niedziela, 6 października 2013

Chińscy dziadkowie

W. pochodzi z Chin i pracuje w firmie, z którą blisko współpracujemy. Dzięki temu, że mamy wspólną kuchnię, czasem zdarza się nam spotkać i pogadać.
W. kupił niedawno mieszkanie. Od jakiejś chińskiej rodziny, która przeprowadzała się do większego mieszkania. W. mówił, że jak będzie miał dzieci, to też będzie musiał kupić większe mieszkanie, bo w ich kulturze, to dziadkowie zajmują się wnukiem przez pierwszy rok jego życia. W praktyce wygląda to tak, że dziadkowie przyjeżdżają (bądź przylatują, jeśli dziecko mieszka w innej części świata), wprowadzają się do rodziny swojego dziecka i mieszkają z nią przez cały rok.
Nie wiem, czy to zależy od regionu Chin, ale wcześniej słyszałam, że chińskie mamy nie pracują do czasu aż dziecko pójdzie do szkoły. Chyba, że te dwie rzeczy - roczna pomoc od dziadków i niepracująca mama - funkcjonują jednocześnie. Tylko co w takim przypadku robi mama przez te pierwsze 12 miesięcy?

piątek, 4 października 2013

Piłkarzyki

Chłopaki z pracy przeginali z rozrywkami. Potrafili 3 razy dziennie spędzać po pół godziny na piłkarzykach - wiem, bo kiedyś z ciekawości zmierzyłam im czas.
Problem w tym, że nie wyrabiamy się z zadaniami, nie udaje nam się osiągnąć zaplanowanego celu... sytuacja firmy też jest nieciekawa. Chłopaki to widzą - chociażby na burndown chartach. Ale to nie skłania ich do większego przykładania się do pracy.

Poprosiłam więc E, naszego HRowca, o rozmowę i powiedziałam, w czym widzę problem. Jedyne rozwiązanie, jakie ja widziałam, to zwrócenie programistom uwagi, żeby tyle czasu w godzinach pracy nie spędzali na graniu. Ale E miał lepszy pomysł - i, co lepsze, widzę, że skuteczny!

Razem z N. i N. na piłkarzyki chodzi D. D. jest Szwedem i naszym grafikiem. W sumie chyba nikt się nie orientuje w jakie dni on pracuje w biurze, ale najważniejsze, że wywiązuje się ze swoich obowiązków i dostarcza to, co potrzebne. E. poprosił D., żeby po 5 minutach gry mówił chłopakom, że czas wracać do pracy. I tyle. Taka luźna uwaga od starszego kolegi.
Nikt nie dostał "nagany", nikt nie poczuł się dotknięty, a cel został osiągnięty. Jak dla mnie - niesamowite!

czwartek, 3 października 2013

Nieodpowiedni kolor

100 000 koron kary dostała pani z Sundbyberg za pomalowanie domu na niebiesko.

Dom leży na terenie będącym pod ochroną jako dziedzictwo kulturowe. Przed zmianą koloru właścicielka wysłała więc pismo do zarządcy dzielnicy z pytaniem, czy może to zrobić. Dostała pozytywną odpowiedź, przy czym zaznaczono, że nowy kolor musi pasować do otoczenia.

W przeszłości dom miał już różne kolory, w tym również niebieski, więc właścicielka pomalowała go na kobaltowy niebieski. Okoliczne dzieci nazywają go teraz domem Muminków.
Niedługo po przemalowaniu domu, jego właścicielka dostała list z informacją, że dozwolone w jej okolicy kolory to jedynie biały i kawa z mlekiem. W związku z czym nałożono karę w wysokości 100 000 koron. Za każde 6 miesięcy, w których dom ma zły kolor.

Link do artykułu na "Mitt i".

środa, 2 października 2013

Norweska autostrada

W maju tego roku, gdy odwiedziliśmy Norwegię, zdarzyło nam się przejechać niewielki odcinek trasy norweską autostradą. Bramek nie było, a płacić na trasie można było jedynie gotówką i w tym celu trzeba było zjechać przed autostradą do miejsca poboru opłat. Nie mieliśmy gotówki, więc pojechaliśmy przed siebie, zastanawiając się, czy dostaniemy z tej okazji mandat czy nie.

Właśnie dostaliśmy rachunek. Ze zdjęciem, na którym nie widać nic poza rejestracją samochodu (bardzo wyraźną) - cała reszta jest czarna. Rachunek jest napisany po szwedzku, przekręcili nam nazwisko (bo Marcin zamiast jednej polskiej litery, ma literę fińską, która najwyraźniej nie występuje w norweskim), a kwotę podano w koronach norweskich i szwedzkich - co jest o tyle dobre, że nie trzeba będzie się zastanawiać, ile dokładnie przelać.

wtorek, 1 października 2013

Buka

Buka z Muminków w oryginale nazywa się Mårran. Chciałam wiedzieć, skąd się wzięła polska nazwa, więc zapytałam Szwedów, czy słowo mårra coś znaczy. O., mój szef, stwiedził, że nie, ale sprawdziłam to później w Internecie i według Wikipedii nazwa pochodzi od szwedzkiego czasownika morra, co znaczy warczeć lub mruczeć.

Gdy N. powiedział, że w Rosji Buka nazywa się Moppa, czyli tak samo jak po szwedzku, zaczęłam się głośno zastanawiać, skąd się w takim razie wzięła polska nazwa. N. skojarzył, że jest takie rosyjskie słowo, które brzmi jak polska "buka" i oznacza coś - o ile dobrze pamiętam - straszącego, budzącego grozę.
No ładnie! Rosjanie mają nazwę zbliżoną do oryginału, a Polacy dostali w prezencie nazwę rosyjską ;-)

poniedziałek, 30 września 2013

Plecy zwrócone ku niebu

Przed wyjazdem na Fogdö, O. pytał, czy ktoś ma jakąś alergię pokarmową, czy czegoś nie je.
N. jest chicketarianinem, jak go ładnie nazywamy, bo je kurczaki, ale poza tym jest wegetarianinem (czyli żadnych ryb, krewetek czy żelatyny zwierzęcej).
F. je generalnie wszystko, ale w związku z tym, że krążą legendy o tym, co Chińczycy jedzą - między innymi robaki wszelkich rodzajów, szczury etc. - F wyjaśnił, że jest prosta zasada kierująca Chińczykami przy wyborze jedzenia. Zasada ta mówi, że można jeść wszystko, co ma plecy zwrócone w kierunku nieba - nie je się więc m.in. innych ludzi ani małp.

niedziela, 29 września 2013

Młynek do pieprzu

- Co to jest? - zapytał F
- Latarnia morska - odpowiedział O. i się uśmiechnął
- No tak, widzę. Ale do czego to służy? - kontynuował F obracając spory drewniany przedmiot w rękach
- Popatrz od dołu, to zobaczysz - podpowiedziałam
- Ale ja nie rozumiem napisów - odpowiedział zmartwiony F
- Nie na napisy, popatrz na mechanizm
Jednak F nadal nie wiedział, co trzyma w rękach. Ktoś się zlitował i powiedział w końcu, że to jest młynek do pieprzu. Gdy jednak F zapytał, jak to działa i zaczął rozkręcać, dotarło do nas, że on nigdy tego nie używał. Fajnie było zobaczyć radość w jego oczach, gdy odkręcił przykrywkę i zobaczył w środku ziarna - O! pieprz!
- Nie używasz pieprzu? Przecież to jedna z zestawu dwóch podstawowych przypraw: pieprz i sól. - skomentował zdziwiony D.
- Soli też nie używam. - odpowiedział F z poważną miną.
W tym momencie zdziwili się wszyscy. F gotuje sobie obiad i przynosi domowy lunch do pracy prawie codziennie (fakt, że zawsze jest to to samo: ryż z jajkiem i sosem sojowym), więc gotować potrafi.
- To czego używasz, gdy gotujesz? Trudno zastąpić pieprz i sól.
- Sos sojowy i imbir - odpowiedział F bez mrugnięcia, to takie oczywiste.