piątek, 25 maja 2012

Sikorki w szafce

Niecały miesiąc temu zaczęła się w okolicy naszej kuchni kręcić sikorka. Siadała na barierce naprzeciwko okna, podlatywała do ściany, oglądała... kilka dni później nadal robiła to samo tylko już z mchem i źdźbłami trawy. Podejrzewaliśmy, że buduje gniazdo, ale nigdzie na było widać nawet jego śladu. Do teraz nie widać. Ściana między oknami - tam, gdzie ptak podlatywał - wygląda tak:

[ściana]

Tak właśnie wygląda gniazdo sikorek. Sprytnie się maskują! I bardzo uważają, żeby nikt nie obserwował, gdzie wlatują. Raz ptak leciał w stronę ściany, akurat gdy otwierałam okno, więc zawrócił i usiadł na barierce czekając najwyraźniej aż zniknę mu z pola widzenia.
Widziałam, jak sikorka wylatywała z tej kratki wentylacyjnej (bo chyba nie wyleciała prosto ze ściany?), jednak pojęcia nie mam, jak się mieści między tymi metalowymi elementami.

Otwór wentylacyjny jest podpięty do jednej z szafek, dzięki czemu szafka ma naturalne chłodzenie. Od środka jest taka półokrągła metalowa miska - miejsce w sam raz dla ptaków. Słychać teraz, jak w środku piszczą ptaki - chociaż nie wiem, czy to możliwe, że już się małe wykluły - w sumie jeszcze do niedawna słychać było w tym samym miejscu gdakanie kury...

[zimna szafka]

czwartek, 24 maja 2012

Cukinia

Idąc do sklepu samoobsługowego człowiek nie bardzo się zastanawia, czy umie nazwać wszystkie produkty, których potrzebuje, o ile umie je sam znaleźć na półce.

Kilka razy zdarzyło mi się, że zapytano mnie, jaki gatunek jabłek wybrałam - a ja je wybierałam patrząc na wygląd, czasem na kraj pochodzenia (można trafić w sklepie na jabłka polskie czy niemieckie, ale są również amerykańskie i brazylijskie). Po drugiej takiej akcji zaczęłam brać pakowane firmowo albo z naklejkami opisującymi gatunek. Chyba, że naprawdę spodobają mi się jakieś inne, to wtedy staram się zapamiętać, co biorę.

Dzisiaj kupiłam cukinię. I zostałam przy kasie zapytana, co to jest. Ekhm, jakoś mi tak nie przyszło do głowy zastanowić się wcześniej, czy znam angielską albo szwedzką nazwę cukini. Kasjerka pytała, czy to jest oberżyna - obstawiałam, że nie, ale pewności nie miałam, więc na wszelki wypadek powiedziałam, że nie wiem. Nie wiem, co kupuję. Na szczęście kasjer z sąsiedniej kasy znał kod to na to długie zielone warzywo - nazwa nie była potrzebna.

A cukinia zarówno po angielski jak i po szwedzku to zucchini. Tak po prostu.

środa, 23 maja 2012

Brukiew

Zachciało mi się surówki z selera. Kto kupuje czasem warzywa, ten ma pojęcie jak to wygląda - taka biała kulka, której często można kupić pół (jeśli akurat bulwa jest większa). Poszłam więc do sklepu, na dział z warzywami, znalazłam miejsce gdzie leżały pokawałkowane białe bulwy owinięte folią - ich skóra miała różne kolory od białego po fioletowy, ale kto by zwracał uwagę na szczegóły robiąc szybkie zakupy? Szczególnie, że tak w takiej formie do tej pory widziałam jedynie selera...

W domu, w trakcie robienia surówki, zauważyłam brak charakterystycznego selerowego zapachu... warzywo w smaku najbardziej przypominało kalarepkę... coś się zdecydowanie nie zgadzało. To nie mógł być seler!
Odszukałam na paragonie pozycję, która nic mi nie mówiła, sprawdziłam w słowniku i... to była brukiew (kålrot)!

[brukiew i puree]

Kilka dni wcześniej kupiliśmy puree warzywne - oprócz ziemniaków zawierało marchewkę i brukiew (tyle że my, nieświadomi i zbyt leniwi żeby sprawdzić w słowniku, co jemy, myśleliśmy, że to jakaś odmiana kapusty - tak dosłownie tłumacząc nazwę to jest to "korzeń kapusty"). To jest podobno hit i obowiązkowy dodatek do dań świątecznych w Norwegii. W Szwecji króluje puree ziemniaczane, które można kupić w formie proszku, mrożonki lub "w kiełbasce" - w takiej postaci jak można kupić w Polsce gotowe flaczki albo niektóre serki topione.

niedziela, 20 maja 2012

Park Narodowy Tyresta

Na południe od Sztokholmu - na tyle blisko, że dojeżdża tam komunikacja miejska - leży wieś Tyresta.  A zaraz za nią zaczyna się rezerwat przyrody i park narodowy.

[logo parku narodowego Tyresta]

We wsi jest stadnina koni - jakieś biegały po łące, a kilka mniejszych było wyprowadzanych na spacer - hodowane są owce i kozy. Można sobie popatrzeć na zwierzaki - ścieżka prowadzi tuż obok ich zagród.
Jest duża łąka, na której odpoczywają turyści, jest piknikowa łąka ze stołami i jakiś bar, gdzie można kupić m.in. lody.
Do parku nie ma żadnej opłaty wstępu - a przynajmniej nie udało nam się zauważyć żadnego punktu, gdzie można by było kupić bilet.


[łąka w Tyresta]

Park narodowy znajduje się wewnątrz rezerwatu przyrody - żeby ludziom było łatwiej zorientować się, na co patrzą idąc po ścieżce wzdłuż granicy parku i rezerwatu, przy ścieżce umieszczone są słupki z odpowiednią informacją.

[po lewej park, po prawej rezerwat]

Przy ścieżce zaznaczone są jakieś szczególne punkty - żeby uzyskać dokładną informację, o co chodzi, można zadzwonić pod podany numer albo ściągnąć MP3 ze strony internetowej parku.

Jest wyznaczonych kilka szlaków, my udaliśmy się na spacer wokół jeziora Byl (Bylsjön). Szlaki są dobrze oznaczone - zarówno na drogowskazach, jak i na drzewach - podana jest również ich długość. Problematyczne jest jedynie oznaczenie szlaków, które tworzą zamknięty "krąg" - dla nich na każdym znaku jest podana długość całego szlaku. 


[las]

Niektóre szlaki przeznaczone są dla turystów z wózkami dziecięcymi. Widzieliśmy również oznaczenia dla narciarzy biegowych - tyle że ich trasy nie tyle nie pokrywały się ze szlakami pieszymi, co wręcz szły w poprzek.
Ścieżki są głównie ziemne i żwirowe, ale zdarzają się drewniane chodniki i pomosty.

[ścieżka w lesie]


Przy jeziorze wyznaczone były dwa miejsca, gdzie można rozpalać ognisko - jedno było akurat używane i kłębiło się wokół niego kilkanaście osób. Nieopodal znajdował się schowek na drewno do ogniska.


[Bylsjön]

[schowek na drewno do ogniska]

Przy ścieżce znajdowały się co kawałek stoły piknikowe, ale i tak większość ludzi najchętniej rozkładała koce na skałach lub trawie wokół jeziora i tam zjadali lunch. Widać, że niektórzy szykowali jakiej większe imprezy, bo nieśli ze sobą wypchane duże reklamówki i niebieskie torby z Ikei.

Poza tym las, jak las - pachnący, cichy - tylko trochę zalany. Chyba poziom wody się podniósł ponadstandardowo, bo kawałek ścieżki był nieprzechodni.


[mokradło]

[ścieżka nad mokradłem]

[inne mokradło]

sobota, 19 maja 2012

Rejestracje

Najpierw były dwa miesiące czekania na dokumenty z urzędu migracyjnego (Migrationsverket), później złożyliśmy wnioski do urzędu podatkowego (Skatteverket). Ponieważ składaliśmy wnioski osobno, zaznaczyliśmy, oboje, że zgłaszamy się "pojedynczo", bez małżonka. Okazało się to błędem, bo urzędnicy myśleli - rozpatrując każdy wniosek osobno - że małżonek zgłaszającego się został w Polsce. Po mniej więcej 3 tygodniach dostaliśmy pocztą dokumenty do uzupełnienia wniosku - pytano nas m.in. o liczbę pokoi w szwedzkim mieszkaniu, ilość osób w polskim gospodarstwie domowym i liczbę pokoi w polskim mieszkaniu... Przypominam, że wniosek dotyczył nadania numeru identyfikacyjnego (personnummer - odpowiednik polskiego PESELu). Po wyjaśnieniu wątpliwości w ciągu kilku dni przyszły pocztą nasze numery - najpierw Marcina, a później mój. Teraz możemy już płacić podatki, a ponadto każdy, kto zna nasze imię i nazwisko może z łatwością znaleźć w internecie nasz aktualny adres, datę urodzin oraz numery telefonów (no, przyznam się, że ja swojego nie zarejestrowałam, więc jeszcze nie jest powiązany z moją osobą).

Mając personnummer jest się widocznym dla wszystkich. Marcin dostał właśnie powitalny pakiet ulotek - rabaty do sklepów i restauracji z najbliższej okolicy.

[powitalna ulotka]


Wczoraj złożyliśmy podania o rejestrację w kasie ubezpieczeniowej (Försäkringskassan). Rejestracja jest podstawą do korzystania z państwowej opieki zdrowotnej i zasiłków. Formularzy z podaniami o różne rodzaje zasiłków było w urzędzie tak dużo, że trudno mi było znaleźć ten podstawowy - dotyczący rejestracji.

W poniedziałek będziemy aplikować o szwedzkie dowody (legitimation), bo np. pracownicy banku się dziwią za każdym razem, że człowiek ma u nich konto, ma personnummer a legitymuje się polskim dowodem osobistym.

Będziemy również wysyłać wniosek o rejestrację samochodu. Samochód zgłosiliśmy jako dobro przeprowadzkowe, w związku z czym wstępna opłata była prawie dwa razy wyższa niż przy zwykłej rejestracji. Musimy jeszcze poczekać aż przelew zostanie wysłany, wydrukować potwierdzenie i możemy wysyłać. Co najdziwniejsze, żeby zgłosić wwieziony pojazd do rejestracji, należy przesłać do urzędu oryginał dowodu rejestracyjnego - trochę strach, że list może się zgubić, ale innej drogi nie ma. Po niedługim czasie powinien przyjść dokument, z którym jedzie się na przegląd techniczny. Jak wszystko będzie w porządku tablice zostaną przysłane do domu :) Zobaczymy.

poniedziałek, 14 maja 2012

Parkowy zając

Marcin mówił, że w parku, przez który codziennie przechodzimy w drodze na stację metra, są zające. Ale przez 3 miesiące nie udało mi się żadnego spotkać.

Dzisiaj, gdy wracaliśmy z pracy, Marcin pokazywał mi, gdzie kilka dni temu widział dwa zające. Ja się upierałam, że takich zwierząt tu nie ma, bo przecież tyle razy tędy szłam i jeszcze żadnego nie spotkałam... I wtedy zobaczyłam zwierza pożerającego trawę przy placu zabaw.

[zając nasłuchujący]

[zając uciekający]

Zwierzak był płochliwy i nie dał do siebie podejść zbyt blisko, ale zdecydowanie nie był to ani pies, ani kot, lecz najprawdziwszy dziki zając.

niedziela, 13 maja 2012

Medelhavsmuseet

Na informację o Muzeum Archeologii Śródziemnomorskiej i Bliskiego Wschodu (takie ładne tłumaczenie szwedzkiej nazwy Medelhavsmuseet znalazłam w internecie) trafiłam w metrze - reklamowano poświęconą Etruskom wystawę w 3D. Muzeum jest w centrum miasta, więc można do niego wpaść "przy okazji".

W głównym pomieszczeniu muzeum znajdują się eksponaty ze starożytnego Cypru, Grecji i Rzymu - mniej więcej z tych terenów. Są marmurowe popiersia, rzeźby, nagrobki. Jest złota biżuteria - bardzo precyzyjnie wykonana, np. liście na złotych naszyjnikach mają widoczne żyłki, na małych kolczykach widoczne są głowy węży.
Większość dużych eksponatów można pooglądać z bardzo bliska, bo nie ma żadnej szyby ani taśmy wyznaczającej bezpieczną odległość - i to jest super! Są tylko tabliczki z prośbą o niedotykanie przedmiotów.

[marmurowa płyta nagrobna z połowy 2 wieku n.e.]

[bogini na pniu]

[złoty wieniec laurowy]

[złoty wieniec winorośli]

[półnagie terakotowe kobiety, 1450-1200 p.n.e.]


Na środku głównej sali stoi duża zielona bryła (trudno to jakoś lepiej opisać), w której umieszczone zostały terakotowe figury znalezione niecałe 100 lat temu na Cyprze, przy okazji budowy kościoła. Figurki przechowywane w Sztokholmie stanowią połowę znaleziska (przywieziono je tutaj za zgodą Brytyjczyków, którzy sprawowali w tamtym czasie rządy na wyspie), drugą zostawiono w cypryjskim muzeum.

[terakotowe figurki z Ayia Irini]

[terakotowe figurki z Ayia Irini]

W muzeum jest jedna niewielka piętrowa sala poświęcona Starożytnemu Egiptowi. Widać, że ta część zbiorów jest najcenniejsza, bo bronią jej baaaardzo grube pancerne drzwi.


[steampunkowe drzwi do Starożynego Egiptu]


W ramach tej wystawy prezentowane są sarkofagi Egipcjan, mumie ludzi (jest i dorosły i dziecko), kotów, ptaków, chyba nawet jakiej kozy. I zasuszone malutkie krokodyle.

[Anubis]

[mumia w sarkofagu]

[sarkofag]

[zmumifikowane koty]

[kosmetyki do malowania oczu]

Jedno małe pomieszczenie zostało zaaranżowane jako komnata grobowa - są malowidła na ścianach, posągi i wszystkie niezbędne zmarłemu w zaświatach przedmioty. Tylko trochę tam ciemno - jak to w grobowcu.

Na terenie muzeum znajduje się kawiarnia - jedna jej część, to standardowe pomieszczenie ze stolikami, ale druga znajduje się na balkonie głównej sali muzealnej, a kawiarniane stoliki pooddzielane są od siebie gablotami z pogrupowanymi tematycznie eksponatami.


[Bagdad Café]

[figurki zwierząt w Bagdad Café]

Wystawa poświęcona Etruskom była niewielka - 12 telewizorów z filmami przybliżającymi ich kulturę oraz trochę zdjęć w dużym formacie, które zostały przygotowane specjalnie do oglądania ich w okularach 3D. Całkiem fajny efekt - szczególnie jeśli chodzi zdjęcia płaskorzeźb. Były również dwie prezentacje multimedialne w 3D przedstawiające budowle w czasów Etrusków.

W muzeum, pod niektórymi ścianami, znajdują się ławy z poduszkami dla zmęczonych zwiedzających. Najwyraźniej jest ich zbyt mało w stosunku do potrzeb, bo wystawione są również "wieszaki" ze składanymi taboretami (tak na pierwszy rzut oka, to było ich przynajmniej z 50 sztuk!), które można było sobie wziąć i np. rozkładać przed ekranami albo gablotami, żeby wygodnie kontemplować starożytne dzieła sztuki.

Muzeum wygląda na nieduże, ale 2,5 godziny wystarczyło jedynie na to, by mniej więcej pooglądać zgromadzone eksponaty, zobaczyć kilka krótkich filmów poświęconych Etruskom i poczytać niektóre opisy. Jeśli ktoś jest zainteresowany dokładniejszym zapoznaniem się z prezentowanymi informacjami i eksponatami, to warto zarezerwować sobie nawet 4h, robiąc w trakcie zwiedzania przerwę w Bagdad Café.