Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wakacje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wakacje. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 12 marca 2023

Powrót z Ålandii

Kolejnym etapem podróży miał być powrót do Szwecji, na nocleg planowaliśmy zatrzymać się w Öregrund.

Gdy przekraczaliśmy TSS płynęliśmy na żaglu wspomagając się silnikiem i znajdowaliśmy się na kursie kolizyjnym z dużym statkiem transportowym. Nie chcąc zmieniać kursu zmniejszyliśmy prędkość tak, żeby statek przepłynął przed nami, ale ta zmiana nie była zbyt widoczna. Żeby więc upewnić załogę statku, że wiemy, że to oni mają pierwszeństwo, Marcin zadzwonił do nich na VHFie (ja wciąż nie zrobiłam uprawnień). Ale była radość, jak na radiu potwierdzili, że dostali wiadomość! Pierwszy raz użyliśmy radia do czegoś innego niż słuchanie komunikatów czy rozmowa ze znajomymi.

Wciąż będąc na TSSie usłyszeliśmy, że nasz silnik zaczął działać inaczej, jakby mu obroty spadły. Podniosłam klapę do silnika, użyłam kilka razy ręcznej pompki do odpowietrzania i wydawało się, że wszystko jest w porządku, silnik dalej pracował, więc dość szybko zapomnieliśmy o problemie.

W marinie w Öregrund nie było wolnych miejsc. Był wakacyjny weekend, trwał jakiś festiwal i wszędzie było pełno ludzi i łódek. Próbowaliśmy wpłynąć w jakieś wolne miejsce między motorówkami, ale było zbyt ciasne. Gdy się wycofywaliśmy, robiliśmy to zbyt wolno i łódka straciła sterowność. Siedziałam na dziobie patrząc czy uda nam się minąć dwa trzystukonne silniki czy jednak w nie zahaczymy... na szczęście udało się wypłynąć z Öregrund bez strat. Byliśmy jednak zmęczeni, a do najbliższej mariny były 2 godziny drogi.

Mniej więcej po 1,5h, gdy słońce zaczynało zachodzić, stanął nam silnik. Wypompowywanie powietrza ręczną pompką nie dawało żadnego efektu. Zadzwoniłam po pomoc do Sjöräddning, które stacjonowało w  Öregrund. Ratownicy upewnili się, że u nas na pokładzie są tylko dorośli, nikt nie panikuje i nie ma zagrożenia życia, po czym powiedzieli, że będą mniej więcej za godzinę. Poprosili też o rzucenie kotwicy, żebyśmy nie oddryfowali w stronę kamieni, które mogłyby uszkodzić łódkę. To był pierwszy raz, kiedy użyłam kotwicy. Skutecznie!

[W oczekiwaniu na pomoc]

Ratownicy przypłynęli i odholowali nas do portu - dobrze, że ktoś z parkującego w marinie kampera przyszedł i pomógł nam przybić do brzegu. Ponieważ płacę co miesiąc składki członkowskie w Sjöräddningssällskapet za pomoc nie zapłaciliśmy nic.

Był weekend, więc następnego dnia zamiast od razu szukać mechanika od rana sami zabraliśmy się za szukanie przyczyny usterki. Wymieniliśmy filtry, sprawdziliśmy przewody paliwowe i ich łączenia, odpowietrzyliśmy układ paliwowy a i tak wciąż wydawało się, że silnik nie działa tak jak powinien - chociaż testowaliśmy go tylko w miejscu, nie chcieliśmy ryzykować wypłynięcia z portu.

Ludzie z naszej grupy wyprawowej dzwonili do nas spytać, czy dotarliśmy już do domu, więc opowiedzieliśmy im o problemach z silnikiem. Dowiedzieliśmy się też kiedy kto z grupy będzie przepływał w okolicy, w razie gdybyśmy potrzebowali pomocy. Miłe to było.

Pamiętając jakim problemem było znalezienie mechanika w okolicy naszego domowego portu, założyliśmy że łódka może pozostać w obecnym miejscu nawet do końca wakacji, czyli jakieś 2-3 tygodnie. Dobrze jednak, że byliśmy już w Szwecji i "niedaleko" domu. Zdecydowaliśmy, że ja zostanę na łódce i będę szukać mechanika a w tym czasie Marcin pojedzie transportem publicznym po samochód.

Transport publiczny oznaczał ponad godzinny spacer na przystanek autobusowy, a potem jazdę autobusem, pociągiem i jeszcze jednym autobusem zakończoną niedługi spacerem. Wszystko to miało zająć - o ile dobrze pamiętam - około 5 godzin ze względu na wakacyjny rozkład jazdy autobusów. Ponadto już o 6:30 trzeba było być gotowym do drogi.

[Okolice mariny, Ängskär]

[Punkt orientacyjny]

[Okolice mariny, Ängskär]

Niespodziewanie szybko udało się znaleźć mechanika. O 8 rano odebrał telefon i powiedział, że może przyjechać już za godzinę! Zaskoczyło mnie, że wchodząc z pokładu do środka łódki ściągnął buty.

Byłam bardzo ciekawa, co przegapiliśmy, więc patrzyłam dokładnie na to, co mechanik robi i sprawdza i generalnie robił to samo, co my dzień wcześniej. Aż do ostatniego punktu odpowietrzania - okazało się, że instrukcja do silnika mówi, żeby odpowietrzać go ręczną pompką, ale nie jest to najwyższy punkt w systemie paliwowym. Powietrze zebrało się przy wtryskiwaczach (i w podręcznikach dla mechaników ta opcja jest opisana - wiem, bo od tego czasu sprawdziłam dwa różne). Po odpowietrzeniu silnik pochodził bez problemów jakieś 20 minut, wciąż przy nabrzeżu, ale nie na luzie tylko na wstecznym biegu, i na tym się skończyła wizyta mechanika.

[Zaznaczone miejsca ostatecznego odpowietrzania]

A wieczorem do mariny wrócił Marcin, samochodem. Mieliśmy więc sprawny samochód i sprawną łódkę, w miejscu z kiepską komunikacją publiczną. Zdecydowaliśmy się następnego dnia podzielić - Marcin sam wracał łódką do naszego portu domowego, a ja wróciłam samochodem.

[Marcin odpływa]

Jak się rozstawaliśmy Marcin wyjął z grabbaga mój paszport i mi go oddał mówiąc, że jak coś się stanie i ratownicy znajdą torbę, to będą wiedzieli, że mają szukać tylko jednej osoby. Trochę strasznie to zabrzmiało. Ale będąc na łódce człowiek jest trochę bardziej przygotowany niż podróżując samochodem, na przykład listę z telefonami alarmowymi mamy zawsze położoną przy sterze, z zaznaczonymi najbliższymi stacjami ratowniczymi. Nawet sprawdzaliśmy, gdzie idzie granica między stacjami, żeby wiedzieć z którego miejsca do której stacji dzwonić.

Wszystko na łódce przygotowaliśmy tak, żeby wygodnie było prowadzić ją jednoosobowo. Było gotowe jedzenie i picie. Tylko drzwi nie zostały zamknięte... W zatoce przy Gävle podobno często warunki są nienajlepsze i tak było również tym razem. Na dużych falach łódką bardzo bujało, więc przygotowana do picia woda stoczyła się do środka łódki przez niezamknięte drzwi. Na dużych falach autopilot niezbyt dobrze się spisuje, więc trzeba było cały czas trzymać ster i nie było jak zejść do środka, żeby poszukać wodę do picia.

Przez cały dzień sprawdzałam pozycję łódki na mapie i jak łódka pojawiła się w okolicy naszego portu to pojechałam tam, żeby pomóc ją zacumować.

Te wakacje były pełne przygód, ale wspaniale było być w domu we własnym łóżku, nawet jeśli jeszcze przez kilka nocy czułam bujanie.

niedziela, 5 lutego 2023

Ålandia - Mariehamn

 Mariehamn to główne - i w sumie jedyne - miasto na Ålandii, cel wakacyjnych wyjazdów z dwoma portami dla małych łódek i portem dla promów wycieczkowych.

Reszta naszej grupy wolała popłynąć na jakąś mniejszą wyspę i spędzić tam czas blisko natury. Nas natomiast interesowało miasto, w którym jeszcze nigdy nie byliśmy, więc po raz kolejny oddzieliliśmy się od grupy.

Porty dla małych łódek znajdują się po obu stronach półwyspu, na którym leży miasto, więc płynąc do Mariehamn musieliśmy wybrać, w który port celujemy. Wybraliśmy ten po wschodniej stronie, bo wydawał się być trochę dalej od centrum miasta, co dawało większą szansę na wolne miejsca.

Nasza trasa pokrywała się miejscami z trasami promów wycieczkowych, o czym nie wiedzieliśmy. Te trasy są zaznaczone na mapach, ale nie zwróciliśmy na to uwagi. Dopiero płynąc zobaczyliśmy, że duży prom płynie w naszym kierunku, a ja - obawiając się, jak dużą falę on zrobi - wpłynęłam łódką do pierwszej zatoki, żeby tam poczekać aż nas minie. Obawy okazały się bezpodstawne, gdyż statek zrobił fale takie, jak zwykle robią małe motorówki. Z kolejnymi promami mijaliśmy się więc już trzymając kurs.


Mariehamn jest miastem turystycznym. Jest tam deptak, miejsce, gdzie odbywają się festiwale, trochę restauracji. Zaskoczyło mnie jednak, że nie było tam tłumu turystów, mimo że był to czas wakacji. I nie było ciągu straganów, które kojarzą mi się z polskimi miejscowościami nadmorskimi.

[W porcie wschodnim w Mariehamn, ÅSS]

[Przed szkołą]

[Pommern, obecnie muzeum]

[Majstång]

[Portowa rzeźba, foka]

poniedziałek, 9 stycznia 2023

Ålandia - Sottunga

W drodze do Sottungi mijaliśmy się z innymi łódkami z naszej grupy kilka razy. Gdy wiatr był dobry, inni wyprzedzali nas, ale gdy płynęliśmy między wyspami dokładnie pod wiatr, to my wyprzedzaliśmy innych. 

Na miejsce dotarliśmy różnymi trasami, ale mniej więcej w tym samym czasie. Okazało się jednak, że nie ma miejsc w porcie. Ludzie z naszej grupy zaparkowali na kotwicy po zewnętrznej stronie falochronu i poszli porozmawiać z obsługą portu.

Gospodarz portu poprzesuwał ręcznie kilka łódek robiąc miejsce dla dwóch z naszej grupy, nas zaparkował przy nieczynnym dystrybutorze i do nas documował kolejną łódka z naszej grupy. Za nami na kotwicy zmieściła się jeszcze jedna łódka z naszej grupy i jakaś "obca", która dopłynęła później. Istny tetris! Ale wszyscy szukający portu na noc znaleźli tu miejsce.

Wieczór był słoneczny, a gdy całkiem ucichł wiatr ludzie zaczęli pływać między łódkami; jakieś dzieci z innych łódek skakały z wieży do skoków (nikt pod nią nie parkował). Nasza grupa umówiła się na wieczorną imprezę - najpierw upiekliśmy kiełbasy i mięso ma grillu, a potem na dwóch sąsiadujących łódkach z naszej grupy jedliśmy. My mieliśmy po prostu kiełbasę i musztardę, ale inni - bardziej doświadczeni w spędzeniu wakacji na łódce - mieli normalny obiad, czyli do grillowanego mięsa ugotowali ziemniaki i zrobili surówkę.

[Impreza na łódce]

Po obiedzie było jeszcze imieninowe ciasto i kawa! Ciasto było niespodzianką i jedna pani piekła je w trakcie rejsu. Śmieszna sprawa, bo w czasie pieczenia skończył się gaz w butli, ale że pływanie między wyspami wiąże się ze zmiennym wiatrem, to mąż pani, która ciasto piekła, nie mógł jej wymienić butli, więc takie wpół upieczone czekało na kontynuację pieczenia już w porcie. Wyszło dobre!

Poza restauracją w porcie były również budki/stoiska z jedzeniem. Kupiliśmy tam wędzoną rybę tak dobrą, że zjedliśmy ją jeszcze przed obiadem więc wzięliśmy od razu drugą na śniadanie.

[Stoisko z wędzonymi rybami]

Tylko my zbieraliśmy się już w kierunku domu, reszta grupy wybierała się do naturhamnu ("dzikiego" portu, bez infrastruktury ale i bez opłat, często bez innych ludzi), więc gdy następnego dnia rano chcieliśmy wypłynąć mając przed sobą dłuższą trasę niż pozostali, inne łódki wciąż stały w porcie i my nie tyle wypłynęliśmy z portu, co nas linami wysunięto w miejsce, gdzie już nie było ryzyka uderzenia
w inną łódkę przy manewrowaniu.

[Widok na część portu w Sottunga i budynek z restauracją]

[Kościół w Sottunga]

[Widok z Sottunga]


Strona portu w Sottunga: https://sottungagasthamn.fi/

środa, 21 września 2022

Ålandia - Lappo

Z naszą grupą spotkaliśmy się ponownie w Lappo. Ten port był znacznie większy niż poprzednie; była tam restauracja, pralnia, sklep spożywczy, a nawet można było wypożyczyć rowery.

[Port w Lappo]

W porcie była informacja o kilkukilometrowym szlaku spacerowym po wyspie, wyznaczonym przez białe kamienie. Poszliśmy całą grupą i w czasie spaceru widzieliśmy dwie rzeczy bardzo, według mnie, specyficzne dla Ålandii: stanowiska do disc golfa i wielkiego majstånga.

Miejsca do grania w disc golfa są na Ålandii dosłownie wszędzie. I widzieliśmy ludzi, którzy wychodzili z łódek z zestawem swoim dysków do rzucania. Nie znam zasad tej gry, więc nie rozumiem dlaczego nie wystarczy jeden dysk. Ale jak tylko gdzieś przy ścieżce widać było prostokąt pokryty sztuczną trawą, to oznaczało, że gdzieś w okolicy będzie łańcuchowy kosz do gry.

Majstångi są to dekorowane kwiatami słupy, które stawia się z okazji Midsommar (Nocy Świętojańskiej). Jakiś czas po obchodach, słup się rozbiera - mniej więcej tak jak choinkę po Bożym Narodzeniu. Na Ålandii jednak, słupy te stoją przez cały rok. Ponadto mają po 10-20 metrów wysokości i czasem poza kwiatami w ramach dekoracji używane są małe modele łódek.

[Majstång na Ålandii]

[Na spacerze]

[Widok na port]

Tuż obok naszej łódki zaparkowały wieczorem dwie polskie - z obozem młodzieżowym. Chwilę z nimi pogadaliśmy i dowiedzieliśmy się, że gdy kilka dni wcześniej płynęli z Polski do Finlandii wiatr ich bardzo spychał w stronę Rosji, więc gdy my walczyliśmy z falami płynąc do Finlandii, oni starali się nie dać zepchnąć na wschód. W czasie rozmowy okazało się też jak bardzo nie znamy terminów żeglarskich po polsku 😅


wtorek, 23 sierpnia 2022

Ålandia - Jurmo

Na Jurmo mieliśmy spotkać się z resztą ludzi z naszej grupy. Niestety przy Isokari, gdzie nocowali, bardzo mocno wiało, więc zdecydowali się zostać tam jeszcze jeden dzień. Nasza droga z Uusikaupunki do Jurmo była bardziej osłonięta, więc my wyruszyliśmy w drogę.

[Białe kammiene wieże jako punkty orientacyjne]

[Mijany statek]

Wiatr był słaby, a do tego trochę fal prosto w dziub, więc trochę bujało i chlapało przez całą drogę. W książce z informacjami o portach pisało, że ten w Jurmo jest wystawiony na południowy wiatr. My popatrzyliśmy na mapę i stwierdziliśmy, że to chyba nie jest jakiś duży problem, bo wokół jest gęsto od wysp, więc nie powinno być źle. A trzeba było zaufać doświadczeniu autorów przewodnika zamiast zdawać się na swoje przeczucia! Łódkę przycumowaliśmy przy betonowym nabrzeżu i, jak zwykle, przyczepiliśmy fendery. Niestety, nocą wiatr tak nami bujał, że fendery wyskakiwały ze swoich miejsc między łódką a nabrzeżem i łódka tarła o beton - na szczęście tylko gumowym brzegiem, ale było to baaaardzo głośne. Kilka razy w nocy chodziliśmy obniżać i wciskać fendery na ich miejsce, ale to pomagało tylko na chwilę.

[Zacumowani na noc]

[Kolacja - pulpety z puszki i ziemniaki z proszku]

[Lokalny prom]

Gdy wieje, nawet nie szczególnie mocno, różne elementy łódki wydają dźwięki. Fale chlupiąco uderzają o ściany, które są zaraz koło twojej głowy. Fendery - o ile nie mają materiałowych pokrowców - skrzypią. Naciągnięte liny wydają dźwięki jak w instrumentach strunowych, a te nienaciągnięte obijają się o twarde elementy łódki. Każdy musi wypracować sobie system uciszania elementów jego łódki, bo to przeszkadza nie tylko jemu ale też sąsiednim łódkom.

Na Jurmo są hodowane szkockie długowłose krowy, z których mięso można kupić w lokalnym sklepie. Niestety żywe krowy widzieliśmy tylko z daleka.

Poza dużą ilością zieleni na wyspie jest też mały sklep z mini restauracją, hostel, kilka domów i przystań dla lokalnych promów.

[Plan wyspy]

[Sklep z rękodziełem]

[Droga na plażę]

[Strach na turystów]

[Spacer po wyspie]
    

Informacje o Jurmo

poniedziałek, 8 sierpnia 2022

Żaglówką do Finlandii

Gdy zimą rozmawialiśmy o letnich wakacjach, wiedzieliśmy już, że będziemy chcieli je spędzić na łódce. Patrzyliśmy na różne trasy, ale głównie na takie, gdzie można by było popływać od portu do portu, niezbyt długie odcinki. Opcja odwiedzenia Ålandii wydawała mi się nieco szalona, ale braliśmy ją pod uwagę w wersji 'popłyńmy do miasta Mariehamn, a jak będzie nam dobrze szło, to może dopłyniemy do Finlandii'.

Archipelag Ålandii to wyspy położone między stolicą Szwecji i Finlandii. Oddzielają morze Botnickie od Bałtyku. Formalnie jest to część Finlandii, ale ma swoją flagę i wszyscy mówią tam po szwedzku (poza tym, że mówią też po fińsku; w kontynentalnej Finlandii oba języki są urzędowe, ale moje doświadczenie jest takie, że łatwiej porozumieć się tam po angielsku niż po szwedzku).

W czasie wiosennych porządków w naszym klubie łódkowym rozmawialiśmy ze Stefanem, który chciał zorganizować grupową klubową wyprawę do Finlandii i Ålandii. Mnie ta opcja trochę przerażała - bo przecież do tej pory pływaliśmy tak, że zawsze ląd było widać, były inne łódki w okolicy, a teraz mielibyśmy płynąć po otwartym morzu, na dodatek nocą! Niemniej towarzystwo doświadczonych ludzi trochę mnie uspokajało i pozwoliło poczuć, że będziemy mieli wsparcie, więc będzie łatwiej; nawet jeśli o czymś sami nie pomyślimy, to inni zwrócą na to uwagę. Dobra okazja, żeby się czegoś nauczyć. Tak dołączyliśmy do grupy.

Im bliżej wyjazdu, tym bardziej intensywne były przygotowania - kupiliśmy stroje na deszcz i niską temperaturę, SUPa zamiast pontonu (wydawał się mniej problematyczny w trzymaniu na łódce, w praktyce okazało się, że w jedynym miejscu, gdzie się u nas mieści, blokuje widok i przejście z jednej strony łódki), zapasowe szekle, linę i grab baga (torbę do ewakuacji, w której znalazły się m.in. nóż, paszporty, krem z filtrem, czekolada i żyłka z haczykami do łowienia ryb). Pierwszy tydzień urlopy spędziliśmy jeżdżąc po sklepach przygotowując się do wyjazdu. Wcześniej, bo 3 tygodnie przed wyjazdem, zamówiliśmy mapy - trzeba było je sprowadzać z Finlandii, przy czym sklepy z mapami miały jedynie fińską wersję językową bez opcji zmiany języka chociażby na angielski. Papierowe mapy (elektroniczne mieliśmy - zarówno na nawigacji na łódce jak i w aplikacji na telefonach) przyszły w ostatniej chwili, odbieraliśmy je rano w dzień wyjazdu - poczta jest na stacji benzynowej, która otwiera się 1.5h przed otwarciem poczty, ale pani z obsługi zrozumiała sytuację i wydała nam paczkę wcześniej.

To, że nasza łódka będzie najwolniejsza, było wiadomo od początku. Motorożaglówki nie są specjalnie dobre ani jako żaglówki ani jako motorówki. Maksymalna prędkość, jaką my możemy osiągać to 6 węzłów; żaglówki innych uczestników mogą pływać po 8-9 węzłów. Po kilku godzinach od wystartowania z naszego portu straciliśmy wszystkich uczestników nie tylko z zasięgu wzroku, ale nawet z zasięgu radia. Wcześniej mogliśmy słyszeć, jak próbowali zrobić kawę, ale za mocno bujało na falach.

[Wyruszamy w drogę]

Fale to ta rzecz, której najbardziej się obawiałam. Prognozy nie mówiły nic o burzach (na szczęście), ale niektóre modele pogodowe przepowiadały nawet 2-metrowe fale. I chyba takie były, bo w nocy widać było, że fala była wyższa niż nasza łódka od powierzchni wody do dachu. Dodatkowo okres fal (tak, to też podają prognozy) był dosyć krótki, więc łódką bujało mocno.

Później okazało się, że w takich warunkach nie tylko ja dostałam choroby morskiej, ale na każdej łódce była co najmniej jedna osoba z takim samym problemem. Ludzie z naszej grupy mówili, że na ogół morze jest dużo spokojniejsze, szczególnie gdy w nocy wiatr się trochę uspokaja.

W nocy niebo było zachmurzone, ale nie całkiem, więc nie zrobiło się też całkiem ciemno - zachód słońca przeszedł we wschód. W czasie, gdy było najciemniej, przekraczaliśmy TSS - taką morską autostradę dla statków transportowych, która znajduje się na granicy szwedzko-fińskiej. Po stronie szwedzkiej płyną statki na południe, a po fińskiej na północ. Mamy na łódce AIS - nadajnik i odbiornik - więc dostawaliśmy ostrzeżenia, jeśli płynęliśmy z kimś na kolizyjnym kursie; trzeba było wtedy zmienić prędkość albo kierunek poruszania się. Przy naszych prędkościach i dobrej widoczności było bardzo dużo czasu na reakcję, niemniej to, że człowiek był zmęczony, śpiący i chory mogło wpływać na podejmowanie decyzji.

[Najciemniejszy moment nocy]

Gdy następnego dnia zobaczyliśmy ląd trzeba było się ogarnąć i wywiesić na łódce gościnną flagę Finlandii. W porcie przywitali nas nasi znajomi z grupy - niektórzy dotarli nawet 6 godzin wcześniej niż my. Nam trasa zajęła 30 godzin głównie dzięki temu, że gdy wiatr słabł podnosiliśmy prędkość dodając do żagli trochę mocy z silnika.

[Finlandia]

Drugiego dnia nasza grupa, bez nas, wyruszyła na wyspę Isokari zobaczyć latarnię morską, a my zostaliśmy w Uusikaupunki (czy używając szwedzkiej nazwy - Nystad), żeby odzyskać siły. Ja w sumie dwie doby żyłam na niedużej ilości suchego chleba i wody. Dopiero trzeciego dnia odważyłam się zjeść kawałek pizzy, a czwartego dnia już mogłam zjeść normalne śniadanie. To doświadczenie spowodowało jednak, że przez całą resztę naszej podróży bardzo uważałam, żeby się przypadkiem nie najeść, jeśli po jedzeniu czekało nas pływanie.

[Informacja o sortowaniu śmieci, a na niej 'kartonki']


[Park wiatraków w Nystad]


[Pooki - restauracja z marynistycznym wystrojem]


[Nagrobek ze szwedzkim tekstem.
Groby z drugiej wojny miały już napisy po fińsku]

niedziela, 19 lipca 2020

Łódki

W tym roku, ze względu na pandemię, bardzo wielu Szwedów spędza wakacje w swoim domu lub domku letniskowym. Ratownicy wodni z Sjöräddning informują, że liczba interwencji jest teraz znacznie wyższa niż w tym samym czasie rok temu. Więcej osób niż zazwyczaj pożyczyło lub kupiło w tym roku swoja pierwszą łódkę i wyruszyło w szkiery nie mając ani wiedzy, ani doświadczenia.

Do prowadzenia łódki nie są wymagane żadne uprawnienia, więc każdy łódkę może kupić i nią pływać. Są oczywiście kursy żeglarstwa czy nawigacji, a poza tym, że warto zrobić dla własnego bezpieczeństwa chociażby kurs nawigacji (dla nowicjusza nie jest oczywistym, kto ma pierwszeństwo, gdy obie łódki płynące na kursie kolizyjnym używają tylko żagla), to niebieska książeczka z uprawnieniami przydać się może przy wypożyczaniu łódki.
Certyfikat jest za to wymagany do korzystania z radia VHF - poza tym, że trzeba mieć zdany egzamin, to należy co roku wnosić opłatę za call sign (coś w stylu tablicy rejestracyjnej dla samochodu).

Ratownictwo wodne w Szwecji opiera się na ochotnikach-ratownikach oraz składkach członkowskich. Na początku dwudziestego wieku, zanim Sjöräddning zostało założone w 1907 roku, Szwecja była przedstawiana jako negatywny przykład jeśli chodzi o ratowanie ludzi i statków na morzu. Aby towarzystwo nie było wykorzystywane politycznie, zdecydowano się, że system będzie opierał się na ochotnikach i datkach, bez jakichkolwiek dotacji od państwa - i tak to działa do dzisiaj.
Składka członkowska wynosi obecnie 67 koron miesięcznie. Sjöräddning ratuje wszystkich, nie tylko płacących składki, ale członkowie stowarzyszenia dostają dodatkową pomoc w sytuacjach niezagrażających życiu, np. gdy skończy się im paliwo (może się to wydawać dziwne, ale problem ze wskaźnikiem poziomu paliwa nie jest rzadki, na przykład na naszej łódce początkowo cały czas widać było poziom "prawie pełny"; okazało się, że pływak mierzący poziom paliwa blokował się w baku na jakiej rurce i się nie opuszczał, gdy zużywaliśmy paliwo). 

[Arizona z Sjöräddningssällskapet w Söderhamn wraca do bazy]

Łódki są w Szwecji bardzo popularne wśród ludzi mieszkających na wybrzeżu (motorówki i żaglówki) oraz przy jeziorach (na tych mniejszych jeziorach zobaczyć można głównie łodzie wiosłowe i małe motorówki). Pierwszym ważnym punktem w historii pływania dla przyjemności był rok 1938, gdy robotnicy dostali prawo do dwutygodniowego urlopu - zachęcano, by zamiast szwędać się w tym czasie bez celu po mieście, spędzać uczas wolny na łonie przyrody, w tym również na wodzie. Drugą ważną datą był rok 1963 - poza tym, że urlop wydłużono wówczas do 4 tygodni, zaczęto również używać plastiku do produkcji łódek. Plastikowe łódki były łatwiejsze w utrzymaniu i tańsze od drewnianych. W latach '70, gdy liczba prywatnych łódek wzrosła do 600 000, rozbudowano infrastrukturę i umożliwiono lepszy dostęp do informacji o pogodzie (obecnie w radiu P1 prognoza dla akwenów wodnych podawana jest kilka razy dziennie i każdy blok trwa 5-10 minut).

środa, 7 sierpnia 2019

Spelmansstämma - muzyczne spotkanie

Spelmansstämma to spotkanie muzyków ludowych. W odróżnieniu od festiwalu folkowego, celem stämmy (czasownik att stämma dosłownie oznacza stroić, tak jak się stroi instrumenty) nie jest granie dla publiczności, lecz granie muzyków ze sobą. Zespoły również występują na scenie, ale nie jest to główny cel tej imprezy.

W miejscu, gdzie odbywa się się stämma, można spotkać wiele grup, które siedzą na ławkach albo stoją przy budynkach i razem grają. Są skrzypce, akordeony, kontrabasy, flety i nyckelharpy (wyglądają jak skrzypce z klawiszami). Bardzo wiele osób ubiera się w tradycyjne stroje regionalne - zarówno strój jak i instrument muzyczny umożliwiają wejście za darmo.

O stämmie w Norrbo dowiedzieliśmy się z kartonu mleka. Okazało się, że miał tam grać Triakel - zespół, którego słuchaliśmy jeszcze mieszkając w Polsce.

[Informacja na kartonie mleka]

[Norrbo hembygdsgård]

[Norrbo hembygdsgård]

[Muzycy]

W czasie koncertu atmosfera była bardziej piknikowa niż koncertowa. Część ludzi siedziała na ławkach, część (w tym my) na trawie. Dzieci biegały po łące i wchodziły pod scenę.
Niepodobne do żadnego innego koncertu, na którym wcześniej byłam.

[Koncert zespołu Triakel]

Na miejscu można było kupić ostkakę - dosłownie sernik, ale w smaku nie przypomina ani polskiego ani amerykańskiego sernika. Dostaje się dwa plastry sernika zalanego sosem z soku. Sos jest trochę słodki, a sernik skrzypiący (trochę jak halloumi, tylko bardziej miękki) i zupełnie niesłodki.

[Ostkaka z sokiem]

Na zakończenie dnia była potańcówka - trudno to nazwać dyskoteką, bo muzyka była ludowa a sporo ludzi miało na sobie tradycyjne stroje.

Tydzień później wybraliśmy się na kolejną imprezę tego typu. Było więcej ludzi, a na parkingu widzieliśmy, że między samochodami osobowymi ktoś zaparkował traktor.

[Bjuråker]

W Bjuråker można było pooglądać stare domy udekorowane scenami i postaciami z Biblii i zapoznać się z historią przemysłu drzewnego na tych terenach (w małym muzeum była drewniana rura, która kiedyś transportowała wodę).
Były też panie koronczarki, ktoś, kto robi na drutach swetry z lokalnym wzorem, producent noży... o dziwo nie sprzedawali swoich wyrobów, tylko pokazywali, co robią i można było z nimi porozmawiać, ewentualnie poprosić o kontakt, jeśli chciałoby się coś zamówić.

[Dom udekorowany biblijnymi obrazami]

[Koronczarki]

Więcej informacji o tych spotkaniach można znaleźć na stronach lokalnych stowarzyszeń:

wtorek, 6 sierpnia 2019

Wycieczka kajakowa

Jedną z naszych wakacyjnych wycieczek miała być wyprawa kajakowa. Wstępny plan zakładał, że pakujemy do kajaków jedzenie i namiot, bierzemy to na morze, a potem płyniemy na jakąś wyspę, gdzie nocujemy i następnego dnia wracamy do domu.

Zdecydowaliśmy się jednak spać w trochę wygodniejszych warunkach, na łódce. Dzień wcześniej zawieźliśmy tam pościel i zostawiliśmy jedzenie w lodówce.

Trasa miała 13 mil morskich (czyli jakieś 24 km). Dzień był słoneczny, miały być 24 stopnie. Smarując się kremem z filtrem, nie pomyślałam, żeby zostawić grubszą warstwę kremu od spodu ręki  - i tam się pięknie poparzyłam. Jak człowiek spaceruje na lądzie w słoneczny dzień, to część ręki (ta, która styka się z tułowiem) opala się słabo. Na wodzie natomiast, opala się ona od światła odbitego w wodzie. Dzięki temu mam teraz tę "spodnią" część ręki ciemniejszą niż tę górną.
Nie polecam również szortów. Na kajaki dużo lepsze są spodnie do kolan - na pewno lepiej chronią nogi przed słońcem. A na dłonie rękawiczki rowerowe. Żeby się schłodzić, często wsadzaliśmy ręce do wody, a to zmywa filtr.

[Trasa]

[Przerwa na lunch]

[Kajaki i otwarte morze]

Według naszych obliczeń, trasa powinna nam zająć około 6h (liczy się średnio 2 mile na godzinę, bo miejscami wiosłuje się szybciej, ale czasem trzeba zrobić przerwę na picie czy oglądanie ptaków). I mniej więcej tyle nam zajęła. Największym problemem okazało się być nie zmęczenie (chociaż mięśnie było czuć), ale upał - poparzenia na rękach i nogach, a do tego brak cienia na morzu. Kapelusz z dużym rondem pomagał chronić głowę, ale cała reszta ciała i tak się nagrzewała. Dlatego też wielką ulgę przynosiły wyspy z drzewami, gdzie można było chociaż chwilę posiedzieć w cieniu.

Najtrudniejszy był fragment, gdzie trzeba było przeciąć zatokę (na mapie jest to odcinek 13-14), bo pływały tam motorówki, więc im szybciej się płynęło tym lepiej. Motorówki są szybkie i robią fale, co nie jest szczególnie fajne (im szybciej i bliżej kajaka płyną, tym większa jest fala). Najgorsze jednak są, według mnie, skutery. Są szybkie i mają mały promień skrętu, więc trzeba się cały czas rozglądać, żeby wiedzieć, gdzie są (albo liczyć na to, że kierujący skuterami będą uważać i nie zrobią nam, kajakarzom, za dużej fali); ponadto są głośne.

[Prawie u celu]

[Odpoczynek]

Ze względu na poparzenia, nie było szans, żebyśmy następnego dnia zrobili w słońcu tę samą trasę (dzień znowu był ciepły i bezchmurny). Wzięliśmy więc spod klubu łódkowego autobus do miasta, a stamtąd taksówkę do domu (latem najbliższy przystanek autobusowy mamy 9km od domu; poza wakacjami jeździ autobus, który zatrzymuje się jakieś 2km od domu i wtedy można by było myśleć, żeby przejść to pieszo).
Po południu zamontowaliśmy na auto bagażnik na kajaki i pojechaliśmy do klubu je zabrać.

Jedną z rzeczy, która bardzo się nam przydała na tej wycieczce było walkie-talkie. Wystarczy, żebyśmy byli od siebie w odległości kilku metrów i już trzeba do siebie krzyczeć, a dzięki temu urządzeniu nawet większa odległość nie jest problemem. Jest to na tyle małe, że przyczepione do kamizelki w niczym nie przeszkadza.

[Walkie-talkie]