Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Finlandia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Finlandia. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 8 sierpnia 2022

Żaglówką do Finlandii

Gdy zimą rozmawialiśmy o letnich wakacjach, wiedzieliśmy już, że będziemy chcieli je spędzić na łódce. Patrzyliśmy na różne trasy, ale głównie na takie, gdzie można by było popływać od portu do portu, niezbyt długie odcinki. Opcja odwiedzenia Ålandii wydawała mi się nieco szalona, ale braliśmy ją pod uwagę w wersji 'popłyńmy do miasta Mariehamn, a jak będzie nam dobrze szło, to może dopłyniemy do Finlandii'.

Archipelag Ålandii to wyspy położone między stolicą Szwecji i Finlandii. Oddzielają morze Botnickie od Bałtyku. Formalnie jest to część Finlandii, ale ma swoją flagę i wszyscy mówią tam po szwedzku (poza tym, że mówią też po fińsku; w kontynentalnej Finlandii oba języki są urzędowe, ale moje doświadczenie jest takie, że łatwiej porozumieć się tam po angielsku niż po szwedzku).

W czasie wiosennych porządków w naszym klubie łódkowym rozmawialiśmy ze Stefanem, który chciał zorganizować grupową klubową wyprawę do Finlandii i Ålandii. Mnie ta opcja trochę przerażała - bo przecież do tej pory pływaliśmy tak, że zawsze ląd było widać, były inne łódki w okolicy, a teraz mielibyśmy płynąć po otwartym morzu, na dodatek nocą! Niemniej towarzystwo doświadczonych ludzi trochę mnie uspokajało i pozwoliło poczuć, że będziemy mieli wsparcie, więc będzie łatwiej; nawet jeśli o czymś sami nie pomyślimy, to inni zwrócą na to uwagę. Dobra okazja, żeby się czegoś nauczyć. Tak dołączyliśmy do grupy.

Im bliżej wyjazdu, tym bardziej intensywne były przygotowania - kupiliśmy stroje na deszcz i niską temperaturę, SUPa zamiast pontonu (wydawał się mniej problematyczny w trzymaniu na łódce, w praktyce okazało się, że w jedynym miejscu, gdzie się u nas mieści, blokuje widok i przejście z jednej strony łódki), zapasowe szekle, linę i grab baga (torbę do ewakuacji, w której znalazły się m.in. nóż, paszporty, krem z filtrem, czekolada i żyłka z haczykami do łowienia ryb). Pierwszy tydzień urlopy spędziliśmy jeżdżąc po sklepach przygotowując się do wyjazdu. Wcześniej, bo 3 tygodnie przed wyjazdem, zamówiliśmy mapy - trzeba było je sprowadzać z Finlandii, przy czym sklepy z mapami miały jedynie fińską wersję językową bez opcji zmiany języka chociażby na angielski. Papierowe mapy (elektroniczne mieliśmy - zarówno na nawigacji na łódce jak i w aplikacji na telefonach) przyszły w ostatniej chwili, odbieraliśmy je rano w dzień wyjazdu - poczta jest na stacji benzynowej, która otwiera się 1.5h przed otwarciem poczty, ale pani z obsługi zrozumiała sytuację i wydała nam paczkę wcześniej.

To, że nasza łódka będzie najwolniejsza, było wiadomo od początku. Motorożaglówki nie są specjalnie dobre ani jako żaglówki ani jako motorówki. Maksymalna prędkość, jaką my możemy osiągać to 6 węzłów; żaglówki innych uczestników mogą pływać po 8-9 węzłów. Po kilku godzinach od wystartowania z naszego portu straciliśmy wszystkich uczestników nie tylko z zasięgu wzroku, ale nawet z zasięgu radia. Wcześniej mogliśmy słyszeć, jak próbowali zrobić kawę, ale za mocno bujało na falach.

[Wyruszamy w drogę]

Fale to ta rzecz, której najbardziej się obawiałam. Prognozy nie mówiły nic o burzach (na szczęście), ale niektóre modele pogodowe przepowiadały nawet 2-metrowe fale. I chyba takie były, bo w nocy widać było, że fala była wyższa niż nasza łódka od powierzchni wody do dachu. Dodatkowo okres fal (tak, to też podają prognozy) był dosyć krótki, więc łódką bujało mocno.

Później okazało się, że w takich warunkach nie tylko ja dostałam choroby morskiej, ale na każdej łódce była co najmniej jedna osoba z takim samym problemem. Ludzie z naszej grupy mówili, że na ogół morze jest dużo spokojniejsze, szczególnie gdy w nocy wiatr się trochę uspokaja.

W nocy niebo było zachmurzone, ale nie całkiem, więc nie zrobiło się też całkiem ciemno - zachód słońca przeszedł we wschód. W czasie, gdy było najciemniej, przekraczaliśmy TSS - taką morską autostradę dla statków transportowych, która znajduje się na granicy szwedzko-fińskiej. Po stronie szwedzkiej płyną statki na południe, a po fińskiej na północ. Mamy na łódce AIS - nadajnik i odbiornik - więc dostawaliśmy ostrzeżenia, jeśli płynęliśmy z kimś na kolizyjnym kursie; trzeba było wtedy zmienić prędkość albo kierunek poruszania się. Przy naszych prędkościach i dobrej widoczności było bardzo dużo czasu na reakcję, niemniej to, że człowiek był zmęczony, śpiący i chory mogło wpływać na podejmowanie decyzji.

[Najciemniejszy moment nocy]

Gdy następnego dnia zobaczyliśmy ląd trzeba było się ogarnąć i wywiesić na łódce gościnną flagę Finlandii. W porcie przywitali nas nasi znajomi z grupy - niektórzy dotarli nawet 6 godzin wcześniej niż my. Nam trasa zajęła 30 godzin głównie dzięki temu, że gdy wiatr słabł podnosiliśmy prędkość dodając do żagli trochę mocy z silnika.

[Finlandia]

Drugiego dnia nasza grupa, bez nas, wyruszyła na wyspę Isokari zobaczyć latarnię morską, a my zostaliśmy w Uusikaupunki (czy używając szwedzkiej nazwy - Nystad), żeby odzyskać siły. Ja w sumie dwie doby żyłam na niedużej ilości suchego chleba i wody. Dopiero trzeciego dnia odważyłam się zjeść kawałek pizzy, a czwartego dnia już mogłam zjeść normalne śniadanie. To doświadczenie spowodowało jednak, że przez całą resztę naszej podróży bardzo uważałam, żeby się przypadkiem nie najeść, jeśli po jedzeniu czekało nas pływanie.

[Informacja o sortowaniu śmieci, a na niej 'kartonki']


[Park wiatraków w Nystad]


[Pooki - restauracja z marynistycznym wystrojem]


[Nagrobek ze szwedzkim tekstem.
Groby z drugiej wojny miały już napisy po fińsku]

wtorek, 8 sierpnia 2017

Inari

Inari to mała miejscowość w północnej Finlandii. Na jej terenie mieszka jedna z grup Samów, która ma swój własny język - Samowie Inari; a w miejscowym centrum kultury samskiej Sajos ma swoją siedzibę Sámediggi (parlament fińskich Samów).

[Jezioro Inari]

W herbie Inari można zobaczyć rybę z rogami. Według samskich wierzeń, każda grupa ryb danego gatunku zamieszkująca akwen wodny miała swojego przywódcę, którego można było poznać po dużych rozmiarach (nawet 2 metry długości) oraz porożu. Jeśli taka ryba poczuła niezadowolenie w stosunku do rybaków, potrafiła na przykład zabrać całą ławicę na głębsze wody tak, by połów nie przyniósł oczekiwanych rezultatów. Dlatego rybacy starali się zaskarbić sobie przychylność takiego rybiego przywódcy, na przykład składając im ofiary.

[Herb Inari; źródło: Wikipedia]

My odwiedziliśmy muzeum Siida. Można tam znaleźć wystawy poświęcone życiu w trudnych północnych warunkach, historii Samów oraz obejrzeć skansen.

[Widok z tarasu restauracji w Siida]

[Miejsce wymierzania kar]

[Czekający na wymierzenie kary, wydrapywali na ścianach swoje imię i datę]

[Podział na pory roku - zimę oznaczono kolorem niebieskim]

poniedziałek, 7 sierpnia 2017

Treriksröset

Treriksröset to kamień graniczny ustawiony w punkcie, gdzie spotykają się Szwecja, Finlandia i Norwegia. Do miejsca tego można dojść kilkunastokilometrowym szlakiem, lub dopłynąć łódką i przespacerować się 3-kilometrową ścieżką.

Podobno dłuża trasa piesza jest nieprzywidywalna ze względu na bobry, którym zdarza się przegryzać pomosty, przez co turyści bez kaloszy mają problem z dotarciem do celu suchą nogą.

Łódka odpływa z fińskiego Kilpisjärvi trzy razy dziennie. Podane przez przewoźnika godziny są, niestety, orientacyjne; my czekaliśmy 40 minut. Łódką płynie się 30-40 minut, a następnie idzie jedyną dostępną ścieżką.

[Widok ze szlaku w stronę jeziora Kuohkimajärvi]

[Jezioro Kuohkimajärvi]

[Łódka M/S Malla przywożąca pasażerów na szlak]

Mimo że na szlaku znajdują się drewniane pomosty, droga była miejscami zalana i trzeba było iść na przykład po kawałkach pociętego drzewa, trzymając się siatki, która chyba wyznaczała granicę ze Szwecją.

[Kładka na szlaku]

[Kładka na szlaku, przy trasie dla skuterów śnieżnych]

[Kwiatki na szlaku]

[Kwiatki na szlaku]

Na szlaku zobaczyć można było ludzi w kapeluszach z siatką, które przypominają kapelusz pszczelarski. Wydawało mi się do dziwne, do czasu, gdy musiałam się na chwilę zatrzymać, żeby ściągnąć kurtkę. Te kilkanaście sekund spowodowało, że obsiadło mnie sporo komarów, które już do końca wycieczki nie dawały mi spokoju.

Tuż przed puntem granicznym jest rozwidlenie szlaku. Żeby skręcić w dobrą stronę, trzeba znać fińską nazwę Treriksröset - czyli Rajapyykki.

[Drogowskaz]

Na kamieniu zaznaczone są godła Szwecji, Finlandii i Norwegii. Dojść do niego można po niezbyt szerokiej drewnianej kładce, która prowadzi wokół kamienia. Zarówno kamień jak i podstawa kładki zanurzone są w wodzie.

[Kładka prowadząca do kamienia granicznego]

[Kamień graniczny]

[Kładka przy kamieniu granicznym]


Informacje o łódce M/S Malla

wtorek, 12 maja 2015

Memma

Memma to tradycyjny fiński deser wielkanocny. Zarówno konsystencją jak i smakiem przypomina rozmoczony pumpernikiel i wygląda trochę jak błoto (przynajmniej ta, którą kupiliśmy, firmy Fazer).

[Opakowanie memmy]

[Błotnista memma]

Nie wiem, jak w Finlandii, ale w Szwecji jest to produkt sezonowy, dostępny w sklepach spożywczych (takich jak ICA) przez miesiąc przed Wielkanocą.

Memmę podaje się zalaną śmietaną i posypaną cukrem pudrem.

[Memma ze śmietaną i cukrem pudrem]

czwartek, 19 lipca 2012

Dookoła Szwecji: Luleå - Kiruna

Gdy oglądaliśmy mapę i patrzyliśmy na trasę zaplanowaną na następny dzień, Marcin zauważył, że całkiem niedaleko jest do Rovaniemi. Co prawda w dokładnie przeciwnym kierunku, ale Finlandia, Mikołaj... kusiło!

Rano udało się nam wstać odpowiednio wcześnie, więc pojechaliśmy w kierunku Rovaniemi. 
Na granicy z Finlandią żadnego śladu po dawnych przejściach granicznych - po prostu za jednym z rond w Haparandzie znajduje się wyższy niż standarowe słup z dwoma tabliczkami "Sverige" i "Suomi". I witamy w Finlandii :)

[prawie w Finlandii]

Pierwsza rzecz, która rzuca się w oczy to brak flag. W Szwecji przy każdym gospodarstwie stoi wysoki maszt, na którym powiewa szwedzka flaga. W Finlandii gospodarstwa wyglądały podobnie, maszty również były, ale na ogół puste - bardzo rzadko można było zobaczyć fińską flagę. Reszta wyglądała podobnie - las, las, las i gdzieniegdzie domy.

Rovaniemi... Zawsze mi się wydawało, że tam, gdzie jest Mikołaj, koniecznie musi być śnieg. A jeśli w okolicy jest jakaś miejscowość, to pewnie taka nieduża wioska, skórzane namioty, renifery... W rzeczywistości Rovaniemi to nie takie całkiem małe miasto. Są tam parki, bloki, sklepy... i ponad 30000 ludzi. Wygląda mniej więcej tak, jak każde inne europejskie miasteczko.

Wioska św. Mikołaja jest dobrze oznaczona, nie sposób jej przegapić. Z Rovaniemi jedzie się do niej samochodem kilka minut. Nie bardzo wiedzieliśmy, gdzie jest wejście do wioski, więc najpierw poszliśmy do sklepu kupić sobie pamiątkowe koszulki z Koła Podbiegunowego. Przy kasie zapytaliśmy o Wioskę, czym skonsternowaliśmy kasjerkę. Zapytała, czy mieliśmy zrobioną rezerwację. Tym razem my nie załapaliśmy, o co chodzi. Chwila wyjaśnień i już wiadomo. Przy Mikołajowej Wiosce są domki do wynajęcia - coś w rodzaju hotelu - i o to pytała kasjerka. A Wioska... właściwie to już byliśmy na jej terenie. Myśleliśmy, że są jakieś bilety wstępu, ale nie było - stąd nasze zagubienie. Parking też był darmowy.

Wioska św. Mikołaja to parking w okolicy którego stoi kilka budynków. W większości znaleźć można sklepy z pamiątkami i restauracje. Ale jest też pokój, w którym można spotkać się z Mikołajem. Tutaj wstęp jest płatny - i wcale nie tani - a znalezione przez nas w internecie opinie turystów są w przeważającej części negatywne, tzn. większość osób, która tam była, uznała, że atrakcja nie była warta swojej ceny. Mikołaj przyjmuje interesantów za takimi drzwiami:

[drzwi do Mikołaja]

Jest też budynek poczty, do którego przychodzą listy od dzieci z całego świata. Zimą podobno fajnie to wygląda, ale teraz, w środku lata, było pusto. Można też wysłać stąd kartkę i zostanie na niej przybita specjalna pieczątka z Koła Podbiegunowego.

[mikołajowa poczta]

Na placu między głównymi budynkami znajduje się linia pokazująca przebieg Koła Podbiegunowego, podpisana w kilku językach.
Jest też niemały plac zabaw, a zimą można sobie kupić wycieczkę psim zaprzęgiem. To musi być super! Ale nie latem. Latem nie ma śniegu i jest dosyć ciepło - było około 16 stopni. To dużo, szczególnie jeśli się liczyło na śnieg ;)

[tablica informująca o Kole Podbiegunowym]


W tej lapońskiej części świata na obiad  nie wypadało zjeść nic innego jak mięso renifera, puree ziemniaczane i dżem lingonowy (z tej czerwonej borówki).

Po przekroczeniu Koła Podbiegunowego jest jedna rzecz, która się zmienia na drodze. Pojawiają się renifery - dzikie i hodowlane. I jest ich naprawdę dużo - nie tak, jak prawie zupełny brak zwierząt na odcinkach drogi z oznaczeniem "uwaga, dzikie zwierzęta". Na trasie z Rovaniemi do granicy fińsko-szwedzkiej spotkaliśmy 3. Przy czym jeden szedł środkiem drogi, w tym samym kierunku co my, a skręcił w jakąś boczną drogę zamiast prosto w gęsty las. Pozostałe 2 usiłowały przejść z przez drogę z jednej części lasu do drugiej.

Jeśli chodzi o Kirunę - nasz cel tego dnia - to na pierwszy plan wybija się kopalnia - duża hałda widoczna jest przed dojechaniem do miasta. Nawet w centrum wszystko jest takie przemysłowe - czy to ratusz czy pomniki, np. w parku znajduje się pomnik młota, a na dworcu kolejowym można zobaczyć pomnik robotników niosących jakiś pręt.

[kopalnia]

[jeden z robotniczych pomników]

[ratusz]

W Kirunie mieliśmy zaplanowany nocleg na campingu. Było trochę ludzi, ale trudno to nazwać tłokiem. Camping poza wyznaczonymi miejscami na przyczepy campingowe i namioty posiadał również część hotelową składającą się z małych szeregowych domków, które w środku wyglądały jak zwykły pokój hotelowy, tyle że przed wejściem były jeszcze jedne drzwi - schowek na narty. W pokoju nie można było trzymać psa, ale można było z nim przyjechać - dla psów przygotowane były osobne miejsca noclegowe.

Mimo że temperatura oscylowała w okolicy 15 stopni, na sąsiadującym z campingiem otwartym basenie ludzi nie brakowało. Nie wiem, czy to miejscowi się kąpali dla ochłody czy też turyści stwierdzili, że skoro są na wakacjach, to trzeba się kąpać.
W głównym budynku campingu, przy recepcji, chyba nie podzielano opinii co do panujących letnich temperatur, bo rozpalono w kominku.

W Kirunie było naprawdę dużo komarów. Trudno było dojść z domku na głównego budynku bez narażenia się na pogryzienie. Kolację jedliśmy w ogródku letnim jednej z restauracji w centrum, co też okazało się nietrafionym rozwiązaniem - jedzenie było bardzo dobre, ale walka z komarami do przyjemnych nie należała.

Dzień polarny... to jest to, co strasznie chcieliśmy zobaczyć. Po jednej nocy nam przeszło ;) Najpierw czekaliśmy do północy, żeby pójść na wyznaczoną ścieżkę, ale potem okazało się że ma ona ponad 4 km, a my byliśmy zbyt zmęczeni, żeby w środku nocy urządzać sobie dłuższy spacer. Fakt, że niebo było prawie bezchmurne, więc była szansa zobaczyć słońce, ale trzeba było obejść sąsiednią górę. Więc zadowoliliśmy się widokiem jasnego nieba.
Problemem okazały się zasłony w pokoju. A raczej ich brak. Same żaluzje nie dały możliwości dokładnego zasłonięcia okien. Poza tym ktoś jeszcze wymyślił okno w drzwiach wejściowych, więc słońce świeciło na nas z dwóch stron (no, nie bezpośrednio, ale jednak). Spanie w takich warunkach, to prawie jak popołudniowa drzemka w przedszkolu - takie same warunki jeśli chodzi o jasność w pomieszczeniu.

[po północy w Kirunie]

[po północy w Kirunie]

[po północy w pokoju]