Jedną z naszych wakacyjnych wycieczek miała być wyprawa kajakowa. Wstępny plan zakładał, że pakujemy do kajaków jedzenie i namiot, bierzemy to na morze, a potem płyniemy na jakąś wyspę, gdzie nocujemy i następnego dnia wracamy do domu.
Zdecydowaliśmy się jednak spać w trochę wygodniejszych warunkach, na łódce. Dzień wcześniej zawieźliśmy tam pościel i zostawiliśmy jedzenie w lodówce.
Trasa miała 13 mil morskich (czyli jakieś 24 km). Dzień był słoneczny, miały być 24 stopnie. Smarując się kremem z filtrem, nie pomyślałam, żeby zostawić grubszą warstwę kremu od spodu ręki - i tam się pięknie poparzyłam. Jak człowiek spaceruje na lądzie w słoneczny dzień, to część ręki (ta, która styka się z tułowiem) opala się słabo. Na wodzie natomiast, opala się ona od światła odbitego w wodzie. Dzięki temu mam teraz tę "spodnią" część ręki ciemniejszą niż tę górną.
Nie polecam również szortów. Na kajaki dużo lepsze są spodnie do kolan - na pewno lepiej chronią nogi przed słońcem. A na dłonie rękawiczki rowerowe. Żeby się schłodzić, często wsadzaliśmy ręce do wody, a to zmywa filtr.
[Trasa]
[Przerwa na lunch]
[Kajaki i otwarte morze]
Według naszych obliczeń, trasa powinna nam zająć około 6h (liczy się średnio 2 mile na godzinę, bo miejscami wiosłuje się szybciej, ale czasem trzeba zrobić przerwę na picie czy oglądanie ptaków). I mniej więcej tyle nam zajęła. Największym problemem okazało się być nie zmęczenie (chociaż mięśnie było czuć), ale upał - poparzenia na rękach i nogach, a do tego brak cienia na morzu. Kapelusz z dużym rondem pomagał chronić głowę, ale cała reszta ciała i tak się nagrzewała. Dlatego też wielką ulgę przynosiły wyspy z drzewami, gdzie można było chociaż chwilę posiedzieć w cieniu.
Najtrudniejszy był fragment, gdzie trzeba było przeciąć zatokę (na mapie jest to odcinek 13-14), bo pływały tam motorówki, więc im szybciej się płynęło tym lepiej. Motorówki są szybkie i robią fale, co nie jest szczególnie fajne (im szybciej i bliżej kajaka płyną, tym większa jest fala). Najgorsze jednak są, według mnie, skutery. Są szybkie i mają mały promień skrętu, więc trzeba się cały czas rozglądać, żeby wiedzieć, gdzie są (albo liczyć na to, że kierujący skuterami będą uważać i nie zrobią nam, kajakarzom, za dużej fali); ponadto są głośne.
[Prawie u celu]
[Odpoczynek]
Ze względu na poparzenia, nie było szans, żebyśmy następnego dnia zrobili w słońcu tę samą trasę (dzień znowu był ciepły i bezchmurny). Wzięliśmy więc spod klubu łódkowego autobus do miasta, a stamtąd taksówkę do domu (latem najbliższy przystanek autobusowy mamy 9km od domu; poza wakacjami jeździ autobus, który zatrzymuje się jakieś 2km od domu i wtedy można by było myśleć, żeby przejść to pieszo).
Po południu zamontowaliśmy na auto bagażnik na kajaki i pojechaliśmy do klubu je zabrać.
Jedną z rzeczy, która bardzo się nam przydała na tej wycieczce było walkie-talkie. Wystarczy, żebyśmy byli od siebie w odległości kilku metrów i już trzeba do siebie krzyczeć, a dzięki temu urządzeniu nawet większa odległość nie jest problemem. Jest to na tyle małe, że przyczepione do kamizelki w niczym nie przeszkadza.
Początkowo planując nasze wakacje myśleliśmy, żeby drugi tydzień urlopu spędzić gdzieś w Azji - Wietnam, Japonia, Tajlandia, Kambodża... W tym czasie zaczęło być głośno o protestach i zamieszkach w Bangkoku, więc doszliśmy do wniosku, że zamiast ryzykować, raczej odpoczniemy w domu.
Po kilku dniach wpadł mi do głowy pomysł, żeby ponownie spróbować zapolować na zorzę polarną. W jakimś nowym miejscu. Sprawdziliśmy loty na Grenlandię, ale nie dość, że bilety lotnicze były dwa razy droższe niż do Indii, to jeszcze okazało się, że miejscowość, do której można polecieć leży niewiele bardziej na północ niż Sztokholm i w drugiej połowie stycznia nie ma tam nocy polarnej. Byliśmy bardzo rozczarowani...
... do czasu aż nie znaleźliśmy tanich lotów na Svalbard. Norwegian! Na miejscu średnia temperatura w styczniu to -16 stopni, lodowce i noc polarna. Zaplanowaliśmy wylot jednego dnia, na drugi wykupiliśmy kilkugodzinną wycieczkę psim zaprzęgiem, a trzeciego dnia powrót.
Przygody na lotnisku nas nie ominęły. Na przesiadkę w Oslo mieliśmy około 2h - biorąc pod uwagę, że do Oslo leci się 1h, nie powinniśmy mieć problemów. Jednak ze względu na śnieżycę w Oslo, zatrzymano nas na Arlandzie i odlot opóźnił się 40 minut.
W Oslo dowiedzieliśmy się, że przesiadka na loty krajowe wymaga odebrania bagażu i ponownego przejścia przez kontrolę osobistą. Jeśli przesiada się na lot międzynarodowy, to można iść bezpośrednio do swojej bramki.
Problem ze Svalbardem jest taki, że formalnie należy on do Norwegii, ale jest od niej niezależny (zarządzają nim obecne na wyspie służby ratownicze). Nikt ze spotkanych pracowników lotniska nie był nam w stanie powiedzieć, czy lot z Oslo na Svalbard jest lotem krajowym czy nie. Teraz wydaje nam się, że był to jednak lot międzynarodowy, ponieważ nasz bagaż nie wyjechał na taśmę, nie musieliśmy go więc nadawać ponownie. Jednak wtedy, w pośpiechu, najpierw czekaliśmy na bagaż, a później biegiem do kontroli osobistej. Kolejka posuwała się szybko, ale była długa. Gdy byliśmy po kontroli, zobaczyliśmy, że boarding na nasz lot już trwa. Więc biegiem do bramki!
Nie mogło być inaczej - nasza bramka znajdowała się prawie na samym końcu korytarza, a po drodze załapaliśmy się jeszcze o kontrolę paszportową. Sprawdzenie dokumentów było na szczęście szybkie - kolejki brak, a do tego nie sprawdzano naszych dokumentów w systemie, tylko zapytano, dokąd lecimy. W odpowiedzi na nasze "Svalbard", usłyszeliśmy "powodzenia". A! Jeszcze na końcu czekała niespodzianka - widzieliśmy bramkę z numerem mniejszym i większym, ale naszej nie było. Pan z jednego ze lotniskowych sklepów pokazał nam wejście - ukryte za barem schody prowadzące piętro niżej. Zdążyliśmy!
Miejscowość Longyearbyen położona jest kilka minut jazdy samochodem od lotniska. Autobusy zsynchronizowane są z przylotami i odlotami, kierowca czeka aż wszyscy zainteresowani transportem wyjdą z niewielkiego budynku lotniska, a później zatrzymuje się przy każdym hotelu wymieniając jego nazwę.
[Lotnisko w Longyearbyen]
W autobusie, poza nami, było jeszcze co najmniej 3 innych Polaków - dwóch rozmawiało po polsku, a trzeci w rozmowie z kimś przedstawił się jako Marian z Łańcuta.
Miałam wrażenie, że jest późne popołudnie, że zjemy w hotelu obiad i będzie już pora spania. Ale szybkie spojrzenie na zegarek przypomniało mi - jest środek dnia. Na Svalbardzie noc polarna naprawdę jest nocą, nie to co w Kirunie, gdzie niebo w południe robiło się jasne i różowe.
[Parking przed lotniskiem - wczesne popołudnie]
Hotel, w którym zamieszkaliśmy stylizowany był na barak - warunki jednak były dobre, a mydło i szampon importowane ze Szwecji. Do tego 2 pokoje, gdzie można napić się kawy, herbaty, zjeść ciastka albo chipsy, poczytać książki, pooglądać TV i popatrzeć na niebo (przez przeszklony dach).
[Kanapy i książki przy hotelowej recepcji]
[Podest z krzesłami i kamiennym stołem w naszym pokoju]
[Zagadka - włącz światło w pokoju]
Między książkami o polarnikach, ich wyprawach, statkach i arktycznych zwierzętach, znaleźliśmy książkę-niespodziankę. Z dedykacją - prezent od jednego z gości. Książka zatytułowana była "Rajastan" i przestawiała kulturę regionu Indii, w którym byliśmy tydzień wcześniej!
[Książka z hotelowej biblioteki]
Ciekawym lokalnym zwyczajem jest ściąganie butów w hotelu. Szafki na buty znajdują się obok recepcji, tuż przy drzwiach wejściowych. Logiczne, że jeśli na zewnątrz jest dużo śniegu, to w budynku szybko zrobiłoby się błoto. Wszyscy hotelowi goście pomykali więc w skarpetach. Mimo kamiennej podłogi nie było zimno; trzeba było jednak uważać na drewnianych schodach, szczególnie przy schodzeniu, żeby się nie pośliznąć.
Z hotelu można było wejść bezpośrednio do restauracji (niehotelowi goście musieli korzystać z innego wejścia - zapewne, by nie nanieść śniegu do hotelu) - Kroa. Restauracja ta słynie z bardzo dużej piwnicy z winami, w której można znaleźć prawie wszystko. Nas bardziej interesowało jedzenie, a szczególnie "łup dnia" (tak w wolnym tłumaczeniu), który nie był dostępny codziennie - nam trafiła się foka. Kelnerka powiedziała, że mięso foki smakuje tranem. Nie brzmiało to, jak dobra rekomendacja, ale zaryzykowaliśmy. Mięso było smaczne, ale kolor niepokojący - ciemnobrązowy, prawie czarny (chyba, że to kwestia oświetlenia).
[Spotkanie z foką ukrytą pod ogórkami]
Na Svalbardzie znajduje się najbardziej wysunięty na północ sklep spożywczy - Coop Svalbard. Sklep oferuje żywność, drobne rzeczy do domu - takie jak żarówki - oraz pamiątki dla turystów.
Czymś, co zaskakuje, gdy weźmie się pod uwagę, że w Longyearbyen mieszka jedynie 2000 osób, jest istnienie tam uniwersytetu.
Na drugi dzień naszego pobytu na Svalbardzie zaplanowaliśmy wycieczkę psim zaprzęgiem do jaskini lodowej. Nie chcieliśmy samej jazdy zaprzęgiem, bo pamiętaliśmy, jak to wyglądało rok wcześniej w Kirunie - siedzi się w sankach po dwie osoby, wiatr wieje, psy śmierdzą, śnieg sypie w oczy a wokół niewiele widać, bo ciemno. Można się tych zachwycać przez 15 minut, ale nie przez 2 godziny.
[Psi dom]
[Psi dom]
Jakie było nasze zaskoczenie, gdy każda para turystów dostała sanki. Powiedziano nam, z którego rzędu mamy przyprowadzać psy. Tak właśnie! Mieliśmy podejść do wskazanych szczekających psów, odpiąć je od budy i przyprowadzić do przydzielonych nam sanek. Tam nam pokazano, jak psy należy przyczepić do zaprzęgu. Mnie ze strachu wmurowało - boję się psów, a tutaj była ich ponad setka, szczekających i wyrywających się do biegu. Jedyne, co byłam w stanie zrobić, to stać i pilnować, żeby pierwsza para się nie ruszała za bardzo. Nie miałam zbyt wiele do roboty, bo one same wiedziały, jakie jest ich zadanie. W tym czasie Marcin uczył się, jak sterować, zatrzymywać i ruszać. Bo okazało się, że każda para dostaje 6 psów, sanie i w drogę! Na 7 turystów jechał jeden przewodnik. W pierwszych saniach. Przez całą trasę patrzył, czy nikt się nie gubi, czy wszystko w porządku...
Marcin prowadził sanki jako pierwszy z nas dwojga; ja się bałam, że nie dam rady, że psy mi uciekną czy coś podobnego się zdarzy. Ale już na drugiej krótkiej przerwie, gdy nasz przewodnik kontrolował, czy wszystkie psy są na swoim miejscu, niepoplątane, czy wszystko mamy pod kontrolą, zamieniłam się z Marcinem.
[Nasz zaprzęg]
Prowadzenie psiego zaprzęgu jest super! Tak bym mogła spędzać każdy weekend.
Tak przynajmniej myślałam, do pierwszej górki, na której musiałam pchać sanki z Marcinem w środku, idąc po śniegu (dobrze, że się w nim nie zakopywałam). Marcin nie mógł wyjść z sanek, żeby było mi lżej, bo wtedy psy zaczynały biec. Mógł jedynie odpychać się od śniegu na zewnątrz sanek - trochę pomagało. Po pierwszym takim podbiegu cieszyłam się, że nie ma 30-stopniowego mrozu, bo źle by się to skończyło dla moich płuc. Dostałam zadyszki i chciałam wracać do domu :D
[Pierwsza para psów z naszego zaprzęgu]
Nie wiem, czy jechaliśmy 1 czy 2 godziny, ale w końcu dotarliśmy do celu. Każdego psa trzeba było odczepić od zaprzęgu i wpiąć do lokalnego łańcucha. I odsunąć sanki od psów. Zanim zdążyłam zapytać, po co je odsuwać, miałam okazję sama zobaczyć. Psy na sanki sikały - tak, że płyta, na której się siedziało, była mokra - fuuu... później miałam okazję się przekonać, że to nie jedyna psia niespodzianka. Psy bardzo lubiły być głaskane. Po jeździe już na tyle się do nich przekonałam, że nie miałam oporów z podchodzeniem, głaskaniem i przytulaniem. Nie pomyślałam jednak, że taki zadowolony pies, nastawiający głowę do głaskania, podnosi jednocześnie tylną nogę i sika mi na spodnie i buty. Bleee! Dobrze, że firma organizująca wycieczkę wypożycza turystom swoje stroje (mówią, że to dlatego, że ubrania później śmierdzą psami i lepiej korzystać z firmowych kombinezonów) i ciepłe buty. Przynajmniej nie musiałam się przejmować, że po powrocie do domu wszystkie ubrania z bagażu będą mi śmierdziały.
[Przed jaskinią]
Psy na lunch dostały tłuste kawałki foki i ryb. Popiły śniegiem. A my udaliśmy się do namiotu wyłożonego skórami reniferów i dostaliśmy lunch turystyczny, który trzeba było zalać wodą z termosu. Dobrze, że przewodnik miał kilka termosów, to starczyło zarówno na lunche jak i na kawę i herbatę.
Po lunchu udaliśmy się do jaskini lodowej. Wejście do jaskini daleko odbiegało od naszych wyobrażeń - zamiast dziury w powierzchni pionowej zobaczyliśmy dziurę w śniegu, po którym chodziliśmy. Dziura była dosyć wąska, a zejście strome (wewnątrz jaskini widzieliśmy zejście używane rok wcześniej i to był dopiero hardcore - do jaskini schodziło się jak do studni, po linie; to by było naprawdę trudne).
Jaskinia jest częścią nieaktywnego lodowca - nic się nie rusza, żadne przejście się niespodziewanie nie zamknie, więc turyści mogą tam wchodzić. Powstała nie przez pęknięcie lodu, ale została wypłukana przez wodę - latem przez jaskinię przepływa rzeka.
[Pęknięcie w podłodze]
[Ściana wewnątrz lodowej jaskini]
W jaskini idzie się po lodzie - w sumie logiczne, skoro to lodowiec - jest ślisko i trzeba uważać, żeby się nie pośliznąć. Na ścianach widać, jak lodowiec przyrastał - między kolejnymi warstwami widać piasek i drobne kamienie. Poza tym na ścianach od czasu do czasu można zobaczyć bekon - lodowy bekon, czyli cienkie pionowe ścianki lodu.
[Lodowy bekon]
[Wnętrze lodowca]
Jednym z najciekawszych doświadczeń wewnątrz lodowca była kompletna ciemność. Usiedliśmy na lodzie (przewodnik ostrzegał, że bardzo łatwo się przewrócić, gdy się traci orientację), zgasiliśmy latarki, wyłączyliśmy aparaty i zamilkliśmy. Takiej ciemności nigdy nie widziałam - nie było absolutnie żadnej różnicy między zamkniętymi a otwartymi oczami (choćby nie wiem, jak się wpatrywać). Było ciemno i cicho - nikt się nie ruszał. Niesamowite.
Indie to kraj kontrastów, co widać również z poziomu hotelowych restauracji. Jedząc śniadanie w pierwszym z hoteli mieliśmy widok na dwa inne - wysokie, nowoczesne budynki, ze szklaną fasadą oraz szlabanem i strażnikami przed wejściem. Między hotelami był prześwit, a tam, na drugim planie, koczowisko - namioty robione ze wszystkiego, co znalazło się pod ręką.
Jadąc samochodem przez miasto można zobaczyć ludzi grzejących się przy ogniskach, ale też gotujących czy kąpiących się tuż przy drodze. Szczytem był ktoś, kto na rondzie, pod wiaduktem, mył sobie głowę. Widać było, że to stałe miejsce do mycia, bo spadek ziemi na rondzie w kierunku jezdni wyłożony był folią, żeby spływająca z włosów woda nie zmywała ziemi, tylko leciała na asfalt.
Mimo że wszędzie widać kobiety zamiatające chodniki, podwórka czy teren wokół miejsca zamieszkania (nawet jeśli jest to prowizoryczne schronienie pod wiaduktem, na gołej ziemi), to i tak śmieci jest pełno. Jest to coś, co bardzo rzuca się w oczy.
Co ciekawe, nie spotkaliśmy się nigdzie z jednorazowymi reklamówkami. W sklepie z ubraniami dostaliśmy taką papierowo-materiałową (nie wiem, co to dokładnie jest, ale z takiego samego materiału zrobiona jest zewnętrzna część najtańszej ikeowej kołdry) torbę z logo firmy. Śniadanie w hotelu zapakowano nam do torby z takiego samego materiału. Zastanawia mnie, czy to są torby bardziej trwałe, czy łatwiej rozkładające się, czy tańsze... nie spotkałam się z takimi nigdzie w Europie.
Z owocowych ciekawostek - proste banany! Pierwsze widzieliśmy w domu T. złożone na małym domowym ołtarzu jako ofiara dla jednego z hinduistycznych bóstw. A potem dostaliśmy takie w hotelu. Proste banany! Widocznie Unia Europejska nie miała na ich krzywiznę żadnego wpływu! ;-)
Poza miastem i w okolicy świątyń zdarzają się siedzące na przydrożnych murach małpy. Poza tym wszędzie można spotkać włochate świnie z irokezem, krowy, dzikie psy, a w okolicy Ajmeru były nawet pawie. W Radżastanie na drogach zdarza się spotkać wielbłądy - jako środek transportu - najczęściej ciągnące za sobą wóz.
Główne drogi w Indiach są całkiem równe, autostrady - płatne - są szerokie, wielopasmowe. Ale już bramki wjazdowe na autostrady przedstawiają obraz nędzy i rozpaczy - brudne, poobijane, obdarte z farby.
[Wjazd na bramki autostradowe - w tle ciężarówka]
Krawężniki w miastach są bardzo wysokie (może nie sięgają kolan, ale tak do połowy łydki to na pewno), jednak nie zniechęca to ludzi do przebiegania przez jezdnię w miejscach do tego nieprzeznaczonych. Bardzo powszechne jest wchodzenie na jezdnię celem przejścia na drugą stronę, czy jazda pod prąd samochodem osobowym lub ciężarówką, nie mówiąc już o motorach, rowerach i rikszach. I jeszcze zawracanie na 3-pasmowej autostradzie, gdy ktoś zauważy, że przejechał swój zjazd i chciałby się do niego wrócić (jadąc, oczywiście, pod prąd).
Ładna, choć krótka, jest droga pomiędzy Ajmerem a Pushkarem. Wąska i kręta droga jednopasmowa przez góry. Przy drodze siedzą małpy i rosną kaktusy. Jest ścieżka dla turystów i taras widokowy.
Przy zjeździe z gór w stronę Pushkaru rozbity był obóz skautów - duże namioty, chłopcy w mudurach, z chustami związanymi pod szyją. Nie spodziewałam się, że skautowskie drużyny działają również w tamtej części świata.
[Obóz skautów]
Z hotelu w Pushkarze mieliśmy widok na miasto i jezioro, ale tuż za hotelowym murem biegały świnie, których kwik słychać było czasami w naszym pokoju.
[Widok z hotelu w Pushkarze]
Największy miks kultur widzieliśmy w okolicy Ajmeru i Pushkaru. Wszędzie są obecne hinduistyczne świątynie - to akurat nic nadzwyczajnego w Indiach, nieprawdaż? Sporo jest również meczetów. Ale widzieliśmu też chrześcijańskie cmentarze i żydowski dom spotkań - jego obecność zaskoczyła nas najbardziej.
Pociąg do Kiruny jedzie około 18 godzin. Są dwa typy pociągów - dzienny i nocny (nattåg). My jechaliśmy nocnym, w przedziale 3-osobowym wykupionym na wyłączność, więc żadnej trzeciej osoby nie musieliśmy się spodziewać.
Przedział wydawał się trochę klaustrofobiczny, ale szybko się przyzwyczailiśmy. Poza trzema łóżkami z pościelą, w przedziale była również umywalka, mały składany stół, worki na śmieci (nie ma tutaj klasycznych metalowych śmietników z pokrywką, jakie pamiętam z PKP, są jedynie zestawy woreczków na śmieci).
[Umywalka]
Woda w kranie nie nadaje się do picia, więc w szafce nad umywalką SJ (Svenska Järnvägar, czyli odpowiednik polskiego PKP) zostawiło 3 kartoniki z wodą pitną.
[Karton z wodą, 250 ml]
Drzwi do przedziału można otworzyć od zewnątrz tylko przy pomocy dziurkowanej karty. Takiej samej karty używa się chcąc skorzystać z prysznica.
[Plan wagonu i informacja dla podróżnych]
[Karty dziurkowane do korzystania z prysznica i otwierania przedziału]
Rano mijaliśmy koło podbiegunowe, co najpierw zostało zapowiedziane przez interkom, chwilę później pociąg dał sygnał a za oknem zobaczyliśmy niebieską tabliczkę z napisem "polar circle".
Gdzieś przed Kiruną pogorszyła się widoczność, pociąg zwolnił a pasażerowie zostali poinformowani, że jest duże ryzyko kolizji z reniferami (my widzieliśmy w sumie dwa stada). Co chwilę było słychać sygnał dawany przez pociąg - i to wcale nie przy skrzyżowaniach z drogami - więc pewnie dla odstraszenia zwierząt.
Do Kiruny pociąg przyjechał z półgodzinnym opóźnieniem. Pierwsze zaskoczenie tego dnia, to to, że w czasie nocy polarnej nie jest całkiem ciemno! Przez 3 godziny w środku dnia jest całkiem jasno - jak to bywa tuż przed wschodem lub po zachodzie słońca.
[Kiruna, droga przy parku kolejowym]
[Kiruna, droga przy parku kolejowym]
[Widok z pokoju hotelowego]
Jakieś 2 dni przed naszym przyjazdem do Kiruny przyszło ocieplenie i z 30 stopni mrozu zrobiło się kilka. Śniegu już było dużo, ale wciąż padało - wiązało się to z ciągłym zachmurzeniem, a więc i zerową szansą na zobaczenie zorzy polarnej. Będziemy musieli jeszcze kiedyś na nią zapolować.
Zostawiliśmy nasze bagaże w hotelu i udaliśmy się na poszukiwania czegoś do jedzenia. Był Sylwester, ale całkiem wczesna godzina popołudniowa, więc byliśmy dobrej myśli. Niestety. Restauracje i bary z lokalnym jedzeniem zamknięte, okoliczne sklepy spożywcze również. Z naszej letniej wycieczki do Kiruny pamiętaliśmy, że na końcu miasta jest centrum handlowe z długo otwartym Coop'em. Sprawdziliśmy na sieci, że również w ostatnim dniu roku sklep jest otwarty do wieczora, więc udaliśmy się w jego kierunku. Po drodze natknęliśmy się na otwartą pizzerię (normalnie wszystkie otwarte knajpy wystawiają takie duże świeczki/znicze przed wejściem, gdy są otwarte; tutaj tego nie zrobili, a na dodatek w środku było przygaszone światło... na szczęście ktoś siadł tuż przy oknie i jadł!). Naszą radość wzbudził, znajdujący się niedaleko pizzerii, mały sklep spożywczy, gdzie zaopatrzyliśmy się w trochę niezdrowego jedzenia na wieczór.
Ze stolicy przywieźliśmy sobie jedną ekstra rzecz na Sylwestra - prawdziwego szampana w małej butelce, którego chłodziliśmy po przyjeździe w umywalce z zimną wodą, bo w pokoju nie było lodówki.
[Szampan]
Ja się specjalnie na trunkach nie znam, ale smakowało to całkiem podobnie do win musujących z rosyjskimi nazwami kupowanymi za kilka złotych w krakowskim Tesco ;)
Na śniadaniu w noworoczny poranek bardzo trudno było znaleźć wolny stół - tak długo krążyliśmy, że wystygła nam jajecznica :( Widocznie wszyscy hotelowi goście, tak jak i my, zwlekali ze wstawaniem ile tylko się dało ;)
Wokół praktycznie sami azjaci - Chińczycy, Japończycy i kilku Hindusów, a wśród nich S, kolega z pracy! Oczywiście wysłałam mu wiadomość na naszym firmowym komunikatorze. Zobaczyliśmy się, pomachaliśmy sobie i tyle. Wiedziałam, że on też wybiera się do Kiruny, ale nie przypuszczałam, że się spotkamy.
Na noworoczne popołudnie zamówiliśmy jazdę psim zaprzęgiem, a zaraz po śniadaniu udaliśmy się na spacer na lokalną górę Luossavaara. M polecał, podobno da się z niej zimą zobaczyć słońce. Chyba jednak nie w taką pogodę, jaką my mieliśmy...
[Droga na Luossavaara]
Najpierw szliśmy chodnikiem (z jednej strony drogi był odśnieżony), później ulicą.... aż doszliśmy do parkingu. Nie było widać żadnej kontynuacji drogi, więc nie bardzo wiedzieliśmy, w którym kierunku się udać. Z pomocą przyszedł nam GPS. Poszliśmy śladem skuterów, śnieg był w miarę ubity, ale śladów butów zupełnie nie było widać. Generalnie niewiele było widać, nawet trudno było czasem stwierdzić, gdzie kończy się zaśnieżona ziemia a zaczyna zachmurzone niebo. Szliśmy twardo do momentu, gdy zaczęliśmy się zapadać po kolana - nawet próba stawiania butów na śladach skutera niewiele dawała... nie byliśmy odpowiednio przygotowani, więc musieliśmy zrezygnować. A było naprawdę blisko!
[Jesteśmy niebieską kropką zmierzającą do czerwonego punktu]
Trasa była szacowana na 1 godzinę, ale chyba w warunkach letnich. My szliśmy 1,5h a i tak nie dotarliśmy na szczyt.
Za to wieczorem pojechaliśmy na psie zaprzęgi! Poza naszą dwójką było jeszcze sześcioro Chińczyków. Kto chciał mógł ubrać kombinezon, cieplejsze buty, czapkę czy rękawiczki. Na saniach, z siedziskiem obitym futrem renifera, mieściły się 4 osoby. Kierowca stał z tyłu. Jako środek napędowy służyło 11 psów - mieszanki malamutów i husky'ch. Podobno husky są obecnie bardzo leniwe i służą głównie jako zwierzaki ozdobne.
Jechaliśmy przez las, wokół pełno śniegu i ciemność - za jedyne światło robiła latarka czołówka naszego kierowcy. Podskakiwanie na nierównościach, zakręty... super wrażenia! Mniej więcej po pół godzinie, w połowie trasy, zaplanowana była przerwa w domku w lesie. Za światło robiły zapalone świeczki, panowie kierowcy zrobili kawę i herbatę, dali cynamonowe bułeczki. Gadaliśmy o psach. I o wysokim sezonie na Chińczyków (którzy jakoś nie śmiali się z dowcipu ;)). A potem w drogę! Zmiana na sankach! Wcześniej siedziałam jako ostatnia, a teraz byłam pierwsza. Wow!
[Psy gotowe do drogi]
Następnego dnia około południa wymeldowaliśmy się z hotelu i trzeba było coś ze sobą zrobić. Kupiliśmy sobie jakieś przekąski na droge (ostatnio, żeby dostać się do wagonu restauracyjnego, trzeba było przejść przez 6 wagonów, a zapowiadało się, że podobnie będzie również w drodze powrotnej; ceny w pociągu są, o dziwo, takie same jak w zwykłych sklepach) i poszliśmy na stację. Niestety stacja mała to i poczekalnię ma niedużą - miejsc siedzących dla nas nie starczyło, a do odjazdu były jeszcze 3 albo 4 godziny. Wróciliśmy więc do centrum poszukać jakiejś kawiarni albo restauracji. Jedna zamknięta, druga otwarta, ale jeszcze tylko przez kilkanaście minut (przy okazji: piekne godziny otwarcia miała w niedziele, od 13:00 do 14:00; widział ktoś takie cudo w innym miejscu na świecie?), w kolejnej tłok, następna znowu zamknięta... ale znalazl sie bar! W cenie lunchu napoje bez ograniczeń - kawa, herbata, sok. Zjedliśmy klopsiki z makaronem gotowanym w mleku. Siedzieli koło nas panowie, którzy bardzo chcieli hamburgery i piwo, ale dostępne były jedynie zestawy lunchowe, więc wzięli to, co my; makaronu chyba nawet nie ruszyli i szybko sie zmyli. My posiedzieliśmy ponad godzinę i wróciliśmy na stację.
Ludzie, którzy siedzieli tam od południa, wciąż nie zmienili swoich pozycji. Jedynie tłum zgęstniał. Z tablicy informacyjnej wynikało, że jeden z pociągów do Narviku jest opóźniony ponad 2 godziny, a drugi co najmniej pół. Na szczęście nasz, w przeciwnym kierunku, przyjechał punktualnie :) Za to do Sztokholmu dotarliśmy z 1,5h opóźnieniem.
Mam 2 karty SIM, każdą od innego operatora. Myślałam wcześniej, że zasieg sieci komórkowej jest wszędzie na tej trasie. Okazało się, że jedna z tych sieci jest prawie wszędzie, za to druga na północy jedynie w większych miastach - szkoda, bo to w niej mam abonament z pakietem danych. Zamiast siedzieć w internecie w czasie jazdy czytałam książkę - "Lód" Dukaja. W dobrym momencie byłam, bo główny bohater jechał Koleją Transsyberyjską w "zimnym" kierunku :)
Po drodze mijaliśmy miasta i skrzyżowania z drogami. Mogę powiedzieć, że raczej trudno, o ile w ogóle, byłoby dojechać za koło podbiegunowe samochodem o tej porze roku. Nawet miasta były odśnieżone jedynie "z grubsza". Drogi wszędzie białe - różnica była w grubości śniegu pokrywającego jezdnię, im większe miasto tym cieńsza.
Gdy oglądaliśmy mapę i patrzyliśmy na trasę zaplanowaną na następny dzień, Marcin zauważył, że całkiem niedaleko jest do Rovaniemi. Co prawda w dokładnie przeciwnym kierunku, ale Finlandia, Mikołaj... kusiło!
Rano udało się nam wstać odpowiednio wcześnie, więc pojechaliśmy w kierunku Rovaniemi.
Na granicy z Finlandią żadnego śladu po dawnych przejściach granicznych - po prostu za jednym z rond w Haparandzie znajduje się wyższy niż standarowe słup z dwoma tabliczkami "Sverige" i "Suomi". I witamy w Finlandii :)
[prawie w Finlandii]
Pierwsza rzecz, która rzuca się w oczy to brak flag. W Szwecji przy każdym gospodarstwie stoi wysoki maszt, na którym powiewa szwedzka flaga. W Finlandii gospodarstwa wyglądały podobnie, maszty również były, ale na ogół puste - bardzo rzadko można było zobaczyć fińską flagę. Reszta wyglądała podobnie - las, las, las i gdzieniegdzie domy.
Rovaniemi... Zawsze mi się wydawało, że tam, gdzie jest Mikołaj, koniecznie musi być śnieg. A jeśli w okolicy jest jakaś miejscowość, to pewnie taka nieduża wioska, skórzane namioty, renifery... W rzeczywistości Rovaniemi to nie takie całkiem małe miasto. Są tam parki, bloki, sklepy... i ponad 30000 ludzi. Wygląda mniej więcej tak, jak każde inne europejskie miasteczko.
Wioska św. Mikołaja jest dobrze oznaczona, nie sposób jej przegapić. Z Rovaniemi jedzie się do niej samochodem kilka minut. Nie bardzo wiedzieliśmy, gdzie jest wejście do wioski, więc najpierw poszliśmy do sklepu kupić sobie pamiątkowe koszulki z Koła Podbiegunowego. Przy kasie zapytaliśmy o Wioskę, czym skonsternowaliśmy kasjerkę. Zapytała, czy mieliśmy zrobioną rezerwację. Tym razem my nie załapaliśmy, o co chodzi. Chwila wyjaśnień i już wiadomo. Przy Mikołajowej Wiosce są domki do wynajęcia - coś w rodzaju hotelu - i o to pytała kasjerka. A Wioska... właściwie to już byliśmy na jej terenie. Myśleliśmy, że są jakieś bilety wstępu, ale nie było - stąd nasze zagubienie. Parking też był darmowy.
Wioska św. Mikołaja to parking w okolicy którego stoi kilka budynków. W większości znaleźć można sklepy z pamiątkami i restauracje. Ale jest też pokój, w którym można spotkać się z Mikołajem. Tutaj wstęp jest płatny - i wcale nie tani - a znalezione przez nas w internecie opinie turystów są w przeważającej części negatywne, tzn. większość osób, która tam była, uznała, że atrakcja nie była warta swojej ceny. Mikołaj przyjmuje interesantów za takimi drzwiami:
[drzwi do Mikołaja]
Jest też budynek poczty, do którego przychodzą listy od dzieci z całego świata. Zimą podobno fajnie to wygląda, ale teraz, w środku lata, było pusto. Można też wysłać stąd kartkę i zostanie na niej przybita specjalna pieczątka z Koła Podbiegunowego.
[mikołajowa poczta]
Na placu między głównymi budynkami znajduje się linia pokazująca przebieg Koła Podbiegunowego, podpisana w kilku językach.
Jest też niemały plac zabaw, a zimą można sobie kupić wycieczkę psim zaprzęgiem. To musi być super! Ale nie latem. Latem nie ma śniegu i jest dosyć ciepło - było około 16 stopni. To dużo, szczególnie jeśli się liczyło na śnieg ;)
[tablica informująca o Kole Podbiegunowym]
W tej lapońskiej części świata na obiad nie wypadało zjeść nic innego jak mięso renifera, puree ziemniaczane i dżem lingonowy (z tej czerwonej borówki).
Po przekroczeniu Koła Podbiegunowego jest jedna rzecz, która się zmienia na drodze. Pojawiają się renifery - dzikie i hodowlane. I jest ich naprawdę dużo - nie tak, jak prawie zupełny brak zwierząt na odcinkach drogi z oznaczeniem "uwaga, dzikie zwierzęta". Na trasie z Rovaniemi do granicy fińsko-szwedzkiej spotkaliśmy 3. Przy czym jeden szedł środkiem drogi, w tym samym kierunku co my, a skręcił w jakąś boczną drogę zamiast prosto w gęsty las. Pozostałe 2 usiłowały przejść z przez drogę z jednej części lasu do drugiej.
Jeśli chodzi o Kirunę - nasz cel tego dnia - to na pierwszy plan wybija się kopalnia - duża hałda widoczna jest przed dojechaniem do miasta. Nawet w centrum wszystko jest takie przemysłowe - czy to ratusz czy pomniki, np. w parku znajduje się pomnik młota, a na dworcu kolejowym można zobaczyć pomnik robotników niosących jakiś pręt.
[kopalnia]
[jeden z robotniczych pomników]
[ratusz]
W Kirunie mieliśmy zaplanowany nocleg na campingu. Było trochę ludzi, ale trudno to nazwać tłokiem. Camping poza wyznaczonymi miejscami na przyczepy campingowe i namioty posiadał również część hotelową składającą się z małych szeregowych domków, które w środku wyglądały jak zwykły pokój hotelowy, tyle że przed wejściem były jeszcze jedne drzwi - schowek na narty. W pokoju nie można było trzymać psa, ale można było z nim przyjechać - dla psów przygotowane były osobne miejsca noclegowe.
Mimo że temperatura oscylowała w okolicy 15 stopni, na sąsiadującym z campingiem otwartym basenie ludzi nie brakowało. Nie wiem, czy to miejscowi się kąpali dla ochłody czy też turyści stwierdzili, że skoro są na wakacjach, to trzeba się kąpać.
W głównym budynku campingu, przy recepcji, chyba nie podzielano opinii co do panujących letnich temperatur, bo rozpalono w kominku.
W Kirunie było naprawdę dużo komarów. Trudno było dojść z domku na głównego budynku bez narażenia się na pogryzienie. Kolację jedliśmy w ogródku letnim jednej z restauracji w centrum, co też okazało się nietrafionym rozwiązaniem - jedzenie było bardzo dobre, ale walka z komarami do przyjemnych nie należała.
Dzień polarny... to jest to, co strasznie chcieliśmy zobaczyć. Po jednej nocy nam przeszło ;) Najpierw czekaliśmy do północy, żeby pójść na wyznaczoną ścieżkę, ale potem okazało się że ma ona ponad 4 km, a my byliśmy zbyt zmęczeni, żeby w środku nocy urządzać sobie dłuższy spacer. Fakt, że niebo było prawie bezchmurne, więc była szansa zobaczyć słońce, ale trzeba było obejść sąsiednią górę. Więc zadowoliliśmy się widokiem jasnego nieba.
Problemem okazały się zasłony w pokoju. A raczej ich brak. Same żaluzje nie dały możliwości dokładnego zasłonięcia okien. Poza tym ktoś jeszcze wymyślił okno w drzwiach wejściowych, więc słońce świeciło na nas z dwóch stron (no, nie bezpośrednio, ale jednak). Spanie w takich warunkach, to prawie jak popołudniowa drzemka w przedszkolu - takie same warunki jeśli chodzi o jasność w pomieszczeniu.
W mieszkaniu od strony kuchni nie bardzo da się oglądać świat przez okno, ponieważ wciąż trwają prace remontowe i okna są zaklejone folią. Przeźroczystą na tyle, że widać, czy oknem jest jasno albo że ktoś właśnie przechodzi. Jednego dnia zastaliśmy zaklejone drzwi - informacja o utrudnionym dostępie do mieszkań dotyczyła godzin 8-16, więc zebraliśmy się trochę wcześniej niż zwykle i 5 minut przed ósmą próbowaliśmy wydostać się z mieszkania. Mocnej taśmy używają robotnicy, skoro napieranie na drzwi nie spowodowało jej odklejenia - na szczęście robotnicy byli niedaleko, więc widząc nasze próby wyjścia krzynęli tylko po szwedzku "proszę poczekać" i z uśmiechem na twarzy pomogli nam się wydostać z domu.
Robotnicy, którzy remontują nasz blok już chyba drugi miesiąc, są z Polski. Nie wiem, czy oni wiedzą, że my też ;-) Ale można było sobie czasem posłuchać - szczególnie jak foliowali nam okna w jadalni w trakcie śniadania - jak narzekali na to, że praca ciężka, że jakieś problemy mają... przeklinali, wyzywali. Ale jak tylko wychodzimy z domu, to panowie robotnicy z uśmiechem mówią po szwedzku "dzień dobry" i "przepraszam" (co bywa trochę dziwne - np. gdy chcąc wyjść z domu przerwaliśmy pracę człowiekowi, który trzymał głowę między prętami barierki i nie dość, że musiał się wyplątać spomiędzy tych prętów, to jeszcze przeprosił nas za tarasowanie wyjścia).
Wracając do zafoliowanych okien - w sobotę rano poszłam do kuchni i zajęłam się przygotowaniem śniadania, gdy usłyszałam Marcina, jak mówi coś o śniegu. Hmm... dzień wcześniej, gdy wracałam z pracy, było dosyć ciepło (tak, to +6 stopni, przy których w polarze robi się zbyt gorąco). Prima Aprilis miał być dopiero w niedzielę, więc zaciekawiona wróciłam do sypialni, patrzę przez okno... a tam biało!
Może nie były to jakieś przytłaczające ilości śniegu, ale trawniki zrobiły się białe. I padało tak cały weekend - momentami dosyć intensywnie. Marcowa śnieżyca. Ale wszystko szybko się stopiło, bo w dzień temperatury były dodatnie (całe 2 stopnie! trzeba było wyciągnąć czapkę!). I teraz jak śnieg posypuje, to tak bardzo nieśmiało. Chyba nie ma co liczyć, że nadchodzące Święta będą białe...
W weekend temperatura wzrostła do jakichś 6 stopni powyżej zera. Kilkoro dzieciaków na placu zabaw biegało w kombinezonach, ale większość miała albo cienkie kurtki albo tylko bluzy czy swetry. Nadeszła wiosna...
W tym samym czasie w Krakowie było 20 stopni. Czyli "wszędzie" ludzie odczuli przypływ ciepła. Tylko każdy na swój lokalny sposób.
Dzisiaj rano powitał nas śnieg. Temperatura była dodatnia (może 2 stopnie powyżej zera), więc śnieg od razu się topił. Ale momentami sypało jakby była zima.
W gazetach pojawiają się informacje, że w drugiej połowie tygodnia będzie nawet 15 stopni ciepła. Ale takie informacje były już tydzień temu i chyba również dwa tygodnie temu. Pewnie taka misja mediów, żeby podtrzymywać ludzi na duchu :-)
Tydzień temu w weekend było tak ciepło (z tego, co pamiętam, to 8 stopni), że ludzie grillowali w parkach :-) Szwedzka reklama Ikei nie wydaje się już śmieszna - wydaje się po prostu prawdziwa: