czwartek, 22 sierpnia 2013

środa, 21 sierpnia 2013

Spacer po dachu

Prawie rok temu Marcin dostał od swojej firmy bon, który można wykorzystać na jakąś aktywność w Sztokholmie. Jak pierwszy raz oglądaliśmy listę rzeczy do wyboru, to nie znaleźliśmy nic super interesującego, więc bon spoczął w szufladzie.
Ostatnio przypomniało mi się, że niedługo minie mu data ważności. Pamiętałam, że można było pójść we dwoje do SPA. Albo na herbatę do jednego z hoteli w centrum. Przy sprawdzaniu listy atrakcji okazało się, że w ciągu tych kilku miesięcy przybyło ciekawych rzeczy. Wybraliśmy się na spacer po dachu budynku na starym mieście, niedaleko Birger Jarls Torg.

Budynek, po którym się spacerowało, miał chyba 4 kondygnacje - niby niedużo, ale dobrze było widać całą okolicę. W spacerze brało udział około 10 osób, wliczając w to przewodnika i jedną osobę wspomagającą.

Historia Sztokholmu zaczęła się od cięcia kosztów w handlu. W XII wiecznej Szwecji znajdował się już duży port, ale był on drogi. W ramach oszczędności wybudowano drugi. Wybór miejsca pozwalał na kontrolę ruchu wewnętrznego i dostęp do komunikacji ze światem. Slussen, czyli śluza - miejsce, gdzie spotyka się woda słona ze słodką, czyli jezioro Mälaren wpływa do Bałtyku.

Stare miasto wybudowano na pagórkowatej wyspie. W jej wyższej części mieszkali zamożniejsi ludzie, w niższej - biedniejsi. Cały brud, nieczystości i śmieci spływał z góry na dół, gdzie nie tylko niezbyt pięknie pachniało, ale też kumulowały się śmieci. Problem częściowo rozwiązano wbijając w sterty śmieci pale i budując nowe domy na wyższym poziomie.

Problem w tym, że ruchy górotwórcze wciąż działają - południe Szwecji się obniża, północ podnosi. Stolica nieznacznie, ale jednak, też się podnosi. Budynki osadzone na palach przechylają się; nie pomaga im nawet wpompowywanie betonu (które jest skuteczne na Górnym Śląsku, na terenach nad kopalniami). Ludzie mieszkający na Starym Mieście skarżą się, że trzeba poprawiać tapety na ścianach, że drzwi w mieszkaniach zaczynają zahaczać o podłogę.

W czasach, gdy założono Sztokholm, Szwedzi nie bardzo mieli pojęcie o budowaniu miast. Postanowili zatem zatrudnić do tego celu ekspertów - Niemców. Było ich tak wielu, że wybudowali sobie w samym centrum miasta kościół, w którym do teraz odprawiane są nabożeństwa w języku niemieckim i odbywają się niemieckie koncerty.

[Gamla Stan, Stadsholmen]

[Widok na Gamla Stan]

[Ratusz, w którym odbywa się noblowska impreza]

Przy Slussen budowana jest nowa linia metra - o ile dobrze pamiętam, to w ostatnim miesiącu zatapiano fragment tunelu. My z góry mogliśmy poobserwować wykop będący częścią budowy, która ma być skończona w 2014, w związku z czym prace odbywają się tam również w soboty.

[Widok na Västerbron]


Na Riddarholmen znajduje się bardzo ponury kościół. Nie są w nim odprawiane nabożeństwa - jest wykorzystywany jedynie jako miejsce pochówków. Jest w nim tak ciemno, że zwiedzanie jest możliwe tylko od połowy maja do połowy września. Musi być w nim naprawdę ponuro, skoro żona jednego z poprzednich królów poprosiła o pochowanie jej w Hagaparken.

[Riddarholmskyrkan]

Poznaliśmy trochę historii Sztokholmu (było m.in. o tym jak przywieziono w z Francji gilotynę, by przeprowadzić jedną egzekucję; albo o tym, że kobiet nie wolno było wieszać, w związku z czym grzebano je żywcem) i poćwiczyliśmy trochę utrzymywanie równowagi. Szkoda tylko, że wycieczka była taka krótka - jedynie 1,5 godziny.

niedziela, 21 lipca 2013

Zwolnij!

Jechaliśmy E4, środkowym pasem, wyprzedzając wolniejsze auta i będąc wyprzedzanymi przez te szybsze. Za jednym z tych, które nas wyprzedziły, nadjechał policyjny motocykl. Policjant zjechał na prawy pas i dogonił samochód, za którym jechał. Nie musiał się zbytnio wysilać, bo samochód nie jechał jakoś szczególnie szybko.

Wydawało mi się, że skoro policjant ściga kierowcę, to przyspieszy, wjedzie przed samochód i zamacha lizakiem, żeby wskazać mu miejsce zjazdu z drogi. Nic z tego! Policjant co prawda wjechał przed samochód, ale tylko pomachał ręką, a następnie zjechał na wolniejszy pas, zrównał się z kierowcą i chwilę tak jechali. Wyglądało, jakby policjant poklepał go po dachu a potem rozmawiali przez okno, bo jechali równo przez dłużą chwilę. Ale to chyba niemożliwe, bo przy prędkościach autostradowych takie rzeczy mogliby robić tylko kaskaderzy. Ponadto w takich warunkach rozmowa z kimś na motorze jest raczej niemożliwa.

Policjant odjechał. Zatrzymania ani mandatu nie było. Doszliśmy do wniosku, że policjant pouczył kierowcę (jakoś tak... na migi?) i jedynie kazał mu zwolnić. Innego sensownego wyjaśnienia nie udało nam się znaleźć.

sobota, 20 lipca 2013

Dlaczego oni śpiewają (i tańczą)?

Hinduscy znajomi narzekają na produkcje hollywoodzkie. Na co konkretnie? Na brak piosenek! Odpowiednio długie wstawki taneczne są ważne, bo pozwalają na wyjście do toalety, zrobienie herbaty w domu czy kupienie napoju i popcornu w kinie.

Wydawało mi się, że te piosenki to dosyć istotna i widowiskowa część filmu, więc szkoda je przegapić. Dowiedziałam się jednak, że wszystkie te wstawki w formie teledysków można pooglądać w internecie przed czy po obejrzeniu filmu. Poza tym można ich też posłuchać na płycie, więc wyjście na herbatę nie powoduje większych strat.

Gdy ogląda się w kinie produkcję hollywoodzką, wszystkie potrzebne rzeczy trzeba kupić przed seansem, a każde wyjście do toalety skutkuje utratą fragmentu fabuły. Człowiek przyzwyczajony do przerw, musi się od nowa nauczyć oglądać filmu. I to go boli.

piątek, 19 lipca 2013

Przedszkolne wymagania

Słyszałam, że polskie dzieci są gotowe na pójście do przedszkola, gdy przestają korzystać z pieluch. A kiedy gotowe są szwedzkie dzieci? Gdy potrafią samodzielnie chodzić!
P. twierdzi, że do przedszkola najczęściej trafiają 12-18 miesięczniaki, bo wtedy są już na tyle mobilne, że nie utkną zimą w śniegu na kilka godzin.

P. ma w przedszkolu 2 córki, więc i doświadczenie praktyczne w temacie przedszkoli. Mówił kiedyś, że do normalnych praktyk przedszkolnych należy pakowanie zimą dzieci do wózków, przykrywanie kocem i trzymanie na mrozie w godzinach leżakowania.

Sama widziałam, że w okolicznych przedszkolach dzieci, niezależnie od pory roku i pogody, prawie cały czas są na podwórku. Wiosną, gdy jest ładna pogoda, nawet posiłki jedzą na zewnątrz.
Zimą niechodzący dzieciak zostałby ubrany w kombinezon i wysadzony na plac zabaw, gdzie miałby dużą szansę utknąć w śniegu lub w nim popełzać. Mało atrakcyjne jak na zimowe codzienne kilkugodzinne zajęcie.

---

Temperatura przekracza 20 stopni, słońce nagrzewa ulice i budynki... zaczynam tęsknić za śnieżnymi zaspami.

czwartek, 18 lipca 2013

Szkocja - Glasgow i Highlands

W drodze z Tobermory do Glasgow nie mieliśmy zarezerwowanego promu (z Craignure do Oban). Na pierwszym, na który zdążyliśmy, nie było już miejsc, a na drugi musielibyśmy czekać 3 godziny, przy czym nie było pewne, czy miejsce by się znalazło. Postanowiliśmy więc jeszcze raz przejechać się znaną nam już ładną drogą , jadąc do Glasgow przez Fort Williams.

Droga do Glasgow prowadziła przez park narodowy Loch Lomond and the Trossachs. I miejscami zapierała dech. Tutaj znaleźliśmy te widoki, które pamiętaliśmy z okolic Nant Peris w Walii. Te góry są naprawdę niesamowicie piękne!


[Loch Lomond and the Trossachs]

[Loch Lomond and the Trossachs]

[Loch Lomond and the Trossachs]


[Loch Lomond and the Trossachs]

Glasgow jest miastem z ładną architekturą, a do tego jest bardzo przyjazne pieszym. Szerokie chodniki i deptaki w centrum to jest to, co lubię, gdy idę się przejść przez miasto!

[Skrzyżowanie Sauchiehall St. i Newton St.]

[The Glasgow Royal Concert Hall]

[Buchanan St.]

[Argyle St.]

[Trongate]

[Skrzyżowanie High St. z Gallowgate]

[Skrzyżowanie High St. z Gallowgate]

[Merchant Square Shopping Centre]

[Glasgow City Chambers]

[Glasgow City Chambers]

środa, 17 lipca 2013

Szkocja - Tobermory

Na Wyspę Isle of Mull przypłynęliśmy promem. Droga do promu szeroka nie była, ale za to bardzo ładna. Z dużą ilością owiec. Na drodze mieściło się 1,5 samochodu, ale dość często (co jakieś 200 metrów) były zatoczki do wymijania. Były też znaki ostrzegające, jeśli droga zbliżała się do wzniesienia, przez które była ograniczona widoczność. Wszyscy spotkani kierowcy, a nie było ich wielu, grzecznie zatrzymywali się w wyznaczonych miejscach, więc przejazd nie był problematyczny.

[Droga w okolicy Loch Linnhe]

[Isle of Mull widziane z promu]

[Mijanki na Isle of Mull]

[Autobus daje pojęcie o szerokości drogi]

Znacznie częściej niż samochody można było trafić na drodze na owce. Owce leżące, spacerujące, biegające i jedzące. Owce pasły się na wyznaczonych - duuuużych - obszarach ogrodzonych płotem. Przez ich pastwiska przebiegała droga, więc postawienie bramy między pastwiskami nie byłoby optymalnym rozwiązaniem. Użyto więc innego - cattle grid. To takie poprzecznie ułożone, dość wąskie belki, między którymi są na tyle głębokie rowki, że owcza (ani krowia) noga nie jest chętna korzystać z tego przejścia.

[Owce drogowe]

[Owca przydrożna]

[Cattle grid]

Tobermory to niewielka miejscowość z kolorowymi domami oraz portem dla jachtów i łódek. Gdy przyjechaliśmy było pochmurno i padało - o taaaak, takiej pogody oczekiwaliśmy od Szkocji! Po przejściu się wzdłuż głównej ulicy i zjedzeniu tradycyjych frytek z rybą (i octem!) sprzedawanych z vana na nabrzeżu (trafiliśmy na porę między lunchem a obiadem, więc żadna restauracja nie sprzedawała ciepłych posiłków; tak było w każdej miejscowości, którą odwiedziliśmy) pojechaliśmy do hotelu (w sumie to było coś między B&B a hotelem), w który - z powodu brzydkiej pogody - zostało włączone ogrzewanie. Miło było się po przemoknięciu ubrać w taki rozgrzany na kaloryferze szlafrok, bardzo miło.

[Tobermory]

[Tobermory]

[Tobermory]

[Port w Tobermory]

[Port w Tobermory]

[Łódka ogrodowa]

[Esencja brytyjskości]

Następnego dnia pojechaliśmy na morskie safari oglądać delfiny. Nie skakały tak ładnie, jak można zobaczyć na filmach albo w delfinarium, ale widać było płetwę i kawałek grzbietu, gdy się wynurzały. Były też walenie - wynurzały się rzadziej (według przewodnika co kilka minut), więc jak się przegapiło jedno wynurzenie, to na następne trzeba było trochę poczekać. Delfiny wynurzały się po kilka razy pod rząd, więc z nimi było łatwiej. Zastanawiałam się, dlaczego nasza łódka nie podpłynęła bliżej, ale później przeczytałam, że firmy oferujące takie wycieczki są często zrzeszone w czymś w rodzaju towarzystwa przyjaciół delfinów i zobowiązane są do nie podpływania zbyt blisko, żeby im nie przeszkadzać.
W czasie wycieczki widzieliśmy jeszcze grupę fok wylegujących się na skałach i pływających w okolicy plaży na jednej z okolicznych małych wysp. Obserwowały nas z takim zainteresowaniem jak my je.
Mijaliśmy również gniazdo orłów morskich. Mimo szczegłówych objaśnień gniazda nie widziałam - być może przypominało jeden z krzaków, których było sporo w okolicy - za to lecącego orła owszem.

[Focza wyspa]

Cafe Fish jest restauracją polecaną zarówno w Internecie jak i w lokalnych hotelach. Jej wyjątkowość polega na tym, że posiada swój własny kuter, który przypływa pod restaurację w okolicy godziny 16:00. 1,5 godziny później wszystkie rzeczy, które udało się złowić, będą serwowane restauracji. Nie zawsze wszystkie pozycje z karty są dostępne - zależy to między innymi od pogody, przypływu i pewnie szczęścia rybaków.

W tej restauracji po raz pierwszy w życiu jadłam małże, w gulaszu rybnym. Wszystko było super, ale małże (dobrze, że przynajmniej były ugotowane) mają takie obrzydliwe syfony. Nie mogłam na nie patrzeć, ale jak je jadłam, to tylko o nich myślałam :-/ Nie mogę powiedzieć, żeby było to niedobre, ale mój mózg skupiał się na tych rurkach... ble!


[Gulasz rybny]

Marcin wziął przegrzebki. Nie bardzo wiedzieliśmy, co to jest, więc zapytaliśmy kelnerkę. Przyniosła muszlę i wyjaśniła jak to żyje oraz jak ucieka przed statkiem. Wyglądało to zabawnie :)