niedziela, 17 stycznia 2016

Popołudniowy sylwester w Kungshamn

Tegorocznego sylwestra spędziliśmy w Kungshamn - małym miasteczku na zachodnim wybrzeżu Szwecji, między Göteborgiem a Oslo. Jest to miejscowość typowo letniskowa, więc gdy przyjechaliśmy ludzi było mało, a co za tym idzie brak tłoku w sklepie, na ulicy, a do tego cicho.

Kungshamn jest częścią krainy Bohuslän (jednej z 25 historycznych krain Szwecji). W krajobrazie dominują skały o łagodnym, zaokrąglonym kształcie. W samym Kungshamn i na sąsiedniej wyspie Smögen jest bardzo gęsta zabudowa - wyminięcie się dwóch samochodów w bocznej ulicy wymaga współpracy, a często wręcz wycofania jednego z samochodów z tej ulicy; nie mam pojęcia, jak ludzie ogarniają to latem, gdy przebywa tam kilkakrotnie więcej ludzi.

[Widok ze Smögen]

[Widok na port w centrum Kungshamn]

[Centrum Kungshamn]

Niedaleko Kungshamn (niecała godzina jazdy samochodem), znajduje się jeden z nielicznych szwedzkich fjordów - Gullmarn. Nie jest on tak spektakularny, jak norweskie fjordy; trochę przypomina archipelag przy Sztokholmie, z wyjątkiego tego, że zamiast wielu małych wysp, widać po drugiej stronie wody jeden zwarty kawałek lądu.

[Port w Lysekil]

[Port w Lysekil]

W okolicy znajduje się kamień z rysunkami naskalnymi:
[Szewc w Backa]

Do miejsca z rysunkami jedzie się kilka kilometrów wąską drogą, by gdzieś w bocznej drodze znaleźć parking na 2-3 samochody. Łatwo go przegapić.

[Parking przy rysunkach naskalnych w Backa]


W Kungshamn zorganizowano miejskiego sylwestra. W porcie w centrum zamontowano głośniki, z których leciały szwedzkie rytmiczne piosenki (w sam raz do tańczenia, muzyka przypominała tą z lat '60 - '90); do tego rozdawano czekoladki i champisa.
Champis to oranżada z bąbelkami, robiona z winogron i jabłek, w smaku przypomina trochę szampana. Produkowana jest w Örebo od 1910.
Impreza sylwestrowa zaczynała się o 16:00; przed 17:00 było przemówienie burmistrza, a o 17:00 pokaz fajerwerków. Całość skończyła się około 17:15 - to był najwcześniejszy sylwester w moim życiu :D
My spędziliśmy w porcie niecałe pół godziny. Było kilka stopni mrozu, ale wiał mocny zimny wiatr i padał deszcz, co sprawiło, że doszczętnie przemarzliśmy i wróciliśmy do domu. Przemowy burmistrza nie usłyszeliśmy, ale fajerwerki oglądaliśmy przez okno leżąc na kanapie przy grzejniku.

czwartek, 14 stycznia 2016

Śmieciowe problemy

Przedwczoraj Rapport (program informacyjny w SVT1) poinformował o wizycie w Szwecji przedstawicieli norweskich ciepłowni. Sprawa dotyczy śmieci, które Szwecja odkupuje od Norwegii, by przerobić je na ogrzewanie.
Norweskie ciepłownie nie są zadowolone z takiego obrotu sprawy. Problemy ze sprzedażą śmieci do Szwecji są dwa: po pierwszej mniej surowców jest odzyskiwanych w Norwegii, bo taniej jest sprzedać śmieci do Szwecji; po drugie, Norwegia sama chciałaby spalać śmieci i uzyskiwać z nich ciepło. Szwecja importuje śmieci, ponieważ nie starcza jej własnych, by zaspokoić zapotrzebowanie na ciepło; twierdzi więc, że spalarnie norweskie nie są jeszcze wystarczająco efektywne, a Szwecja zapewnia lepsze wykorzystanie "surowca". Norwegowie natomiast twierdzą, że jeśli nie będą mieć śmieci do spalania, to ich ciepłownie nie będą się rozwijać, a więc nie staną się bardziej efektywne.
Do tego dochodzi również koszt transportu (w tym wpływ na środowisko). Przy czym, z nieznanych mi powodów, uwzględnia się tu przewóz pozostałości ze spalenia do Norwegii.

Drugi problem śmieciowy jest lokalny i odczuliśmy go kilka dni wcześniej niż poinformowały o nim media. W Sztokholmie przetarg na wywóz śmieci od początku stycznia wygrała nowa firma. Problem w tym, że nie ma ona sprzętu potrzebnego do opróżniania pewnego typu śmietników. Akurat tego, który mamy na naszym podwórku (i które dominują w okolicy). Z zewnątrz śmietnik wygląda jak walec o średnicy około 1.5 metra i podobnej wysokości; ale jego większa część znajduje się pod ziemią. Gdy przyjeżdża ciężarówka (uwielbiam śmieciarki! ile ja się naczekałam, żeby w końcu "przyłapać" opróżnianie naszego śmietnika!), odsuwa pokrywę i wyciąga wielki worek. Następnie kierowca śmieciarki pociąga za sznurek, co otwiera worek od dołu i śmieci mogą wylecieć na śmieciarkę.
My nasze śmieci (dzięki sortowaniu śmieci, tych do wyrzucenia do zwykłego pojemnika mamy niewiele) trzymamy teraz na balkonie. I tak nawet dzisiaj polecano robić, by nie zwabiać szczurów. Niektórzy lokatorzy zostawiali je jednak koło śmietnika. Na szczęście zarząd naszej wspólnoty zorganizował jakiś większy pojemnik. I czekamy. Podobno odpowiednie śmieciarki pojawią się "już" w przyszłym tygodniu.

wtorek, 5 stycznia 2016

Most nad Sundem

Mój ulubiony szwedzki serial to "Bron" ("Most nad Sundem") wyprodukowany przez telewizje duńską i szwedzką. Kilka tygodni temu zakończyła się emisja trzeciego sezonu. O następnej jeszcze nic nie wiadomo (poza tym, że podobno telewizja norweska jest zainteresowana współpracą), ale biorąc pod uwagę, że na trzeci sezon trzeba było czekać 1,5 roku, nie spodziewam się, by jakiekolwiek informacje na ten temat pojawiły się przed wakacjami.

Serial opowiada o współpracy policji z Malmö i Kopenhagi, a główną bohaterką jest Saga Norén z policji kryminalnej w Malmö. Saga zapamiętuje wiele informacji (jeden z kolegów nazwał ją "chodzącą Wikipedią"), ale ma problemy z komunikacją z ludźmi i wydaje się być całkowicie pozbawiona empatii. Serial ma bardzo ciekawy scenariusz z zaskakującymi zwrotami akcji; mimo że jest realistyczny, to często rzeczy okazują się być całkiem inne niż się początkowo wydawały.
Ale ja nie o tym...

Średnio dwa razy do roku przejeżdżamy przez ten tytułowy most (Öresundsbron). Na ogół nocą. Czołówka serialu przedstawia most nocą. A w każdym odcinku serialu zaskakujące zwroty akcji, przestępcy, policja...

I gdy ostatni jechaliśmy mostem, było ciemno, ruch nieduży, a ja włączyłam piosenkę z czołówki "Bron'a", to poczułam się, jakbym właśnie czekała na kolejny odcinek.

[Czołówka serialu "Bron"]

Julkalendern

W roku 1960 po raz pierwszy szwedzka telewizja wyemitowała serial dla dzieci w formie kalendarza adwentowego - pierwszy odcinek miał emisję pierwszego dnia adwentu, a ostatni w wigilię Bożego Narodzenia. Z czasem wprowadzono niewielkie zmiany, tak że pierwszy odcinek ma obecnie premierę pierwszego grudnia, a serial składa się z 24 odcinków.

Ponieważ dopiero w tym roku po raz pierwszy udało mi się obejrzeć wszystkie odcinki, nie mogę powiedzieć, jak tegoroczny Julkalendern wypadł w porównaniu do poprzednich. Mogę za to powiedzieć, że był bardzo ciekawy!

Tematem przewodnim tegorocznej serii było życie w Szwecji na przestrzeni tysiąclecia - stąd tytuł "Tusen år till julafton" ("Tysiąc lat do Wigilii"). Pokazywał życie rodzin od czasów Wikingów do współczesności (jeden odcinek to jeden dzień w wybranej epoce), z czego ostatnich jedenaście odcinków pokazywało kolejne dziesięciolecia wieku XX i XXI. 

Julkalendern w tym roku wzbudził bardzo wiele emocji. Dzieci pisały listy, w prasie pojawiały się dyskusje "za" i "przeciw"... Co tak kontrowersyjnego było w programie historycznym? Po pierwsze to, że był edukacyjny (widziałam w prasie list od dziecka, które pisało, że jeśli Julkalendern ma mieć wymiar edukacyjny, to należałoby zmniejszyć w grudniu liczbę godzin lekcyjnych). Ludzie byli również niezadowoleni z przedstawiania serialowych rodziców - ojciec unikał pracy i lubił się wygłupiać, a mama była dosyć sztywna. W serialu pojawiały się oskórowane (bóbr bez skóry wygląda przerażająco!) a także wypchane zwierzęta (np. jako dekoracja stołu), co wywołało protesty u dzieci lubiących zwierzęta.

Na potrzeby serialu zatrudniono kucharza znającego historię kuchni, więc w każdym odcinku pojawiały się potrawy charakterystyczne dla danej epoki. Jedzenie z odległych czasów na ogół wzbudzało u dzieci obrzydzenie - w tej sprawie również pojawiały się listy od widzów; zmuszanie do jedzenia rzeczy, które uczestnicy programu uznali za niejadalne, było uznawane niemalże jako znęcanie się nad dziećmi (a było sporo potraw, którymi dzieci pluły).

Jeden motyw bardzo zapadł mi w pamięć. To był jeden z pierwszych odcinków, dzieci musiały pomagać rodzinie w codziennych obowiązkach - każdy na miarę swoich możliwości. Kilkulatka miała za zadanie zbierać pozostawione w domu kozie bobki (to był czas, gdy zwierzęta mieszkały z ludźmi w jednym pomieszczeniu) i zatykać nimi pęknięcia i dziury w ścianach. I to dziecko było strasznie szczęśliwe z tego powodu.
Na końcu każdego odcinka dzieci podsumowywały cały dzień, co im się podobało w danej epoce, a co nie; i ta dziewczynka, z takim ogromnym uśmiechem, powiedziała, że ta epoka jej się bardzo podobała, bo rozgniatanie kozich bobków na ścianie było wspaniałe!

poniedziałek, 14 grudnia 2015

Mecz bez zwycięzcy

W meczach piłki nożnej drużyn dziecięcych (poniżej lat 13) nie będzie ogłaszanych zwycięzców. Przepisy wejdą w życie w roku 2017, niemniej organizatorzy turniejów będą mogli ubiegać się o zwolnienie konkretnych zawodów z przestrzegania tego prawa.

Szwedzki Związek Piłki Nożnej (Svenska Fotbollförbundet) podjął tę decyzję po kilku latach obserwacji grup dziecięcych. Chcą w ten sposób zmniejszyć napięcie i poprawić atmosferę panującą w czasie zawodów.

Źródło: DN Sport

środa, 2 grudnia 2015

Kurs gotowania

Kurs gotowania zakończony - miało być zdrowo i nordycko. Ostatnia, piąta, lekcja była w poniedziałek i trochę mi szkoda, że tak szybko się to skończyło.

W zajęciach uczestniczyłam ja i 4 panów, z których najmłodszy miał około 50 lat, a najstarszy 87 (wiem dokładnie, bo się chwalił). Wyróżniałam się więc pod każdym względem - zdarzało się, że również językowo, bo jednak słownictwa kuchennego raczej nie zdarzyło mi się dotychczas używać, a czasem trzeba było coś "pokroić w plasterki" albo "rozkruszyć".

Nasza nauczycielka była bardzo surowa i często nas strofowała; zdarzało się, że niesłusznie, ale wszyscy uznawaliśmy, że "pani wie lepiej", więc jeśli pytała a my nie znaliśmy odpowiedzi, to myśleliśmy, że to my o czymś zapomnieliśmy, ale czasem okazywało się, że pytanie dotyczyło czegoś, czego się jeszcze nie nauczyliśmy.
Niemniej taka surowa nauczycielka powoduje, że grupa uczniów bardzo szybko się integruje i wspiera - na przykład gdy P. miał posiekać cebulę i zaczął ją siekać tym samym nożem, którego użył do obierania, a nasza nauczycielka akurat stała tyłem, więc nie zdążyła się jeszcze oburzyć, wyciągnęłam mu nóż z ręki i wsadziłam do ręki ten, którego powinien użyć; akcja zakończyła się zanim nauczycielka spojrzała, co się u nas dzieje. Uff! Sukces!
Bywało również, że zastanawialiśmy się, jak coś zrobić, ale brakowało odważnego, który by podszedł do "naszej pani" zapytać, jak to zrobić poprawnie.

Już na pierwszych zajęciach zdążyłam się zorientować, że mam zaległości ze szkoły. Myślałam, że jeśli w opisie kursu było zaznaczone, że trzeba znać podstawy gotowania, to wystarczy, że gotuję w domu na co dzień. Ale nieeee, to nie są te podstawy, o które chodzi. Otóż w szwedzkiej szkole dzieci mają zajęcia dotyczące prowadzenia gospodarstwa domowego (hushållskunskap). Uczą się tam, jakich środków używać do czyszczenia i sprzątania, mają podstawy dietetyki i gotowania. Tam uczą się również, który nóż do czego służy, jak gotować i kroić warzywa. Tu miałam braki - szczególnie w nożach; na ogół jak już zacznę używać jednego noża, to używam go do wszystkiego, chyba że jest to wyjątkowo niewygodne.

Kurs to nie tylko gotowanie, ale też trochę informacji o witaminach, zbożach, soli i o samej nordyckiej diecie. Dostawaliśmy trochę materiałów do poczytania w domu. I byliśmy z tego odpytywani na kolejnych zajęciach! ("Ja nie pytam, jak twoja żona gotuje ziemniaki!! Ja pytam, jak należy to robić! Mieliście przeczytać te materiały, które wam dałam. Tam wszystko jest napisane!")

Teraz, po kursie, wiem między innymi jak przygotować mięso, ugotować brokuła, posiekać cebulę czy przygotować pora. Zaczęliśmy też w domu jeść całego pora, a nie tylko tę białą część; "problem" w tym, że jest go teraz dwa razy więcej do zjedzenia.
Nie udało się natomiast nauczycielce przekonać mnie do jedzenia niemytych grzybów (samo wypędzelkowanie nie usunie chyba wszystkiego z takich kurek, a piasku/ziemi jeść nie planuję), ryb, czy mięsa - nawet jeśli są one poddane później obróbce termicznej; podobno mycie zmniejsza walory smakowe... hmm... myślę, że ziarenka piasku również nie dodają smaku.

niedziela, 8 listopada 2015

Skalne schrony

Trafiłam ostatnio w telewizji na program "Szwedzkie tajemnice" ("Svenska hemligheter"). W jednym z odcinków opowiadano o schronach w Sztokholmie. Poza zwykłymi małymi schronami, które często znajdują się w blokach i w czasie braku zagrożenia są miejscem, gdzie trzyma się wózki, sanki albo rowery, są też większe wykute w skałach (których tu wszędzie pełno). Podziemne stacje metra są również przygotowane na wypadek sytuacji nadzwyczajnej - w programie jako przykład pokazywano stację Stadshagen, ale te same elementy widziałam na Hornstull.

Jednym z elementów są miejsca do zamocowania ścian, by odizolować ludzi przebywających na peronie od tego, co dzieje się na powierzchni. Wygląda to, jak metalowe krążki wtopione w podłogę na poziomie peronu, tuż za ruchomymi schodami:

[Stacja metra Hornstull]

Rynny (obniżenie w podłodze peronu) znajdujące się pod ścianą, wraz z kratkami odpływowymi, nie służą wyłącznie do odprowadzania wody z mycia peronu, ale mogą również służyć do odprowadzania wody z umywalek, które montowane mogą być na stojakach (chyba tych, na których wiszą teraz kosze na śmieci). Dopływ wody jest w miejscach, gdzie obecnie stoją hydranty.

Na wypadek wojny lub katastrofy przygotowany jest również szpital SÖS (Södersjukhuset). Szpital stoi na skale, w której wydrążono dodatkową część szpitala. Kiedyś prowadziły do niej tory, które teraz nie są utrzymywane. Tory prowadziły z portu, by skażonych chorych transportować do szpitala bezpośrednio z centrum miasta. W podziemnej części znajdują się sale dla zwykłych pacjentów, a w części między tymi salami a torami kolejowymi znajdują się śluzy do odkażania i mycia nowoprzyjętych.
W podziemnej części szpitala przeprowadza się obecnie szkolenia.