Pokazywanie postów oznaczonych etykietą śmieci. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą śmieci. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 13 stycznia 2022

Plądrowanie choinki

Dzisiaj, 13 stycznia, jest dwudziesty dzień Świąt Bożego Narodzenia (tjugondag jul). Dzień, w którym należy schować świąteczne dekoracje i rozebrać choinkę. Tradycja nakazuje tańczyć wokół choinki, a następnie zjeść wszystkie ciastka i cukierki, które zostały użyte do dekoracji. Nazywa się to plądrowaniem choinki (julgransplundring).

Dzień ten ma również drugą nazwę - św. Knuta, który był duńskim księciem i 7 stycznia 1131 został zamordowany przez swojego kuzyna, co zapoczątkowało w Danii wojnę domową. Gdy Knut został później ogłoszony świętym, jego dzień ustalono na 7 stycznia. Święto to zlewało się jednak z 6 stycznia, świętem Objawienia Pańskiego (zwanego w Szwecji 'dniem trzynastym' - trettondagen), zostało więc przeniesione w Szwecji i Finlandii (ale nie w Danii!) o tydzień.

Wróćmy do choinek. Rozebrane i pocięte drzewka można wyrzucić w centrum recyclingu jako odpady ogrodowe. Można tam też zostawić choinkę w całości, jako śmieć wielkogabarytowy. Do centrum recyklingu trzeba jednak dojechać, więc miasto Sztokholm ułatwia ludziom życie wydzielając w dzielnicach miejsca, gdzie można choinki zostawić. Informuje o tym zielony okrągły znak z choinką.

[Choinkowy znak - w centrum zdjęcia]

[Choinkowy znak z bliska]



czwartek, 14 stycznia 2016

Śmieciowe problemy

Przedwczoraj Rapport (program informacyjny w SVT1) poinformował o wizycie w Szwecji przedstawicieli norweskich ciepłowni. Sprawa dotyczy śmieci, które Szwecja odkupuje od Norwegii, by przerobić je na ogrzewanie.
Norweskie ciepłownie nie są zadowolone z takiego obrotu sprawy. Problemy ze sprzedażą śmieci do Szwecji są dwa: po pierwszej mniej surowców jest odzyskiwanych w Norwegii, bo taniej jest sprzedać śmieci do Szwecji; po drugie, Norwegia sama chciałaby spalać śmieci i uzyskiwać z nich ciepło. Szwecja importuje śmieci, ponieważ nie starcza jej własnych, by zaspokoić zapotrzebowanie na ciepło; twierdzi więc, że spalarnie norweskie nie są jeszcze wystarczająco efektywne, a Szwecja zapewnia lepsze wykorzystanie "surowca". Norwegowie natomiast twierdzą, że jeśli nie będą mieć śmieci do spalania, to ich ciepłownie nie będą się rozwijać, a więc nie staną się bardziej efektywne.
Do tego dochodzi również koszt transportu (w tym wpływ na środowisko). Przy czym, z nieznanych mi powodów, uwzględnia się tu przewóz pozostałości ze spalenia do Norwegii.

Drugi problem śmieciowy jest lokalny i odczuliśmy go kilka dni wcześniej niż poinformowały o nim media. W Sztokholmie przetarg na wywóz śmieci od początku stycznia wygrała nowa firma. Problem w tym, że nie ma ona sprzętu potrzebnego do opróżniania pewnego typu śmietników. Akurat tego, który mamy na naszym podwórku (i które dominują w okolicy). Z zewnątrz śmietnik wygląda jak walec o średnicy około 1.5 metra i podobnej wysokości; ale jego większa część znajduje się pod ziemią. Gdy przyjeżdża ciężarówka (uwielbiam śmieciarki! ile ja się naczekałam, żeby w końcu "przyłapać" opróżnianie naszego śmietnika!), odsuwa pokrywę i wyciąga wielki worek. Następnie kierowca śmieciarki pociąga za sznurek, co otwiera worek od dołu i śmieci mogą wylecieć na śmieciarkę.
My nasze śmieci (dzięki sortowaniu śmieci, tych do wyrzucenia do zwykłego pojemnika mamy niewiele) trzymamy teraz na balkonie. I tak nawet dzisiaj polecano robić, by nie zwabiać szczurów. Niektórzy lokatorzy zostawiali je jednak koło śmietnika. Na szczęście zarząd naszej wspólnoty zorganizował jakiś większy pojemnik. I czekamy. Podobno odpowiednie śmieciarki pojawią się "już" w przyszłym tygodniu.

środa, 21 sierpnia 2013

Spacer po dachu

Prawie rok temu Marcin dostał od swojej firmy bon, który można wykorzystać na jakąś aktywność w Sztokholmie. Jak pierwszy raz oglądaliśmy listę rzeczy do wyboru, to nie znaleźliśmy nic super interesującego, więc bon spoczął w szufladzie.
Ostatnio przypomniało mi się, że niedługo minie mu data ważności. Pamiętałam, że można było pójść we dwoje do SPA. Albo na herbatę do jednego z hoteli w centrum. Przy sprawdzaniu listy atrakcji okazało się, że w ciągu tych kilku miesięcy przybyło ciekawych rzeczy. Wybraliśmy się na spacer po dachu budynku na starym mieście, niedaleko Birger Jarls Torg.

Budynek, po którym się spacerowało, miał chyba 4 kondygnacje - niby niedużo, ale dobrze było widać całą okolicę. W spacerze brało udział około 10 osób, wliczając w to przewodnika i jedną osobę wspomagającą.

Historia Sztokholmu zaczęła się od cięcia kosztów w handlu. W XII wiecznej Szwecji znajdował się już duży port, ale był on drogi. W ramach oszczędności wybudowano drugi. Wybór miejsca pozwalał na kontrolę ruchu wewnętrznego i dostęp do komunikacji ze światem. Slussen, czyli śluza - miejsce, gdzie spotyka się woda słona ze słodką, czyli jezioro Mälaren wpływa do Bałtyku.

Stare miasto wybudowano na pagórkowatej wyspie. W jej wyższej części mieszkali zamożniejsi ludzie, w niższej - biedniejsi. Cały brud, nieczystości i śmieci spływał z góry na dół, gdzie nie tylko niezbyt pięknie pachniało, ale też kumulowały się śmieci. Problem częściowo rozwiązano wbijając w sterty śmieci pale i budując nowe domy na wyższym poziomie.

Problem w tym, że ruchy górotwórcze wciąż działają - południe Szwecji się obniża, północ podnosi. Stolica nieznacznie, ale jednak, też się podnosi. Budynki osadzone na palach przechylają się; nie pomaga im nawet wpompowywanie betonu (które jest skuteczne na Górnym Śląsku, na terenach nad kopalniami). Ludzie mieszkający na Starym Mieście skarżą się, że trzeba poprawiać tapety na ścianach, że drzwi w mieszkaniach zaczynają zahaczać o podłogę.

W czasach, gdy założono Sztokholm, Szwedzi nie bardzo mieli pojęcie o budowaniu miast. Postanowili zatem zatrudnić do tego celu ekspertów - Niemców. Było ich tak wielu, że wybudowali sobie w samym centrum miasta kościół, w którym do teraz odprawiane są nabożeństwa w języku niemieckim i odbywają się niemieckie koncerty.

[Gamla Stan, Stadsholmen]

[Widok na Gamla Stan]

[Ratusz, w którym odbywa się noblowska impreza]

Przy Slussen budowana jest nowa linia metra - o ile dobrze pamiętam, to w ostatnim miesiącu zatapiano fragment tunelu. My z góry mogliśmy poobserwować wykop będący częścią budowy, która ma być skończona w 2014, w związku z czym prace odbywają się tam również w soboty.

[Widok na Västerbron]


Na Riddarholmen znajduje się bardzo ponury kościół. Nie są w nim odprawiane nabożeństwa - jest wykorzystywany jedynie jako miejsce pochówków. Jest w nim tak ciemno, że zwiedzanie jest możliwe tylko od połowy maja do połowy września. Musi być w nim naprawdę ponuro, skoro żona jednego z poprzednich królów poprosiła o pochowanie jej w Hagaparken.

[Riddarholmskyrkan]

Poznaliśmy trochę historii Sztokholmu (było m.in. o tym jak przywieziono w z Francji gilotynę, by przeprowadzić jedną egzekucję; albo o tym, że kobiet nie wolno było wieszać, w związku z czym grzebano je żywcem) i poćwiczyliśmy trochę utrzymywanie równowagi. Szkoda tylko, że wycieczka była taka krótka - jedynie 1,5 godziny.

sobota, 30 czerwca 2012

Odzyskuj więcej

Kupując napoje w puszkach lub butelkach PET zawsze płaci się kaucję - 1 koronę za mniejsze opakowania lub 2 korony za większe. Kaucji nie płaci się za wszystkie opakowania PET, a jedynie za te, których używa się poza domem. Np. koncentrat soku do rozpuszczania sprzedawany jest w 1 litrowych butelkach PET, ale kaucji w tym przypadku się nie płaci. Dlaczego? Chodzi o filozofię. Kaucja ma zmuszać ludzi do oddawania butelek i puszek do powtórnego przetworzenia. Ponieważ większość Szwedów karnie segreguje śmieci w swoich domach, więc przyjęto, że rzeczy, które są zużywane w domu nie będą objęte kaucją, bo i tak zostaną posegregowane i trafią do odpowiedniego pojemnika. Inaczej jest z tym, z czego korzysta się będąc poza domem. Nie wiem, czy komukolwiek chciałoby się bawić w rozpuszczanie soku będąc np. na pikniku albo wycieczce poza miastem. Raczej kupi gotowy napój a butelkę lub puszkę wyrzucić do zwykłego śmietnika, który spotka po drodze. Kaucja ma go zachęcić do zabrania butelki ze sobą.

Woda mineralna w butelce 0.5l kosztuje tyle samo co w butelce 1.5l - nie bardzo umiem to wytłumaczyć. Ale może to też sposób na to, żeby ludzie kupowali większe butelki, bo jak kupią większą, to będzie duża szansa, że całej nie wypiją tylko zabiorą ją do domu i odpowiednio posegregują?

Dodatkowo w centrum miasta małe śmietniki mają doczepioną taką prawie niewidoczną rurę (mniejszą niż rynna, tak się stapia ze śmietnikiem, że dopiero ostatnio ją zauważyłam), z której można wrzucić zgniecioną butelkę lub puszkę i pomóc w ten sposób w odzyskiwaniu surowca.

Statystki? W Szwecji odzyskuje się obecnie 88% tych surowców, ale reklamy zachęcają, żeby podnieść ten współczynnik. Cel to 90%.

Z tej okazji organizowane były ostatnio koncerty. Żeby dostać bilet, trzeba było oddać butelki PET w jednym z wyznaczonych punktów i wysłać zdjęcie otrzymanego paragonu.

Nie wiem, czy każdy sklep spożywczy ma zamontowane automaty do recyklingu, ale oba nasze osiedlowe sklepy je mają. Bardzo miłe jest to, że instrukcja obsługi maszyny zaczyna się od słów w stylu "Jesteś wspaniałym człowiekiem" :-) Butelek ani puszek przed wrzuceniem do automatu się nie zgniata, bo musi zostać sczytany kod kreskowy, żeby odpowiednia suma została zwrócona. Pieniądze nie są zwracane w gotówce - dostaje się paragon, który trzeba pokazać przy kasie, żeby dostać zniżkę na zakupy (zniżki jest tyle, ile kaucji za oddane opakowania).

Często na stacjach metra można spotkać ludzi, którzy przeglądają śmietniki w poszukiwaniu puszek i butelek. Widocznie te brakujące 12% to bardzo dużo koron.

Inną akcją prowadzoną w ramach zwiększenia odzysku surowców jest GePant. Można zarejestrować się na portalu jako dawca lub biorca. Dawca to osoba, która chciałaby oddać butelki lub puszki do przetworzenia, ale nie ma jak ich dostarczyć do punktu odbioru. Biorca (osoba prywatna lub firma) to ktoś, kto zobowiązuje się odebrać opakowania - może sobie wybrać, jaki rejon go interesuje i ile sztuk opakowań musi być gotowych do oddania. Z tego, co rozumiem, pieniądze z kaucji idą do biorcy. A dawcy pozostaje satysfakcja, że działa na rzecz środowiska naturalnego ;-)


["Odzyskiwanie jest hitem"]

piątek, 4 maja 2012

Śmietnik

Osiedlowe śmietniki na nieposegregowane śmieci (hushållsavfall) są zamykanymi na klucz dużymi pojemnikami, których większa część znajduje się pod ziemią. Czytałam kiedyś, że ma to podobno służyć uniemożliwieniu dostępu do zawartości śmietnika osobom postronnym - ale to była informacja znaleziona na jakimś forum internetowym, więc niekoniecznie prawdziwa.

Dzisiaj przy śniadaniu zobaczyliśmy, jak te śmietniki są opróżniane. Co prawda nadal nie wiemy, jak wygląda to w przypadku naszego śmietnika (jest inny niż ten, który dzisiaj obserwowaliśmy), ale widzieliśmy, co się dzieje z koszem stojącym przy bloku naprzeciwko.

Kosz na codzień wygląda, jak... najbardziej to jest chyba podobne do wrzutu zsypu. Stoi sobie taki niewielki metalowy pojemnik obok parkingu i grzecznie przyjmuje worki ze śmieciami (chyba nawet nie trzeba mieć klucza, żeby z niego skorzystać).

[kosz na śmieci]

Opróżnianie kosza przez śmieciarkę wygląda podobnie jak opróżnianie dzwonów na surówce w Polsce. Śmieciarka podjeżdża, ramię śmieciarki łapie za uchwyty śmietnika i... okazuje się, że pod śmietnikiem znajduje się wielka metalowa skrzynia - kilka razy większa od tego, co wystaje ponad ziemię. I to tam chowają się wszystkie odpadki!

[cała prawda o śmietniku]

Musimy jeszcze kiedyś zapolować na moment opróżniania naszego śmietnika. Jego na pewno nie opróżnia się w ten sam sposób, bo ma ściąganą plastikową pokrywę i nie posiada żadnych uchwytów.

środa, 7 marca 2012

Recykling

Spodziewałam się, że w Szwecji sortowanie śmieci będzie... hmmm... wygodniejsze. W centrum miasta czy na przystankach metra nie ma specjalnych koszy na różne rodzaje odpadków - a wydaje mi się, że np. w centrum Opola były specjalne pojemniki na śmieci, które nadają się do przetworzenia.

W pracy podobnie - w kuchni stoi jeden duży kosz, do którego wszyscy wrzucają różne rodzaje śmieci. Aż mnie boli, jak na to patrzę.

Za to w domu segregujemy, jak należy. Zaczęliśmy standardowo: papier, puszki, butelki, plastik. Jednak przy pojemnikach - które musieliśmy najpierw zlokalizować na mapie Sztokholmu (znalazły się 2 bloki dalej) - musieliśmy dokonać ponownej segregacji. Podział jest trochę inny: gazety i ulotki, opakowania papierowe, szkło białe, szkło kolorowe, opakowania metalowe, plastik miękki i plastik twardy (na te dwa ostatnie jest u nas jeden wspólny pojemnik).  Żeby ułatwić ludziom życie, praktycznie każdy produkt kupiony w sklepie, ma podaną grupę śmieciową, do której należy wyrzucić opakowanie (czasem jest informacja, że opakowanie trzeba podzielić na dwa rodzaje śmieci). Butelek PET nie wyrzuca się do żadnego z pojemników, tylko oddaje do maszyny w sklepie - na każdą butelkę nałożona jest kaucja, której wysokość zależy od rozmiaru butelki.

poniedziałek, 20 lutego 2012

Droga do Szwecji

Polska

Najgorszy kawałek drogi był w Polsce, bo padał na zmianę śnieg i deszcz.

Niemcy

W Niemczech tuż przy granicy pojawiały się jakieś absurdalne ograniczenia do 60km/h, później było już normalnie. Poza tym, że podczas gdy my jechaliśmy prawym pasem jakieś 140km/h, lewym pasem cały czas nas ktoś wyprzedzał. W ramach testów sprawdziliśmy, że nasza bryka też ciągnie 180km/h bez żadnego problemu - szybciej nie próbowaliśmy jechać ;) Dziwne, że w Niemczech trafiały się samochody jeżdżące bez włączonych świateł - i chyba trochę niebezpieczne patrząc na to, że takie nieoświetlone szare auto jechało w deszczu ponad 150km/h.

Do berlińskiego hotelu trafiliśmy bez większych problemów (po drodze przejeżdżając przez Checkpoint Charlie) - gorzej, że pan z obsługi mówił głównie po wietnamsku (?) i trochę niemiecku, ja próbowałam po niemiecku (ale i tak w każdym zdaniu 90% wyrazów wychodziła szwedzka)... na szczęście trafiła się jakaś anglojęzyczna pani, która nam pomogła w załatwieniu hotelowych formalności i mogliśmy udać się na szybki spacer po mieście. Okazało się, że trafiliśmy na Berlinale - żadnych gwiazd nie było, ale czerwone dywany leżały przed wejściem do kina.

Przeszliśmy się też zobaczyć Bramę Brandenburską.
I - polecany, z nieznanych nam przyczyn, przez nasz mały przewodnik miejski - Sony Center na Potsdamer Platz.

Dania

Następna była Dania - z dziwnymi wlotami na autostradach (jeśli ktoś by nie załapał, o co chodzi, i nie zjechał z prawego pasa autostrady na lewy, żeby zrobić miejsce wjeżdżającym, to by mogło skończyć się wypadkiem). Ludzie w Dani rozumieją szwedzki, ale lepiej rozmawiać z nimi po angielsku. Nasz pierwszy kontakt z Duńczykami był niezbyt miły, bo pani stwierdziła, że zamówiliśmy 2 razy więcej jedzenia niż chcieliśmy (jak rozmawiała po duńsku ze swoją kierowniczką, to wyraźnie było słychać, że liczby 2 i 4 są tak samo po duńsku jak po szwedzku, więc trudno było się pomylić). Na ceny lepiej nie patrzeć - jak widzę na wyciągu z banku kwotę ponad 180zł przy pozycji McDonalds Roedekro, to robi mi się słabo. Trzeba było nie sprawdzać.

W Danii zaliczyliśmy pierwszy most - fajny i duży - na którym nieźle wiało. Podobno ma kilkanaście kilometrów, ale wg nas skończył się zbyt szybko. Most był samoobsługowy - bramki jak na polskiej A4, ale stanowisko obsługi puste; zamiast tego szczelina na kartę i klawiatura do wprowadzenia PINu.

W kopenhaskim hotelu my mówiliśmy po szwedzku, pan odpowiadał po duńsku i było fajnie dopóki nie chciał nam wyjaśnić czegoś bardziej złożonego. I znowu skończyło się na angielskim - ale początek był obiecujący.

Najbardziej znanym punktem w Kopenhadze jest chyba Syrenka (Den lille havfrue). Ale jakoś się miejscowym nie chciało jasno oznaczyć dojścia do tego punktu. Chodziliśmy więc po dosyć ciemnym porcie i prawie całkiem ciemnym parku... ale znaleźliśmy w końcu jakiś znak wskazujący kierunek i Syrenka była nasza! Szkoda, że kiepsko oświetlona.

Szwecja

Niedzielę spędziliśmy na szwedzkich drogach - zaczynając od tunelu i granicznego mostu. Potem były różne rodzaje nawierzchni na autostradzie (między innymi jakaś czerwona, pewnie z większą przyczepnością, chociaż to akurat trudno stwierdzić tak 'na oko'), wloty jak w Danii i znajomy język w czasie przerw.

Im dalej na północ, tym więcej śniegu. Po drodze złapała nas śnieżyca - zrobiliśmy sobie przerwę i akurat jak skończyliśmy jeść, śnieg przestał padać (nawet słońce trochę świeciło i było widać miejscami niebieskie niebo!), ale samochód trzeba było odśnieżyć.

Stacje benzynowe są trochę inne - przynajmniej ta, na której byliśmy. Być może dlatego, że sporo stacji (przy autostradzie!) jest czynnych tylko do północy; są jednak również takie, które działają całą dobę (o czym informują znaki). Żeby zatankować należy najpierw wcisnąć guzik przy odpowiednim pistolecie, następnie wyciągnąć pistolet i zatankować a na końcu włożyć kartę do czegoś w stylu bankomatu przy dystrybutorze i zapłacić.

Gdy dojechaliśmy do domu było już ciemno, ale udało się nam znaleźć kosz na śmieci (pierwszy punkt dla nas!). Na razie taki ogólny - posortowane odpady muszą poczekać aż znajdziemy dla nich odpowiednie pojemniki na osiedlu (wyszukiwarka śmietników).