Poszukiwanie naszej wypożyczalni samochodów okazało się niełatwe - znaleźliśmy dwie inne, ale naszej ani śladu. W końcu udaliśmy się po pomoc do konkurencji (pozdrawiam panów z Enterprise!) - a oni nie tyle wskazali nam drogę, co zawieźli nas na miejsce. Niesamowicie miłe :)
Wzięliśmy najmniejszą brykę z automatyczną skrzynią - Hyundai i10 z silnikiem 1.4 (co jest o tyle warte wspomnienia, że później przy każdej górce bardzo mu musieliśmy kibicować ;-)). Nasza walizka nie zmieściła się w bagażniku, na szczęście na tylnej kanapie było na nią wystarczająco dużo miejsca.
[My w ruchu lewostronnym]
Jazda z kierownicą po prawej stronie okazała się mało problematyczna - więcej zamieszania wprowadzały inne rozmiary samochodu. Na szczęście ronda w miastach są ładnie wyprofilowane (droga nie wchodzi w rondo prosto, tylko po niewielkim łuku), więc nie jest tak łatwo wjechać pod prąd.
Spodziewaliśmy się zobaczyć w Aberdeen coś ciekawego. To coś było bliżej niesprecyzowane, ale wyraźnie na jego obecność wskazywało obłożenie hoteli oraz ich ceny (prawie 2x wyższe niż w innych miastach, które planowaliśmy odwiedzić).
Po spacerze przez miasto jednogłośnie stwierdziliśmy, że Aberdeen jest brzydkie. Ogródki przez domami są zarośnięte, jest trochę wysokich bloków, a kamienne domy w centrum stoją w bliskim sąsiedztwie kilku(nasto)piętrowych biurowców w stylu lat '80.
[Centrum Aberdeen - Provost Stene's House i jego otoczenie]
Jedynym spójnym i ładnym miejscem, które udało nam się zobaczyć, był kampus uniwersytecki. Uroku - poza stylem zabudowy - dodawała mu obecność absolwentów w togach i ich odświętnie ubranych gości.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz