niedziela, 14 lipca 2013

Szkocja - Aberdeen

Wakacje w samochodzie to jest to, co lubimy. Brak zależności od rozkładów jazdy, przerwy i przystanki tam, gdzie chcemy. Zapakowaliśmy więc naszą nawigację, włączyliśmy przypominanie o ruchu lewostronnym i wynajęliśmy samochód, przez Internet.

Poszukiwanie naszej wypożyczalni samochodów okazało się niełatwe - znaleźliśmy dwie inne, ale naszej ani śladu. W końcu udaliśmy się po pomoc do konkurencji (pozdrawiam panów z Enterprise!) - a oni nie tyle wskazali nam drogę, co zawieźli nas na miejsce. Niesamowicie miłe :)

Wzięliśmy najmniejszą brykę z automatyczną skrzynią - Hyundai i10 z silnikiem 1.4 (co jest o tyle warte wspomnienia, że później przy każdej górce bardzo mu musieliśmy kibicować ;-)). Nasza walizka nie zmieściła się w bagażniku, na szczęście na tylnej kanapie było na nią wystarczająco dużo miejsca.

[My w ruchu lewostronnym]

Jazda z kierownicą po prawej stronie okazała się mało problematyczna - więcej zamieszania wprowadzały inne rozmiary samochodu. Na szczęście ronda w miastach są ładnie wyprofilowane (droga nie wchodzi w rondo prosto, tylko po niewielkim łuku), więc nie jest tak łatwo wjechać pod prąd.

Spodziewaliśmy się zobaczyć w Aberdeen coś ciekawego. To coś było bliżej niesprecyzowane, ale wyraźnie na jego obecność wskazywało obłożenie hoteli oraz ich ceny (prawie 2x wyższe niż w innych miastach, które planowaliśmy odwiedzić).

Po spacerze przez miasto jednogłośnie stwierdziliśmy, że Aberdeen jest brzydkie. Ogródki przez domami są zarośnięte, jest trochę wysokich bloków, a kamienne domy w centrum stoją w bliskim sąsiedztwie kilku(nasto)piętrowych biurowców w stylu lat '80.

[Centrum Aberdeen - Provost Stene's House i jego otoczenie]

Jedynym spójnym i ładnym miejscem, które udało nam się zobaczyć, był kampus uniwersytecki. Uroku  - poza stylem zabudowy - dodawała mu obecność absolwentów w togach i ich odświętnie ubranych gości.

sobota, 13 lipca 2013

Szkocja - Edynburg

Kilka lat temu byliśmy na wakacjach w Walii i wspominamy to bardzo dobrze. Wyspy Brytyjskie znane są ze swojej deszczowej pogody i niezbyt ciepłego lata, co jest ich dużym wakacyjnym atutem, gdyż za upałami nie przepadamy. Bezpośrednich lotów ze Sztokholmu do Bristolu, Cardiff czy Bristolu niestety nie ma, ale są do Edynburga. Tegoroczne wakacje postanowiliśmy więc spędzić w Szkocji i zobaczyć, co ciekawego czeka tam na turystów.
[Edynburg - widok z zamku]

[Edynburg - jedna z bocznych ulic w centrum miasta]

[Dworzec kolejowy Waverly]

Główną atrakcją Edynburga jest, znajdujący się na górze w centrum miasta, zamek. Kamienna budowla na skale robi wrażenie, które niestety psuje wielka plastikowa arena wystawiona na dziedzińcu przed wejściem do zamku. Widownia jest rozkładana na czas lata, dzięki czemu dużo osób może oglądać różne pokazy, spośród których najważniejszy jest sierpniowy Military tattoo.

Na zamku można zobaczyć, jak wyglądało zamkowe i wojskowe więzienie, obejrzeć historię szkockiej  armii oraz zobaczyć prawdziwe klejnoty koronne.

Prosto z zamku poszliśmy na Royal Mile - długa ulica (formalnie to nawet dwie), przy której znajdują się kamienne domy i kościoły, jest wiele pubów i sklepów, a na jej końcu pałac Holyroodhouse. Pałac ten jest oficjalną siedzibą królowej brytyjskiej w czasie jej wizyt w Szkocji - w dniu, w którym byliśmy w Edynburgu królowa wydawała przyjęcie w ogrodzie! Na Royal Mile widzieliśmy wielu Szkotów w kiltach i innych eleganckich strojach, których nawet nie umiem nazwać. Kilku panów miało cylidry, a panie rozmaite kapelusze - od dużych, z woalami, po małe, przypominające kwiaty.

[Goście udający się na przyjęcie u królowej]

Na nasz pierwszy szkocki lunch wzięliśmy haggis z ziemniakami (tattie) i rzepą (neep). Smaczne! Nie jest ani trochę obrzydliwe, a z wyglądu i konsystencji przypomina naszą swojską kaszankę.

Z podobnych "innych" rzeczy na jedno ze śniadań wzięliśmy black puddig (część tradycyjnego szkockiego śniadania), ale to nie było już tak dobre, bo było suche - być może to wina złego przygotowania a nie samej potrawy.

W Edynburgu nie mieliśmy śniadania, ale w naszej okolicy był bar, gdzie takowe można było kupić. Rozmawialiśmy między sobą po polsku i pani z obsługi zapytała, z jakiego jesteśmy kraju, bo tak dziwnie nasz język brzmi jakbyśmy byli z Południowej Afryki. Ha! Tego się nie spodziewaliśmy. Na ogół ludzie słysząc nasz polski lub mój angielski obstawiają Rosję - ale do Afryki to się jeszcze nikt nie zagalopował.

Przy Royal Mile znajduje się ciekawe miejsce, bo trudno to nazwać muzeum - Camera Obscura and World of Illusions, miejsce o ponad 150-letniej tradycji! Na kilku piętrach znajdują się różne eksponaty, których można dotknąć i się nimi pobawić - jest labirynt zbudowany z luster, są zdjęcia, które sprawiają wrażenie trójwymiaru, laserowe obrazy i inne optyczne oraz elektryczne zabawki. Na szczycie budynku znajduje się camera obscura, która pozwala obserwować otoczenie budynku na żywo - nie za pomocą kamery, ale dwóch luster obsługiwanych długą ręczną dźwignią. Super! Poza tym na tarasie widokowym dostępne są lornetki, które pozwalają pooglądać centrum Edynburga.

[Edynburg - widok z budynku Camera Obscura]

[Camera Obscura and World of Illusions - krajobraz i portet w jednym]






poniedziałek, 3 czerwca 2013

Edukacja na świecie

Czasem człowiekowi wydaje się, że wszędzie jest tak samo, jak u niego w domu... Przychodnie, sklepy, szkoła, autobusy miejskie... Jasne, że ludzie narzekają - na kolejki do przychodni, na ceny biletów autobusowych, na poziom nauczania - w jednych krajach bardziej, w innych mniej, ale generalnie zestaw dostępnych "usług" jest ten sam, ludzie mają takie same albo bardzo podobne możliwości do wyboru. I tu zostałam zaskoczona.

Od R dowiedziałam się, że w Bejrucie komunikację miejską ludzie wybierają tylko w ostateczności. Autobusy jeżdżą nieregularnie i są bardzo niebezpieczne. Ludzie jeżdżą na co dzień własnymi samochodami lub wybierają taksówki.
W Libanie nie ma też darmowej edukacji. Jeśli już ktoś zdecyduje się posłać dziecko do szkoły, może wybierać między szkołą angielską a francuską. I musi za nią zapłacić. W domu R mówi się po arabsku, do szkoły chodziła w systemie francuskim, a na studia przyjechała do Szwecji. Edukacyjny miks językowy :)
Fakt, że rodzice muszą płacić za nauczenie swoich dzieci takich podstaw jak czytanie i pisanie, wydaje mi się dziwny... Bardziej oczywiste jest to, że każdy ma prawo się tego nauczyć za darmo i że to państwu powinno zależeć na edukacji swoich obywateli. Wiem, że są kraje, gdzie tak nie jest, ale przypuszczałam, że to może gdzieś w środkowej Afryce.

Słyszałam już wcześniej, że chińscy rodzice bardzo dbają o edukację swoich dzieci. Dbają o to, żeby za dużo czasu nie spędzały na rozrywce tylko zdobywały nowe umiejętności i powiększały swoją wiedzę. Przypuszczam, że to ze względu na brak systemu emerytalnego i politykę jednego dziecka - ktoś będzie musiał tych rodziców na starość utrzymywać, więc lepiej, by miał dobrą i dochodową pracę.
Zaskoczyło mnie więc, gdy L powiedział, że ze względu na swoją kilkuletnią córkę nie będzie wracał do Chin przez co najmniej kilkanaście lat. Dzieci zaczynają tam edukację jako 5-6 latki i już wtedy dostają zadania domowe, nad którymi spędzają kilka godzin dziennie. Kilka lat później zadań domowych jest tyle, że odrabianie ich trwa do północy. A później wcale nie jest lepiej.
L twierdzi, że to wariactwo i nie chce, żeby jego córka przeżyła to, co on. Jedyne, czego żałuje, to to, że dzieciak nie nauczy się chińskiego na super poziomie - rozumienie ze słuchu i mówienie ogarnie (w domu posługują się tym językiem), ale pisanie i czytanie może być zbyt trudne. Szczególnie, gdy chodzi do angielskiego przedszkola i mieszka w szwedzkim środowisku.

Od T dowiedziałam się, że w Indiach też jest presja na dobre wykształcenie. Kilka lat temu rząd podjął walkę z analfabetyzmem i wprowadzono obowiązkową edukację podstawową. Wszystko ponad nią jest płatne. Mimo że college'e nie są darmowe, to i tak trudno się dostać do tych lepszych. Rodzice więc naciskają na dzieci, żeby jak najwięcej się uczyły, bo lepsze oceny to szansa na lepszą szkołę na kolejnym etapie.
Hindusi wierzą, że najlepsza pora na naukę to wczesny ranek. I nie mają na myśli 8 czy nawet 7 rano. Rodzice budzą swoje dzieci o godzinie 4 i sadzają je przy książkach!
Jeszcze kilkanaście lat temu na egzaminach końcowych maksymalny wynik osiągał jeden czy dwóch uczniów na szkołę. Teraz jest ich kilkunastu a nawet więcej. Rodzice naciskają coraz bardziej, widząc, że studia techniczne - szczególnie w IT - to duża szansa na dobrą pracę.

I to wszystko w czasie, gdy zarówno w Polsce jak i w Szwecji obniża się szkolne wymagania i zmniejsza zakres wiedzy do opanowania...

niedziela, 2 czerwca 2013

Kto jest kim

E jak zwykle opowiadał o samochodach - obfotografował jakieś Ferrari i sportowe Subaru. Kierowcą pierwszego był Szwed, w drugim jechał Arab. Z dyskusji prowadzonej przez chłopaków wynikało, że sportowymi samochodami jeżdżą tutaj najczęściej Arabowie. Zapytałam więc żartując:
- M, a jakie ty masz sportowe auto?
M nie odpowiedział, ale hinduscy koledzy zaczęli mnie naprostowywać, że M nie jest Arabem tylko Pakistańczykiem. Hmm... dla mnie Arab to ktoś żyjący w kraju muzułmańskim, więc wliczałaby się cała północna Afryka, Półwysep Arabski i dalej na wschód aż do granicy z Indiami.
S, jako mieszkaniec Tunezji, też jest dla mnie Arabem. Chociaż koledzy twierdzą, że on jest Afrykańczykiem. I nie jest ważne, że on umie pisać/czytać/mówić po arabsku.
Wychodzi na to, że Arabowie to mieszkańcy Półwyspu Arabskiego... powoli nadrabiam zaległości z geografii.

Przy okazji J powiedział, że takie pomyłki się zdarzają. Dla niego przez bardzo długi czas (czyli do czasu przyjazdu do Szwecji) Azjaci oznaczali tylko mieszkańców Azji południowo-wschodniej, czyli Chin, Japonii, Korei i Wietnamu. Jak się zastanowię, to dla mnie ten termin oznacza to samo. Tak jakby Hindusi nie mieszkali w Azji ;)

Kilka dni wcześniej, gdy rozmawialiśmy o rasizmie w różnych krajach, E zapytał mnie, jak ja mogę odróżnić Polaków od Brytyjczyków. Dla niego wszyscy Europejczycy są bardzo podobni. W sumie dokładnie nie wiem, po czym to widać, ale bardzo często da się rozpoznać Polaka (w Ikei często widzę domniemanych rodaków i jak się odezwą, to najczęściej uzyskuję potwierdzenie swoich przypuszczeń), czy generalnie Słowian, Skandynawów i Brytyjczyków.
Takie rzeczy zaczęłam zauważać dopiero na emigracji. Widocznie człowiek podświadomie szuka "swoich" przebywając wśród "obcych" ;-)

środa, 1 maja 2013

Kosläpp

Co roku na wiosnę w swoich zagrodach Arla umożliwia mieszczuchom bliski kontakt z naturą. A dokładniej z producentami mleka - krowami.

Wydarzenie ma miejsce na początku maja, gdy po raz pierwszy po zimie krowy są wypuszczane z obór na pastwiska. Można zobaczyć, jak biegną, skaczą... naprawdę się cieszą! Zarówno przestrzenią jak i zieloną trawą.

Bilety rozchodzą się szybko. T rezerwowała swoje 2 miesiące temu. Sprawdzałam dzisiaj i w żadnej zagrodzie w naszej okolicy nie ma już dostępnych biletów :-( Może w przyszłym roku uda nam się zobaczyć tę krowią radość?

Więcej informacji o Kosläpp, zdjęć, filmów i listę zagród można znaleźć tutaj.

wtorek, 16 kwietnia 2013

Reperkusje po indyjsku

Nie tylko Polacy narzekają na swój rząd. Hindusi i Pakistańczycy cały czas podkreślają, że w ich krajach jest korupcja, władze są nieudolne, przez co każdy obywatel, jak tylko może, unika płacenia podatków.

Rozmawialiśmy dzisiaj o wczorajszym wybuchu w Bostonie. Usłyszałam, że władze USA są dobre dla swoich obywateli, bo grożą zamachowcom, czy wręcz atakują kraje, które stanowią potencjalne zagrożenie dla Amerykanów.
Tymczasem w Azji... po jednym z zamachów w Indiach, premier Indii nałożył sankcje na Pakistan. Zapowiedział... że nie zezwoli drużynie Pakistanu na udział w mistrzostwach krykieta, odbywających się na terenie Indii. Nawet Hindusi uważają, że to brzmi jak dowcip.

piątek, 29 marca 2013

Krówki z Milanówka

Ci, którzy nas odwiedzali, wiedzą, że jeśli chodzi o rzeczy z Polski, za którymi tęsknimy, to numerem jeden są krówki z Milanówka (konkretnie ZPC Milanówek, bo w Milanówku jest kilku producentów tych cukierków).

Jeden z Pakistańczyków od czasu do czasu zagadywał mnie o polskie cukierki, które kilka razy przyniosłam do pracy. Myślałam, że po prostu mu smakowały i chciałby jeszcze spróbować.

Ostatnio zamiast "kiedy znowu przyniesiesz te cukierki?" zapytał o ich nazwę. Powiedziałam mu, że to krówki i zaczęłam szukać linka do strony producenta, żeby mu podać nazwę tych najlepszych. Zanim znalazłam, a poszło to naprawdę szybko, sam zapytał o firmę. Bo jemu chodziło o te konkretne krówki, które ja przynosiłam, te w żółtym papierku.

Podesłałam mu linka i wróciłam do pracy, ale nie na długo. Kolega zawołał, żebym przyszła do jego komputera i wtedy zobaczyłam, że strona milanowskich krówek jest dostępna w trzech językach - polskim, arabskim i angielskim. W takiej właśnie kolejności.

Skąd takie zainteresowanie tymi krówkami u Pakistańczyka? Otóż koledze kojarzą się z dzieciństwem, które spędził w Arabii Saudyjskiej, gdzie pochłaniał nasze polskie krówki! Jak zobaczył, że te cukierki nadal istnieją, to stwierdził, że musi znaleźć sklep, który je wysyła do Szwecji.