sobota, 28 września 2013

Wyjazd integracyjny na Fogdö

O., nasz nowy szef, chciał się z nami zintegrować i zaprosił nas do swojego letniego domu na Fogdö, wyspie na północ od Sztokholmu. Szef przyjeżdża do naszego biura tylko raz w tygodniu i załatwia też wtedy wszystkie spotkania z zarządem, więc nie ma za dużo czasu, żeby sobie z nami ot tak pogadać.

Szef mieszka w Uppsali, więc umówiliśmy się na spotkanie na miejscu, w jego domu. Ze Sztokholmu pojechaliśmy dwoma samochodami - jednym ja z Chińczykami a pozostali z D., naszym grafikiem, jego samochodem. Dawno nie prowadziłam, ale poszło gładko, chociaż jechaliśmy dość wolno - tak wolno, że wszyscy inni nas wyprzedzali.

Nigdy wcześniej nie byłam w domku letniskowym (w sumie to taki domek całoroczny, bo miał ogrzewanie; po szwedzku nazywa się stuga), a teraz miałam okazję zobaczyć nawet dwa, bo szef pożyczył również domek sąsiadów, żebyśmy wszyscy mieli gdzie spać.

[Nad morzem]

Dom ma duży pokój dzienny z aneksem kuchennym i dużymi oknami (jedno wychodzi na taras i zajmuje pół ściany, a drugie na bocznej ścianie sięga od podłogi aż po sufit). Z tarasu widać Bałtyk. W salonie jest zarówno duży stół, jak i kanapa, telewizor i kominek. Poza tym sypialnie są bardzo małe, z łóżkami piętrowymi, a poza łóżkiem jest może metr przestrzeni, na który znajduje się nieduża szafa albo stolik. Szef ma jeszcze mały domek dla gości - taka 1-pokojowa kabina z dwoma łóżkami piętrowymi. Dobry pomysł - wszystko skupia się w części dziennej, a na nocleg jest przeznaczone tylko niezbędne minimum.

Domy nie są ogrodzone - nie ma ani płotów, ani żywopłotu czy drzew rosnących na linii działki. Nasze spożywcze zakupy całą noc spędziły na ławce przed domem, ale nikt się nimi nie zainteresował (nawet dzikie zwierzęta). Droga dojazdowa jest nieutwardzona i nie ma oświetlenia przy drodze - domki letniskowe są na końcu leśnej drogi - więc w nocy jest naprawdę ciemno! Jednego kolegę musiałam odprowadzić do sąsiedniej stugi, w której miał spać, bo mimo że miał latarkę w telefonie, to bał się sam przebywać poza domem.

[Nasza stuga, ciemność i księżyc]

Wnętrza domu szefa były urządzone w kolorach białym i niebieskim. Nie tylko ściany, kanapa czy dywan, ale nawet talerze, kubki i ręczniki.

Przyjemnie się siedzało przy kominku, obserwując przez okno ulewę.

Szef okazał się całkiem sympatycznym i troskliwym człowiekiem. Miło było poznać jego ludzką stronę - robił nam kawę, gotował zupę i smażył hambugery. Nie wydawał poleceń i nie oczekiwał wyjaśnień.

W ramach wieczornej integracji siedzieliśmy i gadaliśmy prawie do 3 rano (następnego dnia kolega, który wracał ze mną samochodem pytał, czy na pewno mogę prowadzić, bo wyglądam na bardzo zmęczoną; ten sam kolega kiedyś w biurze, gdy pytałam, czy możemy włączyć klimatyzację, stwierdził, że jemu nie jest gorąco, bo jest chudy... 'w przeciwieństwie do mnie' - ta końcówka taka niedopowiedziana była, ale jasna ;-)). Generalnie: było sympatycznie.
Szef pytał, jak się nam pracuje, czego byśmy oczekiwali, co by nas zmotywowało, co nam przeszkadza  w pracy... ale pytał też o komunikację i o to, jak go odbieramy. Ja już nawet go polubiłam, więc nie miałam problemu, żeby mu grzecznie, ale wprost powiedzieć, że często ma niemiły "władczy" ton, gdy odpisuje na wiadomości na Skype'ie i nie daje miejsca na dyskusję. Okazało się, że to mu tak jakoś samo wychodzi, ale jak najbardziej zawsze można z nim porozmawiać i przedstawić swoją opinię. Dobrze wiedzieć :-)
Oczywiście na większość pytań szefa koledzy odpowiadali, że jest super i że nie mają żadnych problemów. Ale czasem jak ja wyskakiwałam z listą rzeczy, które mi przeszkadzają, to sami się dołączali, że faktycznie jest tak, jak mówię.

Kiedyś, jak O. przejmował nasz zespół od M., to powiedział mi, że słyszał, że czasem się zachowuję bardzo po polsku. Tak jakbym miała dwie natury. Nie wiedziałam, o co mu chodzi. Nie wiedziałam nawet, czy to coś pozytywnego czy negatywnego. Teraz była okazja, żeby go zapytać. I dowiedziałam się, że ta polskość, to potok słów - czasem gadam tak dużo, że nie daję mu dojść do głosu, nie ma szansy się zapytać o szczegóły czy udzielić odpowiedzi. Jest na to jakieś szwedzkie określenie, ale zapomniałam, jakie.
Jak się tak zastanowię, to czasami faktycznie gadam bez końca. Rzadko, ale na ogół wtedy jak się nazbiera rzeczy, które mnie frustrują. Nie chodzę do szefa z każdą pierdołą (zwłaszcza, że go nie ma w biurze na co dzień), ale te rzeczy się kumulują i w pewnym momencie, gdy pojawia się coś, co mi bardzo utrudnia pracę, to idę do szefa albo do kadrowego i mówię, co się dzieje i że potrzebuję ich pomocy. Nigdy się nie zastanawiałam, jak to wygląda z ich perspektywy.
To interesujące, dowiedzieć się, jak się jest postrzeganym przez innych.

poniedziałek, 16 września 2013

Styl pracy na Tajwanie

Nasze biuro przeniosło się w inne miejsce, trzeba było podzielić ludzi między pokoje. Pokoje nieduże 3-4 osobowe, uwzględniając rozmiar naszych biurek. Niektórzy bardzo protestowali słysząc, że ich ekran będzie na widoku. F, Chińczyk, śmiał się z tego i opowiedział mi, jak wygląda praca ludzi z IT w tajwańskich fabrykach.

Układ biurek jest taki, jak ławek w szkolnej klasie. W pierwszych ławkach siedzą juniorzy; im większe doświadczenie ma pracownik, tym bliżej tyłu pokoju siedzi i tym mniej osób może obserwować jego ekran. Co najciekawsze, za pokojem programistów jest pokój ich szefa - oddzielone od siebie szybą, więc manager widzi wszystkich. Kontrola podstawą zaufania.

niedziela, 15 września 2013

Kropkowe ostrzeżenia

Przez długi czas zastanawialiśmy się, co znaczą dziwne kropkowane znaki, które stoją przy drodze wyjazdowej z naszego osiedla. Niestety zawsze, gdy wracaliśmy do domu, zapominaliśmy to sprawdzić.
W końcu ostatnio udało nam się nie zapomnieć i dowiedzieliśmy się, że znaki te ostrzegają o obecności niepełnosprawnych - tych szczególnie istotnych z punktu widzenia kierowcy, czyli niedowidzących i niesłyszących. Wciąż jednak nie wiemy, skąd wzięły się takie symbole nie budzące skojarzeń z absolutnie niczym.


[T9 - Niedowidzący]

[T10 - Niesłyszący]

piątek, 30 sierpnia 2013

Loppis i Lem

Niedaleko T-Centralen jest jeden z polskich sklepów. Pojechałam tam, żeby sprawdzić, czy nie mają tam żółtych milanowskich krówek. Nie wiedziałam jednak, że głównym deptaku jest książkowy loppis (pchli targ).

Cała wolna przestrzeń zastawiona była stołami z książkami a wokół tłumy ludzi. Nie było łatwo przejść tych kilkuset metrów, co chwilę utykałam gdzieś czekając aż zwolni się przejście i uda mi się przesunąć o kolejnych kilka kroków. I tak zobaczyłam Lema.

W ogromnej różnorodności tytułów znajome nazwisko polskiego autora rzuciło się w oczy. Pech chciał, że to "Opowieści o pilocie Pirxie" ("Rymdpiloten Pirx"). Jedna z niewielu znienawidzonych przeze mnie książek. Nie wiem dlaczego, ale bardzo dobrze pamiętam, jak w podstawówce męczyłam ją przez cały miesiąc wakacji i skończyć nie mogłam. No i pojawił się dylemat - brać Lema po szwedzku, mimo że tytułu nie lubię, czy nie brać wcale.

Cena była bardzo niska, więc zdecydowałam, że kupię - nawet jeśli nie przeczytam ;) Gdy chciałam zapłacić, pan, który to sprzedawał, powiedział, że jest oferta "2 w cenie 1" i żebym sobie wzięła jeszcze drugą książkę. Więc poszłam się rozejrzeć. Grzebałam w kartonach, aż w końcu znalazłam coś, co nie wyglądało źle - książki Jana Olofa Olssona, dziennikarza, który w latach '50-'70 wydał kilka książek opisujących m.in. jego wyjazdy do USA i Wielkiej Brytanii. Znalazłam książkę z Krakowem (!) w tytule, ale po pobieżnym przekartkowaniu stwierdziłam, że jest głównie o JFK, więc z niej zrezygnowałam. Ale ta druga książka gratis wciąż kusiła... wzięłam książkę o życiu w Szwecji w latach '70. Olssona.

[Lem i Olsson]

OK, 2 książki za 50 kr - brzmi nieźle. Idę zapłacić. Tym razem obsługuje mnie jakaś pani i pyta, czy patrzyłam do brązowego kartonu. No nie patrzyłam. Więc pani mnie informuje, że jak kupuję książkę, to mogę sobie z tamtego kartonu wziąć jedną za darmo (to już inna promocja niż "2 w cenie 1", ale można skorzystać z obu jednocześnie). Stwierdzam, że dosyć czasu już spędziłam na wybieraniu - a przecież przyjechałam tylko sprawdzić, czy mają w krówki w spożywczym... - więc mówię, że nie jestem zainteresowana. Pani jeszcze raz podkreśla, że książka jest za darmo. Ja kolejny raz mówię, że dziękuję, ale nie chcę. Pani chyba nie bardzo wierzy, że ja rozumiem, co ona do mnie mówi, więc po raz kolejny powtarza swoje...  ekhm. Po trzeciej odmowie połączonej z podaniem pieniędzy pani daje za wygraną.

A krówek milanowskich w sklepie brak. Nadzieja jednak jest, bo nie ja jedna ich szukałam. Zostały zamówione i mają się pojawić w wrześniu!

niedziela, 25 sierpnia 2013

Koncert Leonarda Cohena

Trochę kulturalnej rozrywki przydaje się od czasu do czasu. Wcześniej planowaliśmy pójść ze znajomymi na koncert Nicka Cave'a, ale na kilka miesięcy przed jego koncertem nie było już biletów. Dowiedzieliśmy się za to, że w ramach swojej trasy koncertowej promującej ostatni album, do Sztokholmu przyjedzie Cohen.

Nie było dużego wyboru miejsc, gdy kupowaliśmy bilety, zostało ich już niewiele. Ale na miejscu okazało się, że te, które mamy, są całkiem niezłe.

Globen to duża sala koncertowo-sportowa w kształcie kuli, jeden z charakterystycznych punktów na mapie Sztokholmu. Wybudowana w 1989 roku, ma 16000 miejsc (na meczach hokeja miejsce jest mniej, ok. 13000, z oczywistej przyczyny - na parkiecie jest lodowisko i nie ma tam jak wcisnąć krzeseł dla kibiców).

Główne wejście jest otwierane około 2 godzin przed koncertem. Można wtedy zjeść obiad w jednej z restauracji - z tego, co widzieliśmy, dobrze rezerwować miejsca z wyprzedzeniem, bo inaczej dla głodnych zostaną tylko lokalne fast-foody.

Koncert zaczął się z 15-minutowym opóźnieniem. W trakcie koncertu była zaplanowana chyba 20 minutowa przerwa (na miejscu można było kupić gazetę z planem koncertu, gdzie wszystko było dokładnie podane).

Średnia wieku widzów to jakieś 50+. Zaskoczyło mnie, że większość ludzi, gdy kupowała coś do picia, to raczej brała wino niż colę czy piwo.

Nagłośnienie było super - było głośno, ale nie ogłuszająco. A jakość dźwięku naprawdę super!

W trakcie koncertu nikt nie próbował śpiewać z Cohenem, ale w czasie bisów ludzie zajmujący miejsca na parkiecie (to chyba strefa premium, bo nawet mieli swój własny bar, w którym ludzie ze zwykłych sektorów nie mogli nic kupować) tańczyli. Fajnie to wyglądało.

Po bisach, gdy prawie wszyscy zaczęli się zbierać do wyjścia lub wychodzili, widać było, że ludzie z zespołu przechodzą gdzieś za sceną. Zaczęły się więc ponowne oklaski i, ku zaskoczeniu wszystkich, Cohen zaśpiewał jeszcze kilka piosenek.

Cały koncert trwał prawie 3 godziny! Dobrze, że po północy jeździ jeszcze metro, to udało nam się wrócić do domu komunikacją miejską.

Było naprawdę super! Już przed koncertem słyszeliśmy, że Cohen ma bardzo dobre koncerty, ponieważ gra zarówno nowe piosenki (promujące ostatnią płytę) jak i stare znane przeboje. Do tego jest gadatliwy. Porównując to do koncertu Boba Dylana, na którym byliśmy kilka lat temu w Warszawie, ten był kilka razy lepszy. Widocznie Cohen tak ma ;) Mój kolega, który był na jego koncercie w Łodzi (jakiś miesiąc wcześniej), też wrócił z niego zachwycony.







czwartek, 22 sierpnia 2013

środa, 21 sierpnia 2013

Spacer po dachu

Prawie rok temu Marcin dostał od swojej firmy bon, który można wykorzystać na jakąś aktywność w Sztokholmie. Jak pierwszy raz oglądaliśmy listę rzeczy do wyboru, to nie znaleźliśmy nic super interesującego, więc bon spoczął w szufladzie.
Ostatnio przypomniało mi się, że niedługo minie mu data ważności. Pamiętałam, że można było pójść we dwoje do SPA. Albo na herbatę do jednego z hoteli w centrum. Przy sprawdzaniu listy atrakcji okazało się, że w ciągu tych kilku miesięcy przybyło ciekawych rzeczy. Wybraliśmy się na spacer po dachu budynku na starym mieście, niedaleko Birger Jarls Torg.

Budynek, po którym się spacerowało, miał chyba 4 kondygnacje - niby niedużo, ale dobrze było widać całą okolicę. W spacerze brało udział około 10 osób, wliczając w to przewodnika i jedną osobę wspomagającą.

Historia Sztokholmu zaczęła się od cięcia kosztów w handlu. W XII wiecznej Szwecji znajdował się już duży port, ale był on drogi. W ramach oszczędności wybudowano drugi. Wybór miejsca pozwalał na kontrolę ruchu wewnętrznego i dostęp do komunikacji ze światem. Slussen, czyli śluza - miejsce, gdzie spotyka się woda słona ze słodką, czyli jezioro Mälaren wpływa do Bałtyku.

Stare miasto wybudowano na pagórkowatej wyspie. W jej wyższej części mieszkali zamożniejsi ludzie, w niższej - biedniejsi. Cały brud, nieczystości i śmieci spływał z góry na dół, gdzie nie tylko niezbyt pięknie pachniało, ale też kumulowały się śmieci. Problem częściowo rozwiązano wbijając w sterty śmieci pale i budując nowe domy na wyższym poziomie.

Problem w tym, że ruchy górotwórcze wciąż działają - południe Szwecji się obniża, północ podnosi. Stolica nieznacznie, ale jednak, też się podnosi. Budynki osadzone na palach przechylają się; nie pomaga im nawet wpompowywanie betonu (które jest skuteczne na Górnym Śląsku, na terenach nad kopalniami). Ludzie mieszkający na Starym Mieście skarżą się, że trzeba poprawiać tapety na ścianach, że drzwi w mieszkaniach zaczynają zahaczać o podłogę.

W czasach, gdy założono Sztokholm, Szwedzi nie bardzo mieli pojęcie o budowaniu miast. Postanowili zatem zatrudnić do tego celu ekspertów - Niemców. Było ich tak wielu, że wybudowali sobie w samym centrum miasta kościół, w którym do teraz odprawiane są nabożeństwa w języku niemieckim i odbywają się niemieckie koncerty.

[Gamla Stan, Stadsholmen]

[Widok na Gamla Stan]

[Ratusz, w którym odbywa się noblowska impreza]

Przy Slussen budowana jest nowa linia metra - o ile dobrze pamiętam, to w ostatnim miesiącu zatapiano fragment tunelu. My z góry mogliśmy poobserwować wykop będący częścią budowy, która ma być skończona w 2014, w związku z czym prace odbywają się tam również w soboty.

[Widok na Västerbron]


Na Riddarholmen znajduje się bardzo ponury kościół. Nie są w nim odprawiane nabożeństwa - jest wykorzystywany jedynie jako miejsce pochówków. Jest w nim tak ciemno, że zwiedzanie jest możliwe tylko od połowy maja do połowy września. Musi być w nim naprawdę ponuro, skoro żona jednego z poprzednich królów poprosiła o pochowanie jej w Hagaparken.

[Riddarholmskyrkan]

Poznaliśmy trochę historii Sztokholmu (było m.in. o tym jak przywieziono w z Francji gilotynę, by przeprowadzić jedną egzekucję; albo o tym, że kobiet nie wolno było wieszać, w związku z czym grzebano je żywcem) i poćwiczyliśmy trochę utrzymywanie równowagi. Szkoda tylko, że wycieczka była taka krótka - jedynie 1,5 godziny.