa lata temu; uznaliśmy, że to zmniejsza ryzyko niechcianych przygód. Ponieważ chcieliśmy zapłacić kartą, musieliśmy pojechać do siedziby firmy. Kierowcy najprawdopodobniej nie chciało się podjechać bliżej budynku, w którym mieściła się siedziba firmy, zmuszeni byliśmy przejść przez dwupasmową jezdnię, a następnie przez wąskie przejście między jakimś sklepem i murem, zatłoczony parking aż weszliśmy do centrum handlowego, które wyglądało jak opuszczone i niszczejące miejsce.
W biurze było wesoło (o ile lubi się komedie omyłek) - właściciel firmy kilka razy powtarzał nam, że teraz jest prościej przyjechać Finom do Indii, bo nie muszą się starać o wizę (to prawda! widziałam na stronie ambasady Indii, że Finowie mają specjalne warunki). Za którymś razem zwróciliśmy mu uwagę, że jesteśmy ze Szwecji i obowiązują nas inne warunki - ale on zdawał się tym nie przejmować.
Ale po kolei... Pierwsze nasze spotkanie z kierowcą miało miejsce w środku nocy, na lotnisku. Miał nas zawieźć do hotelu, w którym wcześniej zarezerwowaliśmy nocleg. Jak już wsiedliśmy do auta, poinformował nas, że nasz hotel zmienił nazwę, że musiał długo szukać, o który nam chodzi, ale się udało... Nie było to to, co chcieliśmy usłyszeć w środku nocy w obcym kraju, ale zaczęliśmy obmyślać strategię - nie chcieliśmy płacić za dwa noclegi, w razie jakby kierowca zawiózł nas do innego hotelu. Pomyśleliśmy, że najprościej będzie podać swoje imię i nazwisko i poprosić w hotelu o potwierdzenie pozostałych danych zgodnie z naszą rezerwacją. Tak też zrobiliśmy.
Niemiło się zrobiło, gdy recepcjonista zaczął nalegać, żebyśmy to my pokazali jemu, co i na kiedy rezerwowaliśmy. Byliśmy jednak uparci (acz grzeczni) i w końcu pan z recepcji sprawdził i pokazał nam naszą rezerwację, ale stwierdził, że była na wcześniejszy dzień (tja, jak rezerwuję jeden nocleg z 18 na 19 dzień miesiąca, to chyba oczywiste, że w rezerwacji wybieram 18 jako dzień przyjazdu, nawet jeśli zjawiam się w hotelu o 2 nad ranem i formalnie jest już 19! A, właśnie, na lotnisku wbito nam w paszport 18 jako dzień przyjazdu, mimo że było już po 1:00 nad ranem). Pokój w końcu dostaliśmy i mogliśmy się wyspać.
Hotel w porządku, czysto było, chociaż - jak wszędzie - zaraz po wejściu do hotelu chłopak z obsługi wręcz rzucił się na torbę, żeby zanieść nam ją do pokoju (jak ja tego nie lubię... wiem, taka kultura... ale ja taka nieprzyzwyczajona ;-)). Tak było w prawie wszystkich hotelach (tak, znalazł się na naszej liście hotel wyjątkowy), w których nocowaliśmy w Indiach.
Cechą wspólną były też łazienki z oknem w stronę pokoju. Okna te można było zasłonić używając rolet lub żaluzji, ale robiło to dziwne wrażenie... i temu, kto to projektował, wcale nie chodziło o dostęp światła dziennego, bo jedna z łazienek miała też zwykłe okno.
Wybierając hotele kierowaliśmy się ceną - nawet nie przeglądaliśmy ofert poniżej pewnego poziomu, żeby nie trafić na miejsce z karaluchami etc. (jeszcze takiego w Indiach nie widzieliśmy - i mamy nadzieję nie zobaczyć - ale słyszeliśmy, że takie są). To nas trochę zwiodło, bo w Pushkarze mieliśmy bardzo kiepski hotel za dość wysoką jak na lokalne warunki cenę. Brudne zasłony, łazienka jak z 30-letniego hostelu, ciepła (nie gorąca!) woda bywała obecna tylko pod prysznicem, ale nie zawsze. Klimatyzacja nie działała, ale mogliśmy się dogrzewać elektrycznym piecykiem (śmierdziało z niego kurzem i miał oldschoolowy design) z rozwaloną wtyczką - nie dało się jej wyciągnąć z kontaktu, bo miała kable na wierzchu. Do tego restauracja o nieokreślonych godzinach otwarcia, w której pracownik ciągle się nam przyglądał (przy wyjeździe okazało się, że to jest osobna firma i trzeba płacić za restaurację osobno i jedynie gotówką; do tego nie dostaliśmy żadnego rachunku, tylko pan z restauracji - nie wyglądał na kelnera - przyszedł na recepcję i powiedział, że on pamięta, co zamówiliśmy i podał kwotę naszego zamówienia sprzed dwóch dni!). I jeszcze duży pies, śpiący na kanapie w lobby i biegający nocą hotelowymi korytarzami.
Raz wieczorem wyszłam z pokoju do lobby, żeby złapać zasięg WiFi (sieć była, ale chyba tylko lokalna, bez podłączenia do Internetu - a może to my mieliśmy takiego pecha, że akurat jak próbowaliśmy, to były jakieś problemy?), to się poczułam jak w horrorze. Było przed burzą, zawiewało zasłony w stronę korytarza, drzwi skrzypiały. I jeszcze mało nie wdepnęłam w małego kota, który akurat przechodził obok naszego pokoju. W takich warunkach chyba nie jest dziwnym, że skróciliśmy pobyt o jeden dzień i następnego dnia po weselu pojechaliśmy do - jak się później okazało - najlepszego hotelu, w jakim mieliśmy okazję przebywać w Indiach.
Nasze oczekiwania po hotelu w Pushkarze były niewielkie - otwarta restauracja, ciepła woda w kranie, butelkowana woda w pokoju i działająca klimatyzacja.
Od przyjazdu do hotelu do wyjazdu na lotnisko nie wyszliśmy za próg hotelu, tak byliśmy szczęśliwi. Hotel, poza spełnieniem naszych podstawowych oczekiwań, miał działającą sieć WiFi (szybką, z dobrym zasięgiem i z dostępem do Internetu), zupełnie nienachalną i bardzo miłą obsługę, a do tego przepyszne jedzenie w kuchni. I przez cały dzień można było zamówić lassi, które było obecne jedynie w menu śniadaniowym. To była pełnia szczęścia!
Nie kupowaliśmy w hotelu śniadania, bo jednego dnia spaliśmy aż do lunchu, a drugiego wyjeżdżaliśmy w porze, gdy śniadanie się dopiero zaczynało. Niemniej w dniu wyjazdu pan z recepcji spakował nam do torby owoce i ciasteczka - do zjedzenia w drodze na lotnisko. Ależ to było miłe!
Taksówkę na lotnisko wzięliśmy z hotelu - była pachnąca! A pan kierowca miał na sobie mundurek (w przeciwieństwie do naszego całotygodniowego kierowcy, który raz nawet suszył sobie skarpetki na desce rozdzielczej samochodu...).
Małżeństwo siostry T. było aranżowane, czyli tradycyjne. Nie dlatego, że rodzina postanowiła zrobić coś z życiem dziewczyny, ale dlatego, że to ona sama stwierdziła, że już czas założyć rodzinę. Problem w tym, że nie znalazła odpowiedniego chłopaka - zadanie to spadło więc na T. i jej ojca. Pamiętam, że ponad rok temu T. przeglądała oferty matrymonialne panów z okolicy - nie pokazała mi żadnego, ale powiedziała, jak taki anons z profesjonalnego serwisu wygląda (ja widziałam tylko gazetowe: imię, wiek, miejscowość, plus obowiązkowo informacja, że zainteresowana/y jest szczupły i ma jasną karnację). Poza zdjęciami i danymi podstawowymi jest informacja o rodzinie oraz ewentualnych pobytach za granicą (jeśli ktoś mieszkał przez jakiś czas w USA, to jest to wielką zaletą).
Po wstępnym wyborze kandydata ojciec T. rozmawiał z rodziną pana i gdy obie strony były zadowolone, siostra T. mogła porozmawiać z chłopakiem - w towarzystwie rodziny albo przez komunikator.
Gdy młodzi byli już zdecydowani, że do siebie pasują, nastąpiła oficjalna ceremonia zaręczyn, kilka miesięcy przed planowanym ślubem.
Gwiazdy mówią
Data ślubu wyznaczana jest przez wróżbitów - w ciągu roku są takie tygodnie, gdzie układ gwiazd jest bardziej sprzyjający i wtedy można się spodziewać kumulacji ślubów. Każdy chce, żeby jego ślub miał miejsce w dniu, który zapewni mu szczęśliwe małżeństwo.
W hinduskiej tradycji żaden dzień tygodnia nie jest jakoś specjalnie przeznaczony na śluby - nie ma czegoś takiego, jak w Polsce, gdzie można wziąć ślub w dowolnym dniu, ale zwykło się to robić w soboty.
Dekoracje
Ceremonie, w których uczestniczą zaproszeni goście (bo to, w czym bierze udział panna młoda i pan młody, trwa od rana do wieczora, a w dni ślubu od rana do poranka dnia następnego), to dwa kolejne wieczory - od mniej więcej 16:00 do 22:00 (cisza nocna!).
Miejsce uroczystości było podzielone na dwie części - jedna to udekorowana scena i krzesła dla gości-widzów. Druga to naprawdę duży bufet - każda potrawa miała pana, który ją mieszał i nakładał, a ponadto niektóre rzeczy były robione na miejscu (np. chleb naan).
Drzewa były poobwieszane dekoracyjnymi lampkami.
[Udekorowana scena i goście]
[Udekorowane drzewa wokół terenu wesela]
Jedzenie
Między gośćmi cały czas uwijali się kelnerzy roznosząc kubki z kawą, herbatą (masala chai!), różnymi zupami, a także słodycze (nabite na wykałaczki) oraz przekąski, z których najdziwniejsze były frytki z sosami. Najdziwniejsze, jeśli chodzi o serwowanie, bo dawano gościom do ręki serwetkę, na to kładziono frytki, a na wszystko lano trochę sosu o konsystencji ketchupu - goście jedli to palcami.
Kelnerzy mieli rękawiczki - chyba po to, by było bardziej elegancko. Szkopuł w tym, że rękawiczki były gumowe...
Na stoiskach z jedzeniem było dużo rzeczy do wyboru - staraliśmy się spróbować jak najwięcej z nich. Były tradycyjne curry, pikle, marynowane papryczki chili, ale również makarony (robione na sposób indyjski, czyli ugotowany makaron wymieszany z lokalnymi przyprawami) i mnogość słodyczy. Wszystko oczywiście z dużą ilością ghee, klarowanego masła. Naszym ulubionym deserem został gulab jamun - kilka razy wracaliśmy do stoiska, żeby wziąć kolejną porcję kulek robionych z cukru i mleka, smażonych w głębokim tłuszczu, które czekały na gości zanurzone w ciepłym ghee... na indyjskich przyjęciach lepiej nie liczyć kalorii, bo można się załamać ;-)
Wszystkie potrawy były oczywiście wegetariańskie i bezjajeczne. Brak alkoholu nie przeszkodził panom w dobrej zabawie - to oni tańczyli dłużej i bardziej licznie niż panie.
Jedzenie serwowane było w jednorazowych kubkach i miseczkach, ale talerze i łyżki były wielokrotnego użytku. Po zjedzeniu wyrzucało się wszystko - razem z resztkami jedzenia - do dużych plastikowych misek, które obsługa co chwilę opróżniała.
Tańce
Pierwszego dnia następuje wymiana obrączek (tak to nazywała T. i jej kuzynki, ale mam wrażenie, że to celem tłumaczenia ich obrzędów na nasze, bo nie widziałam, żeby zamężne Hinduski czy żonaci Hindusi nosili obrączki - poza jednym, który mieszka w Sztokholmie), po której następuje część artystyczna. Goście zapisują się na listę chętnych, ćwiczą wcześniej układ a następnie tańczą na scenie do bolywoodzkich przebojów. Jeśli chętnych jest mało, zatrudnia się profesjonalnych tancerzy. W czasie występów na scenie od czasu do czasu wystrzeliwuje się konfetti.
[Taniec tradycyjnie rozpoczynający część artystyczną]
Młodzi mieli swój pierwszy taniec - było to przedsięwzięcie o tyle trudne logistycznie, że nie bardzo mieli oni kiedy ćwiczyć układ razem, każdy więc uczył się go osobno.
W czasie, gdy niektórzy goście tańczyli na scenie, podchodzili do nich inni goście lub pan młody. Trzymając w ręce banknoty, zataczali nimi kręgi nad głowami tańczących odpędzając od nich złe duchy. Schodząc ze sceny wkładali pieniądze do pudełka. Pytałam T. na jaki cel to idzie - podejrzewałam, że nie dla nowożeńców, skoro również pan młody zostawiał pieniądze. T. wyjaśniła, że to na cele charytatywne. Ale nie dla jakiejś organizacji, tylko tak bardziej nieformalnie... na każdym weselu zjawia się "ktoś", kto te pieniądze zbiera, a po przyjęciu zabiera do domu - nie jest to nikt z rodziny ani żaden znajomy.
My również zostaliśmy zaproszeni na scenę - przez ojca pana młodego. Ojciec wcześniej przyszedł do nas się przedstawić i przywitać (tyle, że nie mówił po angielsku, więc było trochę sztywno i niezręcznie; współczuję ludziom, którzy w oficjalnych sytuacjach muszą korzystać z pomocy tłumacza - dziwnie się człowiek czuje jak mówi do kogoś, wiedząc że ta osoba go nie rozumie i że tak naprawdę zwraca się do tłumacza).
Tańczyliśmy w większej grupie, ale było fajnie :-) głośna muzyka i świecące prosto w oczy reflektory - można się było poczuć, jak gwiazdy (takie bardziej śpiewające w chórku niż jako soliści, ale wciąż gwiazdy).
Ślub
Drugiego dnia ma miejsce formalny ślub, na który pan młody przyjeżdża na białym koniu (jest to zwyczaj północnoindyjski; N., który pochodzi z południa, zapierał się, że on w życiu o żadnym koniu nie słyszał).
Gdy przyjechaliśmy pod hotel, pan młody siedział na rozścielonym na parkingu płótnie, pod ozdobnym parasolem. Następnie wsiadł na konia i w towarzystwie orkiestry podjechał kilkanaście metrów. Przed koniem szli mężczyźni i tańczyli rozdając muzykom pieniądze. Bębniarze brali je w zęby i podawali je do jednej osoby, która chowała pieniądze w kieszeni.
[Pan młody na koniu i orkiestra]
[Przywitanie pana młodego]
Przed zejściem z konia, pan młody trącił laską zawieszony obrazek Ganeshy i został przywitany i namaszczony czymś przez kilka osób (w tym swoją siostrę, T. i jej ciocię). Następnie udał się na scenę, gdzie czekał na pannę młodą.
Panna młoda przyprowadzona została przez orszak kobiet ze swojej rodziny i dołączyła na scenie do pana młodego.
[Przybycie panny młodej]
[Młodzi razem z najbliższą rodziną]
Nie bardzo wiem, co się później działo na scenie, ale była tam obecna cała najbliższa rodzina. Po niedługim czasie, wszyscy udali się do hotelowego przedsionka na część religijną i złożenie przysięgi.
W hotelowym przedsionku ustawiony był namiot (coś w stylu zwykłego namiotu ogrodowego udekorowanego kwiatami), a pod nim ognisko w metalowym pojemniku oraz materace. Ceremonię prowadził starszy pan - przedstawiciel religijny (nawet nie wiem, jak się taka osoba nazywa w hinduizmie). Na materacach za młodymi siedzieli ich najbliżsi.
Cała ta ceremonia trwała około 2h, po czym młodzi udali się do swojego pokoju na modlitwę. Po dłuższej chwili wrócili i udali się na scenę, gdzie siedzieli do końca wieczora przyjmując życzenia i pozując do zdjęć.
Zaskakującym było dla nas, jak niewiele osób było zainteresowanych samym ślubem. Zaproszonych gości pierwszego dnia było 200-300 osób, drugiego dnia około 600. Przed namiotem, gdzie młodzi składali przysięgę (on składał 7 obietnic, ona tylko 5), siedziało może 30 osób, przy czym na materacu tuż za młodą parą było nie więcej niż 10 osób. Wszyscy rozmawiali, śmiali się, a siostra pana młodego (siedząc za jego plecami!) rozmawiała przez telefon. Niepojęte!
W czasie ceremonii kilka razy zjawiał się kelner z napojami i jedzeniem - młodzi też korzystali z tego, co on oferował.
Ubrania
Panowie ubrani byli w tradycyjne stroje (kurty) lub garnitury. Panie miały sari lub sukienki - tradycyjne, bardzo kolorowe i bogato zdobione, wyglądały przepięknie. Niektóre małe dziewczynki miały odświętne sukienki, ale wiele obecnych maluchów wyglądała miało na sobie kurtki, swetry, i wełniane czapki stanowiąc duży kontrast dla swoich odświętnie i elegancko ubranych rodziców.
Pakując ubrania na wyjazd do Indii nie spodziewaliśmy się, że będzie tam aż tak chłodno (było +17 stopni, ale wydawało się, że jest zimniej niż w Sztokholmie przy takiej samej temperaturze). Nie mieliśmy więc ciepłych rzeczy, które pasowałyby do stroju - koszuli z długim rękawem czy wełnianego szala.
Wielu spośród lokalnych gości nie bardzo przejmowało się brakiem eleganckich płaszczy (chociaż np. kuzynki T. miały takie i w nich chodziły) i na swoje sari (na koszulkę a pod szal) ubierały zwykłe swetry. Do tego na nogi (do klapek japonek) skarpety w różnokolorowe wzorki. Duży zgrzyt, ale najwyraźniej tylko dla nas.
Kilka osób było w ortalionowych kurtkach i brudnych swetrach - ale to mogli być przypadkowi ludzie, którzy przechodząc obok hotelu zobaczyli wesele i wpadli się najeść.
Goście
Na weselu spotkałam dziewczynę, którą poznałam w Sztokholmie na urodzinach córki T. Ona - tak jak T. - była w Indiach na wakacjach, a że pochodzi z Jaipuru, to miała niedaleko i została zaproszona na przyjęcie. Zjawiła się więc z córką i swoimi rodzicami.
Nie dziwię się, że na weselach jest aż tylu gości, skoro zaproszenia swoim zasięgiem obejmują praktycznie wszystkich, z którymi rodzina młodych ma kontakt, plus rodziny tych znajomych.
Przed wyjazdem poszliśmy się jeszcze pożegnać z T. i dostaliśmy od niej bombonierkę (pudełko z kilkoma rodzajami ciastek i słodyczy) oraz "pisemne podziękowanie" w kopercie - wszyscy goście takie dostają. Kopertę otworzyliśmy dopiero w drodze do hotelu - okazało się, że w ramach podziękowania dostaliśmy banknot 500 rupii... jeszcze się nie zdążyłam dowiedzieć, skąd taki zwyczaj.
Całą imprezą byliśmy oczarowani - rozmachem, kolorami, strojami i jedzeniem. Było naprawdę bajkowo, jak w innym świecie. Po powrocie do domu miałam wrażenie, że to mi się śniło ;-)
Pojechaliśmy do Indii na zaproszenie T. - mieliśmy uczestniczyć w prawdziwym hinduskim weselu, jej młodszej siostry. Nie bardzo wiedzieliśmy, czego się spodziewać - dostaliśmy jedynie adres i godzinę, o której zaczyna się impreza.
Przylecieliśmy w nocy do Delhi, a już rankiem następnego dnia jechaliśmy taksówką do Jaipuru. Po kilku godzinach, gdy tylko rozpakowaliśmy nasze rzeczy w hotelu, zadzwoniłam do T., by dać jej znać, że już dotarliśmy i zapytać, czy możemy wpaść do niej, żeby się spotkać i poznać pannę młodą.
[Radżastański krajobraz - palmy, pustnia i skaliste góry]
[Kwitnący rzepak. W styczniu.]
Kierowca oczywiście miał problem ze znalezieniem adresu (tak jest zawsze, jeśli kierowca w danym miejscu nigdy wcześniej nie był, nawet jeśli pochodzi z tego samego miasta). Adres to na ogół nazwa dzielnicy i numer domu, a w takim Gurgaonie, który wciąż się rozbudowuje, numer sektora i działki; często przy adresach podawana jest informacja, w okolicy jakiego znanego miejsca się znajduje.
Daliśmy kierowcy numer telefonu T., więc dostał jakieś wyjaśnienia i udało nam się trafić na miejsce. Było to osiedle domków jednorodzinnych, chociaż bardziej by pasowało powiedzieć, że szeregowych, bo każdej kolejne dwa domy miały wspólną ścianę, tyle że każdy wyglądał trochę inaczej. Szukając numeru domu, w którym mieszka tato T., wjeżdżaliśmy w coraz węższe ulice. W końcu się udało!
U T. było co najmniej kilkanaście osób - jej tato, T. z mężem i córką, jej siostra, brat, kuzynki, kuzyni, ciocie, koleżanki i koledzy. Zostaliśmy poczęstowani lunchem - jedliśmy palcami wspomagając się łyżką, siedząc na materacu na podłodze (tato T. chciał nas zaprosić do stołu, ale T. powiedziała, że mamy się integrować i poznawać kulturę, więc jedliśmy w takich samych warunkach, jak reszta gości). Ludzi poznawaliśmy stopniowo - młodsi mówili po angielsku, starsi potrzebowali tłumacza, ale to nie problem, bo cały czas T. lub jej mąż byli z nami.
Panna młoda siedziała w swoim pokoju na łóżku otoczona kobietami z rodziny. Koleżanka malowała jej henną ręce - wzór sięgał ponad łokcie (później miała malowane również nogi, a wzór sięgał niemalże do kolan). Pozostałe osoby malowały się same. T. zapytała, czy ja też bym chciała mieć hennową ozdobę - oczywiście, że chciałam! Moją ręką zajęła się jedna z kuzynek T. Lokalne dziewczyny malowały sobie obie dłonie po wewnętrznej i zewnętrznej stronie, ale mi zrobiono wzorek tylko wewnątrz jednej ręki - w sumie to dobrze, bo wzór zmywał się ze mnie prawie dwa tygodnie, przy czym przez drugi tydzień moja ręka wyglądała na brudną... miała na sobie jaśniejsze i ciemniejsze brązowe smugi.
[Hennowy wzór świeżo po pomalowaniu]
[Hennowy wzór po wykruszeniu farby]
Nie wiem, ile trwało samo malowanie, ale gdy ono już było skończone, kazano mi trzymać napiętą skórę przez około godzinę. Po kolejnej godzinie wzór zaczął się wykruszać, jednak zalecane jest, by chronić skórę przed zamoczeniem przez kolejne kilka godzin (najlepiej malować wzór wieczorem, bo potem przez całą noc nie trzeba ręki myć, więc wzór się utrwala).
Jednym z motywów obecnych na wszystkich wzorach jest coś, co Marcin nazwał pierwotniakiem. Mi to przypomina włochatą łzę. Ten wzór był widoczny w mieszkaniu T. na narzucie (widać ją w tle na pierwszy zdjęciu) i w czasie wesela, jako element dekoracji. Jest to tradycyjny radżastański motyw - podobno bardzo stary, ulega różnym przekształceniom zależenie od mody, ale jego trzon pozostaje taki sam.
Na wesele (2 dni ceremonii) T. pożyczyła mi jeden swój strój i kupiła mi sukienkę. Marcin przywiózł garnitur, ale chciał również coś lokalnego. Wzięliśmy więc kierowcę, T. wypożyczyła nam swojego kuzyna i pojechaliśmy do sklepu z męskimi ubraniami. Po kurtę (a do tego spodnie, szal i odpowiednie buty). W czasie gdy Marcin przymierzał swój zestaw, rozmawiałam z tym kuzynem (wyglądał chłopak na jakieś 15 lat) o różnicach w ubraniach indyjskich i europejskich. Wspomniałam mu, że T. zorganizowała mi odpowiednie ubranie, bo to, co mam u siebie, nie bardzo się nadaje - praktycznie wszystkie sukienki sięgają mi do kolan. Kuzyn się uśmiechnął i powiedział, że oni też takie mają i nazywa się to kurta - to taka dłuższa tunika; z tego, co rozumiem może być zarówno damska jak i męska. Tłumaczę mu, że to trochę inaczej wygląda, a ponadto główną różnicą jest to, że my nie nosimy do tego spodni, pod sukienką są gołe nogi (nie zagłębiałam się w temat rajstop :P). Dobrze, że chwilę później Marcin wyszedł z przebieralni, bo kuzyn zaliczył opad szczęki i nie bardzo było wiadomo, jak tu płynnie zmienić temat.
Przyglądałam się później reklamom i programom telewizyjnym i nigdzie nie widziałam pani bez spodni lub sukienki sięgającej ziemi.
Z kuzynkami T. odbyłam jeszcze jedną ciekawą rozmowę o różnicach kulturowych. Pytały się mnie, w jakich godzinach pracuję i co robię po pracy. Musiałam je bardzo rozczarować mówiąc, że najczęściej siedzę przy komputerze, gram na konsoli albo oglądam programy w TV. Pytały się, czy nie piszę albo nie maluję - jakieś takie trochę abstrakcyjne dla mnie te artystyczne zajęcia, nie sądzę, żeby były aż tak bardzo popularne w Europie, jak się dziewczynom zdawało.
Jednocześnie kuzynki narzekały, że Hindusi są bardzo nastawieni na zarabianie pieniędzy, robienie kariery i często pracują dużo więcej niż te nasze 8 godzin. Nie mają więc czasu na hobby takie jak fotografia czy malarstwo. Ich wyobrażenie o zachodnim świecie jest takie, że u nas po pracy ludzie spędzają czas oddając się swoim artystycznym pasjom, bo zarobić na życie są w stanie w czasie swojej etatowej pracy i więcej o pieniądze nie muszą się martwić (tak to odebrałam).
A co po pracy robią Hindusi? O ile nie pracują, to spotykają się, rozmawiają przez komunikatory... nie jest to dla mnie zaskoczeniem - oni są naprawdę bardzo towarzyscy; mam wrażenie, że im ich więcej i im głośniej rozmawiają, tym są szczęśliwsi ;-)
W połowie lutego polecieliśmy do Indii. W samolocie przeważali Hindusi, przy czym było kilkoro takich w wieku emerytalnym. Panie się raczej nie odzywały, ale panowie rozmawiali z obsługą po angielsku. Chodzili po samolocie, jak wszyscy inni pasażerowie.
Jednak po wylądowaniu bardzo wiele tych osób usadowiło się na wózkach inwalidzkich i aż do samego wyjścia z lotniska miało swojego osobistego asystenta, który pchał wózek i pomagał przy wszystkich stanowiskach odpraw. Ja rozumiem, że ludzie niepełnosprawni podróżują samolotami, ale nigdy nie widziałam ich tylu w jednym locie.
Gdy dwa dni później spotkaliśmy się z T., otrzymaliśmy od niej dość proste wyjaśnienie tego, co zaobserwowaliśmy. Ludzie starsi najczęściej latają, by odwiedzić swoje dzieci mieszkające w innych częściach świata. Ponieważ lotniska, z których latają samoloty międzykontynentalne, są duże, łatwo się na nich zgubić - czy to w czasie przesiadki, czy po przylocie. W związku z tym, gdy dzieci kupują swoim rodzicom bilety, zgłaszają zapotrzebowanie na wózek inwalidzki. Usługa ta jest darmowa, a pozwala na niemartwienie się, którędy iść, dokąd się udać, jak rozmawiać z urzędnikami. Wystarczy wyjść z samolotu i usiąść na wózku. Proste! A jak ułatwia seniorom podróże i oszczędza im stresu :-)
T zaprosiła mnie na urodziny swojej córki. Na zaproszeniu podana była godzina - 16:30. Jako że nie byłam wcześniej w tej części miasta, gdzie mieszka T, wyjechałam z domu trochę wcześniej niż wynikało z rozkładu jazdy. W związku z tym musiałam później pospacerować trochę po okolicy, żeby przyjść na przyjęcie w miarę punktualnie.
16:27 - pukam, T otwiera mi drzwi. Grzecznie pytam, czy nie za wcześnie, a ona na to, że właśnie wychodzi się przebrać (impreza była w wynajętej parkowej świetlicy). Mogę pójść z nią albo posiedzieć z jej koleżanką.
- Ale co z gośćmi? - pytam naprawdę zdziwiona.
- Goście przyjdą później.
- Ale... zmieniliście plany? Na zaproszeniu było napisane 16:30...
Dowiedziałam się, że mąż T pojechał po córkę zabrać ją z innego przyjęcia i właśnie się przebierają w domu.
Co za dziwne przyjęcie - goście zaproszeni a ani gospodarzy ani solenizantki nie ma na miejscu o podanej godzinie.
Gdy pół godziny później zostawiłam T w jej domu, żeby mogła się przygotować, i poszłam z jej mężem i córką do świetlicy, zastaliśmy tam zaledwie 3 osoby (a zaproszenie przyjęło ponad 30)!
Wyjaśniono mi, że takie "spóźnienia" to rzecz naturalna w indyjskiej kulturze, i że gospodarze planowali odśpiewanie "sto lat" i tort na godzinę 18:00. Niestety również o tej godzinie jeszcze nie wszyscy byli obecni, więc T dzwoniła i sprawdzała, gdzie są spóźnialscy.
Dobrze, że gdy T nas odwiedzała, to spóźniła się jedynie niecałe pół godziny ;) Teraz wiem, że mogło być znacznie gorzej.
Hinduscy znajomi narzekają na produkcje hollywoodzkie. Na co konkretnie? Na brak piosenek! Odpowiednio długie wstawki taneczne są ważne, bo pozwalają na wyjście do toalety, zrobienie herbaty w domu czy kupienie napoju i popcornu w kinie.
Wydawało mi się, że te piosenki to dosyć istotna i widowiskowa część filmu, więc szkoda je przegapić. Dowiedziałam się jednak, że wszystkie te wstawki w formie teledysków można pooglądać w internecie przed czy po obejrzeniu filmu. Poza tym można ich też posłuchać na płycie, więc wyjście na herbatę nie powoduje większych strat.
Gdy ogląda się w kinie produkcję hollywoodzką, wszystkie potrzebne rzeczy trzeba kupić przed seansem, a każde wyjście do toalety skutkuje utratą fragmentu fabuły. Człowiek przyzwyczajony do przerw, musi się od nowa nauczyć oglądać filmu. I to go boli.
Czasem człowiekowi wydaje się, że wszędzie jest tak samo, jak u niego w domu... Przychodnie, sklepy, szkoła, autobusy miejskie... Jasne, że ludzie narzekają - na kolejki do przychodni, na ceny biletów autobusowych, na poziom nauczania - w jednych krajach bardziej, w innych mniej, ale generalnie zestaw dostępnych "usług" jest ten sam, ludzie mają takie same albo bardzo podobne możliwości do wyboru. I tu zostałam zaskoczona.
Od R dowiedziałam się, że w Bejrucie komunikację miejską ludzie wybierają tylko w ostateczności. Autobusy jeżdżą nieregularnie i są bardzo niebezpieczne. Ludzie jeżdżą na co dzień własnymi samochodami lub wybierają taksówki.
W Libanie nie ma też darmowej edukacji. Jeśli już ktoś zdecyduje się posłać dziecko do szkoły, może wybierać między szkołą angielską a francuską. I musi za nią zapłacić. W domu R mówi się po arabsku, do szkoły chodziła w systemie francuskim, a na studia przyjechała do Szwecji. Edukacyjny miks językowy :)
Fakt, że rodzice muszą płacić za nauczenie swoich dzieci takich podstaw jak czytanie i pisanie, wydaje mi się dziwny... Bardziej oczywiste jest to, że każdy ma prawo się tego nauczyć za darmo i że to państwu powinno zależeć na edukacji swoich obywateli. Wiem, że są kraje, gdzie tak nie jest, ale przypuszczałam, że to może gdzieś w środkowej Afryce.
Słyszałam już wcześniej, że chińscy rodzice bardzo dbają o edukację swoich dzieci. Dbają o to, żeby za dużo czasu nie spędzały na rozrywce tylko zdobywały nowe umiejętności i powiększały swoją wiedzę. Przypuszczam, że to ze względu na brak systemu emerytalnego i politykę jednego dziecka - ktoś będzie musiał tych rodziców na starość utrzymywać, więc lepiej, by miał dobrą i dochodową pracę.
Zaskoczyło mnie więc, gdy L powiedział, że ze względu na swoją kilkuletnią córkę nie będzie wracał do Chin przez co najmniej kilkanaście lat. Dzieci zaczynają tam edukację jako 5-6 latki i już wtedy dostają zadania domowe, nad którymi spędzają kilka godzin dziennie. Kilka lat później zadań domowych jest tyle, że odrabianie ich trwa do północy. A później wcale nie jest lepiej.
L twierdzi, że to wariactwo i nie chce, żeby jego córka przeżyła to, co on. Jedyne, czego żałuje, to to, że dzieciak nie nauczy się chińskiego na super poziomie - rozumienie ze słuchu i mówienie ogarnie (w domu posługują się tym językiem), ale pisanie i czytanie może być zbyt trudne. Szczególnie, gdy chodzi do angielskiego przedszkola i mieszka w szwedzkim środowisku.
Od T dowiedziałam się, że w Indiach też jest presja na dobre wykształcenie. Kilka lat temu rząd podjął walkę z analfabetyzmem i wprowadzono obowiązkową edukację podstawową. Wszystko ponad nią jest płatne. Mimo że college'e nie są darmowe, to i tak trudno się dostać do tych lepszych. Rodzice więc naciskają na dzieci, żeby jak najwięcej się uczyły, bo lepsze oceny to szansa na lepszą szkołę na kolejnym etapie.
Hindusi wierzą, że najlepsza pora na naukę to wczesny ranek. I nie mają na myśli 8 czy nawet 7 rano. Rodzice budzą swoje dzieci o godzinie 4 i sadzają je przy książkach!
Jeszcze kilkanaście lat temu na egzaminach końcowych maksymalny wynik osiągał jeden czy dwóch uczniów na szkołę. Teraz jest ich kilkunastu a nawet więcej. Rodzice naciskają coraz bardziej, widząc, że studia techniczne - szczególnie w IT - to duża szansa na dobrą pracę.
I to wszystko w czasie, gdy zarówno w Polsce jak i w Szwecji obniża się szkolne wymagania i zmniejsza zakres wiedzy do opanowania...
Nie tylko Polacy narzekają na swój rząd. Hindusi i Pakistańczycy cały czas podkreślają, że w ich krajach jest korupcja, władze są nieudolne, przez co każdy obywatel, jak tylko może, unika płacenia podatków.
Rozmawialiśmy dzisiaj o wczorajszym wybuchu w Bostonie. Usłyszałam, że władze USA są dobre dla swoich obywateli, bo grożą zamachowcom, czy wręcz atakują kraje, które stanowią potencjalne zagrożenie dla Amerykanów.
Tymczasem w Azji... po jednym z zamachów w Indiach, premier Indii nałożył sankcje na Pakistan. Zapowiedział... że nie zezwoli drużynie Pakistanu na udział w mistrzostwach krykieta, odbywających się na terenie Indii. Nawet Hindusi uważają, że to brzmi jak dowcip.
Nie każda hinduska dziewczyna może sobie przebić uszy, kiedy ma na to ochotę. I wcale nie chodzi o to, że ktoś z jej opiekunów musi się na to zgodzić. W niektórych rodzinach kultywowana jest tradycja, zgodnie z którą kolczyki mogą mieć tylko te dziewczyny, które mają brata.
T długo czekała na przekłucie uszu. Jej brat urodził się, kiedy miała 10 lat. Razem z młodszą siostrą przekłuły uszy i ubrały wyczekane kolczyki w 15 dniu jego życia. Widać, że było to ważne wydarzenie, skoro tak je pamięta.
Z tego, co zauważyłam, w hinduizmie wiele rzeczy robi się dla brata lub, później, dla męża. Na przykład zachowuje post w intencji jego dobrego zdrowia, długiego życia i powodzenia. W drugą stronę to nie działa. W tradycyjnym hinduskim domu (czyli mniej więcej do pokolenia urodzonego w latach '50) kobieta zajmowała się domem, a mężczyzna pracą zarobkową - w związku z czym jego zdrowie i jego sukces finansowy oznaczał dobre życie całej rodziny. Więc troska o męża leżała jak najbardziej w interesie żony.
Obecnie to się zmienia, bo kobiety się uczą i idą do pracy. A zachęcają je do tego najczęściej ich własne matki.
W ostatnich dniach polskie portale informacyjne przedstawiały czarne wizje obchodów nadchodzącego Dnia Niepodległości - mobilizacja sił policyjnych, możliwe starcia uczestników marszów...
Kilka dni temu koledzy zapytali mnie, czy mamy w najbliższym czasie jakieś święto w Polsce, czy tylko czekamy na Boże Narodzenie.
- 11. listopada mamy Dzień Niepodległości. - To w związku z końcem II wojny światowej, tak? - zapytał M, Pakistańczyk - Nie, Polska odzyskała niepodległość po I wojnie światowej. Wcześniej byliśmy podzieleni między Rosję, Niemcy i Austrię - przedstawiłam skrótowo fragment europejskiej historii. - Jak się u Was świętuje Dzień Niepodległości? - zapytała T. - Wiesz, ludzie się gromadzą, są takie marsze, jakby parady, strzelają czymś jakby fajerwerkami - trochę zabrakło mi odpowiednich słów, żeby nazwać dobrze te race, których używają manifestanci. - O, to jak podobnie jak u nas na Diwali! Też mamy takie jakby bomby i nawet trzeba ruch uliczny wstrzymywać, jak ktoś chce to odpalić. Osoba, która to robi, informuje ludzi, żeby się odsunęli na bezpieczną odległość, wstrzymuje ruch samochodów i... boom! - opowiedziała radośnie T, wspominając obchody Diwali w rodzinnych stronach. - Ale u was nie strzelają tymi fajerwerkami w siebie nawzajem? - upewniłam się. - A też jest tak dużo policji, ludzie rzucają w siebie płytami chodnikowymi i się biją?? - .... eee...nie.... Diwali to bardzo radosne święto - odpowiedziała niepewnie T.
Rodacy, mam nadzieję, że Dzień Niepodległości mija Wam spokojnie i radośnie :-) My siedzimy w domu i usiłujemy wyzdrowieć przed nadchodzącym tygodniem pracy.
Ekipa w firmie się rozrosła, przestaliśmy się mieścić w jednym pokoju i QA ma teraz swój - niewielki, na maksymalnie 5 osób, ale za to z ładnym widokiem i balkonem! :)
Mamy teraz "damski pokój" - poza mną jest w nim jeszcze studentka z Chin, przychodząca do biura tak rzadko, że nawet nie pamiętam, kiedy była u nas ostatnio (część pracy wykonuje na uczelni) i nowa koleżanka T, z Indii.
T będzie mi pomagać w testach manualnych. Ja po urlopie próbuję się jakoś ogarnąć, a T stara się mnie nie zagadywać ;) Ale raz się wciągnęłam w rozmowę. I dowiedziałam się ciekawej rzeczy o herbacie.
Je herbatę zaparzam najczęściej za pomocą ekspresowych torebek, formy liściastej używam dosyć rzadko. Ale niezależnie od używanej postaci zawsze biorę kubek, wkładam do niego herbatę i zalewam wrzątkiem (albo gorącą wodą). Czekam chwilę i zaczynam pić. Jak herbata jest mocna - tak jak Twinings - to czasem uzupełniam ją wrzątkiem, gdy zostaje pół kubka. I nie wyjmuję torebki. Q, jeden z Chińczyków, pije herbatę zieloną zaparzając te same liście dwa razy, przy czym po pierwszym zaparzeniu wylewa herbaciany płyn twierdząc, że zawiera on szkodliwe substancje.
T opowiedziała mi o tradycyjnej metodzie parzenia herbaty w Indiach. Metoda jest prosta, ale jakoś sama na to wcześniej nie wpadłam ;) Najpierw należy zagotować wodę. Następnie do gotującej się wody wsypuje się herbatę. I gotuje przez około 2 minuty. Później dodaje się przyprawy - takie jak imbir, który jest w Indiach tak popularnym dodatkiem do herbaty jak cytryna w Polsce - i gotuje kolejne 2 minuty, żeby wydobyć z przypraw aromat. Do takiej herbaty, tuż przed podaniem, dodaje się cukier i mleko.
Hindusi piją bardzo mocne herbaty. Z jednej torebki Twiningsa ja mam dwa kubki smakującej mi herbaty. Z tej samej torebki T robi 1/3 kubka (A, który był na delegacji w naszym biurze, gdy ja zaczynałam tu pracę, używał 3-4 torebek takiej herbaty na mniej więcej pół kubka wody!) i uważa, że smak i moc są całkiem w porządku jak ma herbatę z torebki :) Jak jej powiedziałam o mojej wersji, to stwierdziła, że w Indiach osoba pijąca herbatę w taki sposób jak ja, uznana by była za bardzo biedną, bo nie mogącą sobie pozwolić na herbatę (gdyby mnie było stać, to przecież bym jej aż tak nie rozcieńczała!). Kolejna rzecz świadcząca na moją niekorzyść to niesłodzenie herbaty. Pytałam T, czy herbatę w Indiach zawsze i każdy pije słodką. Usłyszałam, że diabetycy nie słodzą ;)
Tydzień temu w pracy pojawił się nowy człowiek, P - programista, Szwed, 30-kilku latek. Widać, że ma doświadczenie w pracy i nieźle sobie radzi od pierwszego dnia. Ale ja nie o tym...
Ciekawe jest obserwowanie dyskusji na dowolny temat, zaczynający się od "a w naszym kraju..." między ludźmi pochodzącymi z całkiem innych kultur. Nie pamiętam, od czego rozmowa się zaczęła, ale w pewnym momencie pojawił się temat kin:
N: My w Indiach mamy w kinach osobne kolejki do kas dla pań i dla panów. Dla pań są na ogół krótsze, więc warto chodzić do kina z dziewczyną, żeby to ona kupiła bilety.
P: Ale dlaczego? Przecież to jest jawna dyskryminacja!
S: To nie chodzi o dyskryminację kobiet, tylko o zapewnienie im bezpieczeństwa.
P: Ale to jest dyskryminacja mężczyzn! Dlaczego ja, jako facet, mam stać w tej, nie dość że dłuższej, to jeszcze mniej bezpiecznej kolejce? I co jeśli przyjdę do kina z partnerem? Nie będziemy mogli skorzystać z tej krótszej kolejki, z której mogą korzystać panowie przychodzący ze swoimi dziewczynami.
P prawdopodobnie nie wiedział, że homoseksualne kontakty przestały być w Indiach przestępstwem dopiero kilka lat temu. Zarówno S jak i N pominęli to ostatnie pytanie milczeniem.
P jednak nie dawał za wygraną: Czy naprawdę w Indiach żyją aż tak niecywilizowani ludzie, że trzeba ich prawnie rozdzielać, żeby sobie krzywdy nie zrobili? Ostatnie przypadki takiej jawnej segregacji, o których wiem, miały miejsce w USA, a dotyczyły podziału ze względu na kolor skóry. Myślałem, że już się tak nigdzie nie dzieje. Nic takiego nie ma przecież miejsca w zachodnim świecie! Poza tym, dlaczego niby mężczyźni mają stanowić większe zagrożenie dla kobiet?
Dla mnie odpowiedź była oczywista - bo są silniejsi. I takie "prawo silniejszego" było bardzo dobrze widać, gdy rozdawano darmowe wejściówki na treningi w czasie Euro 2012. W Polsce - w cywilizowanym zachodnim świecie. P stwierdził, że to przecież byli huligani i nie powinnam ich stawiać na równi ze zwykłymi mężczyznami. Mnie się wydaje, że to "normalne", że mężczyźni są silniejsi i że czasami faktycznie byłoby bezpieczniej, gdyby ktoś odseparował od siebie te dwie grupy.
P jako przykład złej separacji podał imigrantów w Szwecji. Wskazywał, że są takie dzielnice, czy osiedla, gdzie dominują imigranci z jednego kraju. Wówczas tworzy się taka bańka - ludzie rozmawiają tylko ze swoimi ziomkami (bo mogą do tego używać swojego języka, a nie obcego), mają swoje sklepy, dominują na placach zabaw... i rośnie kolejne pokolenie wychowywane w Szwecji, ale jakby jednak w innym kraju, ojczyźnie ich rodziców. Żeby temu zapobiec, rząd stara się rozbijać takie enklawy, zmuszać ludzi do nauki języka. Wtedy nie ma takiej bariery, Szwedzi i imigranci nie stają na wrogich stanowiskach, tylko współpracują - bo spotykają się na co dzień, mówią tym samym językiem i odprowadzają dzieci do tego samego przedszkola. Dlatego P uważa, że taka separacja kobiet i mężczyzn może prowadzić do większych problemów w przyszłości.
N i S jednak zgodnie stwierdzili, że na razie spora część społeczeństwa jest na niższym stopniu rozwoju cywilizacyjnego, w związku z tym czasowo trzeba stosować rozwiązania prawne i "mechaniczne". Ale resztę załatwi edukacja i w przyszłości taka przymusowa separacja nie będzie już konieczna. Tylko na to potrzeba czasu.
Jeśli chodzi o równouprawnienie, to w indyjskich autobusach połowa miejsc jest przeznaczona specjalnie dla pań, a połowa dla panów. Miejsca są oznaczone tak samo jak miejsca dla osób starszych czy niepełnosprawnych w naszych autobusach i kierują nimi podobne zasady - usiąść na takim miejscu może każdy, ale powinien ustąpić miejsca osobie, dla której ono jest przeznaczone, jeśli się taka osoba pojawi.
Na pocieszenie N dodał, że takie osobne kolejki to specyfika miejsc o mniejszym bezpieczeństwie. Na przykład w bankach kolejka jest jedna, wspólna, niezależna od płci. A jeśli chodzi o kino, to każdy może kupić bilet na miejsce, które chce, więc Hindusi siedzą wymieszani i na sali kinowej podział na płcie wcale nie obowiązuje. O!
Lunch to bardzo dobra pora na poznawanie innych kultur. Ostatnio rozmawialiśmy o mieszkaniach - S mieszka ze znajomymi, którzy mówią w jego języku, a N wynajmuje pokój w mieszkaniu studenckim. Zapytałam, co z M, którego akurat nie było z nami, czy on też jeszcze mieszka w studenckim czy wynajmuje coś ze swoimi znajomymi. W odpowiedzi usłyszałam, że M wynajął niedawno sam całe mieszkanie, ponieważ będzie brał ślub. Zdziwiłam się, bo nigdy nie słyszałam, żeby M chociaż słowem się zająknął o jakiejś dziewczynie. Ale koledzy szybko mi wyjaśnili wszelkie wątpliwości. S i N wiedzą, jak się organizuje małżeństwa w Pakistanie, skąd pochodzi M, bo mieszkają w sąsiednich Indiach i u nich przebiega to mniej więcej tak samo.
Gdy chłopak się usamodzielnia i jego rodzice uważają, że już czas na zakładanie rodziny, pytają syna, czy on też tak uważa. Jeśli tak, to rodzice szukają mu odpowiedniej kandydatki. Chłopaki powiedzieli, że rodzice wysyłają im coś w rodzaju CV z dużą ilością zdjęć, a oni mogą wybierać. Wiadomo, że rodzice będą chcieli dla nich jak najlepiej, więc kandydatki będą sprawdzone. Gdy dziewczyna zostanie wybrana, przyszłą młodą parę czeka jeszcze kilka spotkań (N mówił, że na ogół jest ich 4 lub 5). S porównał całe to "wybieranie żony" do korzystania przez nas, Europejczyków, z portali randkowych.
Nie wiem jak w Pakistanie, ale w Indiach jednym z czynników mających wpływ na wybór żony jest sprawdzenie horoskopów (czy czegoś w tym stylu - ważna jest data urodzenia, układ planet i inne takie rzeczy) młodych ludzi. W tym celu rodzice udają się do wróżbiarzy - moi koledzy, mimo że podśmiewali się trochę z tego pomysłu i mówili, że podejrzewają lekkie naciąganie ludzi przez wróżbiarzy, to jednak nie sprzeciwiają się takiej formie weryfikacji przyszłej kandydatki na żonę.
Ale miało być o mieszkaniach w Szwecji. Więc tak: N wynajmuje pokój w mieszkaniu studenckim, ale nie jest "pierwszym" wynajmującym, tylko odnajmuje go od innej osoby, która na razie tam nie mieszka, ale która oficjalnie zajmuje ten pokój. Problem jest taki, że w mieszkaniach studenckich ilość osób zajmujących pokój jest odgórnie ograniczona (przez wynajmującego, czyli gminę). Tak więc N nie może nigdzie podawać swojego adresu, ponieważ jest on już zajęty przez osobę oficjalnie wynajmującą. A adres jest mu niezbędny do złożenia jakiegoś wniosku w biurze migracyjnym. Zastanawiał się nawet, czy nie może podać adresu naszego biura, ale okazało się, że biuro nie ma swojego numeru lokalu, więc nie może być używane w takim celu (tak przynajmniej wyjaśniał to E - z naszego działu HR). Na szczęście M, który wynajmuje całe niestudenckie mieszkanie, więc może użyczać adresu ilu osobom zechce, zgodził się, żeby N z niego skorzystał :)