Kilka dni przed odebraniem kluczy do mieszkania, zadzwonił do nas jego poprzedni właściciel. Prosił, żeby ktoś z nas się zjawił ocenić czystość mieszkania, po tym jak posprząta je wynajęta ekipa. Zabrzmiało to dziwnie... jasne, że każde wynajmowane w Polsce mieszkanie przed przeprowadzką sprzątaliśmy - odkurzyć, zetrzeć kurze, umyć lodówkę, podłogi i okna. Ale nie zauważyłam, żeby któryś z właścicieli kontrolował to dokładniej.
Jak przyszłam do mieszkania, na klatce schodowej czekał już na mnie właściciel i cała ekipa sprzątająca (3-4 osoby). Dostałam listę posprzątanych rzeczy - były na niej również takie drobiazgi jak kontakty czy listwy przypodłogowe. Widziałam, że nawet drewniane drzwi zostały wypastowane. Wygląda na to, że mogłabym później narzekać, jakby coś nie było dobrze posprzątane... bo inaczej po co bym miała przyjeżdżać i "zatwierdzać" dokładność sprzątania?
Nas czekało sprzątanie wynajmowanego mieszkania przed jego oddaniem. Pytałam więc znajomych z pracy, jak to wygląda. Dowiedziałam się, że, jak zwykle, zależy to od wynajmującego. Ale sprawdzanie czystości piekarnika, miejsca za kuchenką oraz między kuchenką i szafkami, czy pod lodówką, to nic dziwnego. Poza przestrzenią między szybami, sprawdzane są też żaluzje w oknach. Wszystko może być podstawą do tego, żeby nie zwrócić całej kaucji.
Posprzątaliśmy więc mieszkanie sumiennie (nie odsuwając jednak lodówki czy kuchenki) i oddaliśmy właścicielce. Nie zgłosiła żadnych zastrzeń. Pytała jedynie, skąd wiedzieliśmy, co mamy sprzątać - powiedzieliśmy, że sprzątaliśmy według listy, którą dostaliśmy w nowym mieszkaniu. To ją usatysfakcjonowało.
Sprzątanie generalne zabiera trochę czasu, ale firmy sprzątające też się cenią. Wyczyszczenie mieszkania o powierzchni 60-70 m2 kosztuje 2000-3000 koron. Ale jak komuś zależy na czasie, to firma jest się w stanie uwinąć ze wszystkim w 2 godziny!
sobota, 16 marca 2013
niedziela, 10 marca 2013
Naklejka na skrzynce
W naszym pierwszym szwedzkim mieszkaniu, przynajmniej na początku, nie mieliśmy swojego nazwiska na drzwiach. We wszystkich urzędach, gdzie podawaliśmy nasz adres, po naszych nazwiskach podawaliśmy "c/o" wraz z nazwiskiem właścicielki mieszkania.
Problem z adresowaniem polega na tym, że mieszkania nie mają numerów. To znaczy formalnie, ze względów podatkowych, mają, ale nie są one używane w codziennym życiu. Wysyłając do kogoś list podaje się tylko numer budynku i nazwisko, bez numeru mieszkania.
Dlatego bardzo ważne jest, żeby przy adresie umieścić nazwisko, które znajduje się na skrzynce. Skrzynka na listy to dziura w drzwiach mieszkania (drzwi są najczęściej podwójne, więc korespondencja i wszelkie ulotki lądują pomiędzy jednymi a drugimi drzwiami) i na niej umieszcza się nazwisko.
Gdy przeprowadziliśmy się do naszego nowego mieszkania, wyleciało nam to z głowy. Nie dostaliśmy więc żadnego listu skierowanego do nas, za to dostawaliśmy listy zaadresowane do poprzednich właścicieli. Dopiero po tygodniu pomyśleliśmy, że to pewnie z powodu złego nazwiska na drzwiach.
Po zmianie skrzynkowej kartki na naszą - napisaną odręcznie na kawałku koperty, ale z naszymi danymi - dostaliśmy z poczty kilka listów, które miały (teraz już częściowo zdartą) naklejkę (czasem więcej niż jedną) z informacją o nieznalezieniu nazwiska. Właśnie nazwiska, a nie adresata.
W połowie miesiąca spółdzielnia umieściła nasze nazwisko na liście lokatorów i dała nam na skrzynkę ładną kartkę z nazwiskiem. Nazwiskiem Marcina. Mamy tutaj różne nazwiska, bo Marcinowi podanie wypełniała pani z urzędu i znalazła "ó" na swojej klawiaturze (podobno jest w fińskim), a ja wypełniałam swoje sama i usunęłam wszystkie ogonki. I teraz się różnimy jedną kreską.
Problem z adresowaniem polega na tym, że mieszkania nie mają numerów. To znaczy formalnie, ze względów podatkowych, mają, ale nie są one używane w codziennym życiu. Wysyłając do kogoś list podaje się tylko numer budynku i nazwisko, bez numeru mieszkania.
Dlatego bardzo ważne jest, żeby przy adresie umieścić nazwisko, które znajduje się na skrzynce. Skrzynka na listy to dziura w drzwiach mieszkania (drzwi są najczęściej podwójne, więc korespondencja i wszelkie ulotki lądują pomiędzy jednymi a drugimi drzwiami) i na niej umieszcza się nazwisko.
Gdy przeprowadziliśmy się do naszego nowego mieszkania, wyleciało nam to z głowy. Nie dostaliśmy więc żadnego listu skierowanego do nas, za to dostawaliśmy listy zaadresowane do poprzednich właścicieli. Dopiero po tygodniu pomyśleliśmy, że to pewnie z powodu złego nazwiska na drzwiach.
Po zmianie skrzynkowej kartki na naszą - napisaną odręcznie na kawałku koperty, ale z naszymi danymi - dostaliśmy z poczty kilka listów, które miały (teraz już częściowo zdartą) naklejkę (czasem więcej niż jedną) z informacją o nieznalezieniu nazwiska. Właśnie nazwiska, a nie adresata.
W połowie miesiąca spółdzielnia umieściła nasze nazwisko na liście lokatorów i dała nam na skrzynkę ładną kartkę z nazwiskiem. Nazwiskiem Marcina. Mamy tutaj różne nazwiska, bo Marcinowi podanie wypełniała pani z urzędu i znalazła "ó" na swojej klawiaturze (podobno jest w fińskim), a ja wypełniałam swoje sama i usunęłam wszystkie ogonki. I teraz się różnimy jedną kreską.
czwartek, 7 marca 2013
Nielegalna broń
Przez najbliższe 3 miesiące szwedzka policja organizuje akcję zbiórki... nabojów i broni palnej. Żeby było śmiesznie, nabojów i broni nielegalnej.
Szwedzi wychodzą z założenia, że im łatwiejszy jest dostęp do broni, tym większe ryzyko, że zostanie ona użyta do popełnienia przestępstwa. Lepiej więc dać ludziom szansę pozbycia się broni niż ryzykować.
Wcześniej amnestia ogłaszana była dwukrotnie - w roku 1993 i 2007. W czasie tych dwóch akcji zebrano prawie 30 tysięcy sztuk broni i 29 ton nabojów.
Broń można zostawić na najbliższym posterunku policji do końca maja.
Szwedzi wychodzą z założenia, że im łatwiejszy jest dostęp do broni, tym większe ryzyko, że zostanie ona użyta do popełnienia przestępstwa. Lepiej więc dać ludziom szansę pozbycia się broni niż ryzykować.
[Magazyn "Söder om söder"]
Wcześniej amnestia ogłaszana była dwukrotnie - w roku 1993 i 2007. W czasie tych dwóch akcji zebrano prawie 30 tysięcy sztuk broni i 29 ton nabojów.
Broń można zostawić na najbliższym posterunku policji do końca maja.
sobota, 2 marca 2013
Nasze własne mieszkanie
Sytuacja mieszkaniowa w Sztokholmie jest trudna. Szwedzi przyzwyczajeni są do wynajmowania długoterminowego - mieszkania najczęściej wynajmuje się od gminy albo od developera (första hand) cena to mniej więcej dwukrotność czynszu (czynsz i drugie tyle opłaty dla właściciela). Każdy deweloper czy gmina mają swoją kolejkę, więc można się zapisać do kilku jednocześnie. Przy odrobinie szczęścia można się przeprowadzić na "swoje" już po roku. Najczęściej - gdy ma się jakieś konkretne oczekiwania, np. co do położenia - zajmuje to około 5 lat.
Podobne ceny są przy wynajmie od osoby prywatnej (andra hand), tylko że takie kontrakty są najczęściej 3-6 miesięczne. Nie wspominając już o tym, jak trudno jest cokolwiek znaleźć. Zabraliśmy się więc do najżmudniejszej części - przeglądania ogłoszeń. Wg relacji znajomych znalezienie czegoś sensownego zabiera zwykle około 3 miesięcy. Po znalezieniu odbywa się licytacja, po zakończeniu której sprzedający wybiera, komu chce sprzedać swoje mieszkanie (niekoniecznie musi to być osoba oferująca najwyższą cenę).
Udało nam się znaleźć listę najniebezpieczniejszych regionów (jeśli chodzi o kraj) i dzielnic (w największych miastach). W ten sposób wybraliśmy dzielnice Sztokholmu, które nas interesują. Później szło już prosto, bo liczyła się powierzchnia, ilość pokoi i cena.
Każde mieszkanie wystawione na sprzedaż ma "dzień otwarty" (visning) - najczęściej trwa on mniej niż godzinę, właściciela nie ma wtedy w domu, ale pośrednik odpowiada na wszystkie pytania. Pośrednicy przygotowują również foldery reklamowe ze wszystkimi informacjami oraz udostępniają sprawozdanie finansowe kwartału (to coś jak wspólnota mieszkaniowa, obejmuje na ogół 4 bloki ze wspólnym podwórkiem pomiędzy nimi) za poprzedni rok.
Pierwsze mieszkanie, które znaleźliśmy, wyglądało naprawdę ładnie i było duże (chyba 130 m2). Jedyną wadą było to, że okna z jednej strony wychodziły na klatkę schodową. Ktoś wymyślił, żeby wybudować blok w kształcie litery U, a następnie zadaszyć dziedziniec. Kiepski pomysł, zwłaszcza jeśli chodzi o kuchnię, której okna nie wychodzą na otwarty teren.
Drugie mieszkanie było na Lidingö - wyspie, która miała dobrą opinię (przynajmniej na polskim forum poświęconym życiu w Szwecji). Pojechaliśmy na visning, ale gdy zobaczyliśmy blok i jego okolicę, to nawet nie weszliśmy do środka. Poszliśmy więc poszukać przystanku autobusowego. Okazało się, że musieliśmy sporo poczekać, bo była niedziela, ale sprawdziliśmy, że nawet w godzinach szczytu w tygodniu były 2-3 autobusy na godzinę. To ostatecznie skreśliło większość Lidingö z naszej listy miejsc godnych uwagi. Mieszkanie niedaleko pętli metra nas rozleniwiło - dosyć często można mieć miejsce siedzące, bo to pierwsza stacja, a ponadto odjazdy co 5 minut, w czasie gdy się jedzie do lub z pracy.
Trzecie mieszkanie było duże, ładnie i blisko stacji metra. Za mniejsze pieniądze niż się spodziewaliśmy, ale w nieznanej dzielnicy. Zanim zdecydowaliśmy się pojechać je zobaczyć, podpytałam szefa, czy coś wie o okolicy. Kilka razy powtórzył, że to daleko i on by raczej szukał czegoś bliżej centrum. Wyjaśniłam, że sprawdziłam i do centrum jedzie się tyle samo, ile z dotychczasowego mieszkania. Zapytał jeszcze, czy kiedykolwiek tam byłam - on z dziećmi jeździł tam na jakieś boisko - i stwierdził, że na moim miejscu on by szukał nadal i na tym zakończył rozmowę. Nie chciałam go męczyć, bo bardziej szczegółowej odpowiedzi i tak bym nie dostała, a później by już zapewne nie chciał się dzielić swoją wiedzą. Pogooglałam trochę i na jakimś blogu znalazłam informację o niebezpiecznych kwartałach w tamtym regionie (niebezpiecznych, czyli np. zdarzały się tam podpalenia samochodów).
W niektórych wspólnotach znajdują się mieszkania gościnne. Mieszkańcy mogą je wynajmować od spółdzielni płacąc za każdą dobę wynajmu. Ciekawa alternatywa dla tych, którzy chcą zapraszać gości, ale nie mają w swoich mieszkaniach wystarczającej ilości miejsca czy łóżek, żeby ich przenocować.
Nie widziałam tego na własne oczy, ale zdarzyło mi się znaleźć w opisie mieszkań, więc pogrzebałam trochę w sieci w poszukiwaniu szczegółów.
W końcu trafiliśmy na "nasze" mieszkanie :) Ta sama dzielnica, co dotychczas, więc mała szansa, że dzielnica nas negatywnie zaskoczy, a bliżej metra (i sklepów). Blok z 1953, więc nie ma otwartych przestrzeni, jakie projektuje się w nowych budynkach, ale są 3 pokoje i kuchnia z jadalnią - tzn. kwadratowa kuchnia z przestrzenią wystarczającą nawet na 6-osobowy stół.
Zaraz po znalezieniu oferty napisaliśmy do pośrednika odpowiedzialnego za to mieszkanie, bo chcieliśmy się umówić na jego oglądanie. Przyjechaliśmy po pracy, właścicieli nie było w mieszkaniu, ale pani pośrednik wszystko nam pokazała i poodpowiadała na nasze pytania. Dowiedzieliśmy, że poza zabudowanymi szafami (cały przedpokój szaf, ale dobrze zintegrowanych ze ścianami, więc nie rzucają się w oczy, jak obcy element; również kuchenne szafki są integralną częścią mieszkania) w mieszkaniu zostaje lodówka, zmywarka (aaa! pierwsza zmywarka :)) i… pralka! Tak, w mikro łazience zmieściła się pralka i nie trzeba chodzić do pralni (chociaż pralnia w bloku jest).
Podziękowaliśmy, powiedzieliśmy, że się odezwiemy i wróciliśmy do domu. Oboje byliśmy zdecydowani, żeby je wziąć. Szczególnie, że miało nie być licytacji.
Następnego dnia dostałam SMSa od pośredniczki z pytaniem, czy mamy jakieś pytania i jak się nam podobało mieszkanie. Odpisałam, że jesteśmy zdecydowani, żeby je kupić. Był tydzień przed Świętami - my mieliśmy jechać do Polski, pośredniczka też gdzieś wyjeżdżała, więc było wiadomo, że umowę podpiszemy w ciągu kilku dni albo dopiero po dwóch tygodniach. Widać wszystkim zależało na czasie, bo zaproponowano nam termin na podpisanie wstępnej umowy już na dzień następny. Umówiliśmy się, że dostaniemy treść umowy mailem, żeby przeczytać, co dokładnie będziemy podpisywać, a bezpośrednio przed podpisaniem umowy jeszcze zobaczymy pralnię i piwnicę. Wszystko poszło gładko; co ciekawe jednym z dokumentów była lista wad mieszkania - wymieniono nawet jakąś rysę na oknie (po miesiącu mieszkania jeszcze jej nie zauważyłam, chociaż fakt że nie szukałam, ale to znaczy, że nie rzuca się w oczy ;)). Z tego, co widziałam w umowie (albo w jakimś regulaminie), ukryte wady można reklamować jeszcze przez jakiś czas po zakupie. Po podpisaniu tej umowy mieliśmy 2 tygodnie na wpłacenie 10% zaliczki na konto pośrednika, resztę bank miał przelać w dniu przekazania kluczy.
Większość rzeczy ogarniała pośredniczka - to ona zadbała o wysłanie listu do spółdzielni z wnioskiem o przyjęcie nowych członków (spółdzielnia musi zaakceptować nowego członka, bez tego nie da się kupić mieszkania; regulamin spółdzielni precyzuje również, że można z niej zostać usuniętym i wtedy trzeba chyba sprzedać mieszkanie), dała nam listę rzeczy do załatwienia (podpisanie umowy o dostawę prądu, zmiana adresu w urzędach itp.). Po kilku dniach zadzwonił do mnie pan odpowiedzialny za finanse wspólnoty mieszkaniowej i poprosił o przesłanie informacji o zarobkach oraz wypytał o poprzednie miejsce zamieszkania (jeśli by to była jakaś spółdzielnia, to pewnie by szybko sprawdził referencje). Widziałam też, że prześwietlali finanse moje i Marcina w takim centralnym systemie - osoba sprawdzana dostaje informację, kto go sprawdzał i jaki podał powód. Widać bardzo im zależy, żeby nie przyjmować do spółdzielni kogoś nieodpowiedniego (cokolwiek by to miało oznaczać). Po kolejnych kilku dniach dostaliśmy informację od pośredniczki, że zostaliśmy zweryfikowani pozytywnie :)
Chcieliśmy jak najszybciej sfinalizować wszystko w banku, ale okazało się, że skoro odbiór kluczy będzie 1 lutego, to nie ma się co spieszyć (chcieliśmy to załatwić zaraz na początku stycznia) i wszystkie dokumenty z bankiem podpisaliśmy tydzień przed końcem stycznia. W banku zostawiliśmy kontakt do pośrednika nieruchomości i vice versa.
W dniu przekazania kluczy i podpisania ostatniego dokumentu, czas spędziliśmy głównie na czekaniu. My i sprzedający siedzieliśmy sobie w pokoju konferencyjnym i czekaliśmy aż pośredniczka i pani z banku sobie pogadają i posprawdzają, co trzeba. Potem ostatni podpis i… mamy nasze pierwsze mieszkanie!
W budynkach wspólnoty są garaże. ale żeby się tam dostać trzeba swoje odsiedzieć w kolejce - do czasu aż coś się zwolni. Jeszcze się nie wpisaliśmy na listę, ale i tak na razie jesteśmy zadowoleni, bo z okien mamy widok na dwa 7-dobowe parkingi (tzn. takie, których nikt nie sprząta, więc zalega na nich lód i śnieg, ale oznacza to również, że auto może tam stać cały czas i nie trzeba go przeparkowywać raz w tygodniu, jak to ma miejsce gdy parkuje się na ulicy) i jak na razie zawsze udawało się nam na nich znaleźć wolne miejsce.
wtorek, 8 stycznia 2013
Zima w Kirunie
Pociąg do Kiruny jedzie około 18 godzin. Są dwa typy pociągów - dzienny i nocny (nattåg). My jechaliśmy nocnym, w przedziale 3-osobowym wykupionym na wyłączność, więc żadnej trzeciej osoby nie musieliśmy się spodziewać.
Przedział wydawał się trochę klaustrofobiczny, ale szybko się przyzwyczailiśmy. Poza trzema łóżkami z pościelą, w przedziale była również umywalka, mały składany stół, worki na śmieci (nie ma tutaj klasycznych metalowych śmietników z pokrywką, jakie pamiętam z PKP, są jedynie zestawy woreczków na śmieci).
[Umywalka]
Woda w kranie nie nadaje się do picia, więc w szafce nad umywalką SJ (Svenska Järnvägar, czyli odpowiednik polskiego PKP) zostawiło 3 kartoniki z wodą pitną.
[Karton z wodą, 250 ml]
Drzwi do przedziału można otworzyć od zewnątrz tylko przy pomocy dziurkowanej karty. Takiej samej karty używa się chcąc skorzystać z prysznica.
[Plan wagonu i informacja dla podróżnych]
[Karty dziurkowane do korzystania z prysznica i otwierania przedziału]
Rano mijaliśmy koło podbiegunowe, co najpierw zostało zapowiedziane przez interkom, chwilę później pociąg dał sygnał a za oknem zobaczyliśmy niebieską tabliczkę z napisem "polar circle".
Gdzieś przed Kiruną pogorszyła się widoczność, pociąg zwolnił a pasażerowie zostali poinformowani, że jest duże ryzyko kolizji z reniferami (my widzieliśmy w sumie dwa stada). Co chwilę było słychać sygnał dawany przez pociąg - i to wcale nie przy skrzyżowaniach z drogami - więc pewnie dla odstraszenia zwierząt.
Do Kiruny pociąg przyjechał z półgodzinnym opóźnieniem. Pierwsze zaskoczenie tego dnia, to to, że w czasie nocy polarnej nie jest całkiem ciemno! Przez 3 godziny w środku dnia jest całkiem jasno - jak to bywa tuż przed wschodem lub po zachodzie słońca.
[Kiruna, droga przy parku kolejowym]
[Kiruna, droga przy parku kolejowym]
[Widok z pokoju hotelowego]
Jakieś 2 dni przed naszym przyjazdem do Kiruny przyszło ocieplenie i z 30 stopni mrozu zrobiło się kilka. Śniegu już było dużo, ale wciąż padało - wiązało się to z ciągłym zachmurzeniem, a więc i zerową szansą na zobaczenie zorzy polarnej. Będziemy musieli jeszcze kiedyś na nią zapolować.
Zostawiliśmy nasze bagaże w hotelu i udaliśmy się na poszukiwania czegoś do jedzenia. Był Sylwester, ale całkiem wczesna godzina popołudniowa, więc byliśmy dobrej myśli. Niestety. Restauracje i bary z lokalnym jedzeniem zamknięte, okoliczne sklepy spożywcze również. Z naszej letniej wycieczki do Kiruny pamiętaliśmy, że na końcu miasta jest centrum handlowe z długo otwartym Coop'em. Sprawdziliśmy na sieci, że również w ostatnim dniu roku sklep jest otwarty do wieczora, więc udaliśmy się w jego kierunku. Po drodze natknęliśmy się na otwartą pizzerię (normalnie wszystkie otwarte knajpy wystawiają takie duże świeczki/znicze przed wejściem, gdy są otwarte; tutaj tego nie zrobili, a na dodatek w środku było przygaszone światło... na szczęście ktoś siadł tuż przy oknie i jadł!). Naszą radość wzbudził, znajdujący się niedaleko pizzerii, mały sklep spożywczy, gdzie zaopatrzyliśmy się w trochę niezdrowego jedzenia na wieczór.
Ze stolicy przywieźliśmy sobie jedną ekstra rzecz na Sylwestra - prawdziwego szampana w małej butelce, którego chłodziliśmy po przyjeździe w umywalce z zimną wodą, bo w pokoju nie było lodówki.
[Szampan]
Ja się specjalnie na trunkach nie znam, ale smakowało to całkiem podobnie do win musujących z rosyjskimi nazwami kupowanymi za kilka złotych w krakowskim Tesco ;)
Na śniadaniu w noworoczny poranek bardzo trudno było znaleźć wolny stół - tak długo krążyliśmy, że wystygła nam jajecznica :( Widocznie wszyscy hotelowi goście, tak jak i my, zwlekali ze wstawaniem ile tylko się dało ;)
Wokół praktycznie sami azjaci - Chińczycy, Japończycy i kilku Hindusów, a wśród nich S, kolega z pracy! Oczywiście wysłałam mu wiadomość na naszym firmowym komunikatorze. Zobaczyliśmy się, pomachaliśmy sobie i tyle. Wiedziałam, że on też wybiera się do Kiruny, ale nie przypuszczałam, że się spotkamy.
Na noworoczne popołudnie zamówiliśmy jazdę psim zaprzęgiem, a zaraz po śniadaniu udaliśmy się na spacer na lokalną górę Luossavaara. M polecał, podobno da się z niej zimą zobaczyć słońce. Chyba jednak nie w taką pogodę, jaką my mieliśmy...
[Droga na Luossavaara]
Najpierw szliśmy chodnikiem (z jednej strony drogi był odśnieżony), później ulicą.... aż doszliśmy do parkingu. Nie było widać żadnej kontynuacji drogi, więc nie bardzo wiedzieliśmy, w którym kierunku się udać. Z pomocą przyszedł nam GPS. Poszliśmy śladem skuterów, śnieg był w miarę ubity, ale śladów butów zupełnie nie było widać. Generalnie niewiele było widać, nawet trudno było czasem stwierdzić, gdzie kończy się zaśnieżona ziemia a zaczyna zachmurzone niebo. Szliśmy twardo do momentu, gdy zaczęliśmy się zapadać po kolana - nawet próba stawiania butów na śladach skutera niewiele dawała... nie byliśmy odpowiednio przygotowani, więc musieliśmy zrezygnować. A było naprawdę blisko!
[Jesteśmy niebieską kropką zmierzającą do czerwonego punktu]
Trasa była szacowana na 1 godzinę, ale chyba w warunkach letnich. My szliśmy 1,5h a i tak nie dotarliśmy na szczyt.
Za to wieczorem pojechaliśmy na psie zaprzęgi! Poza naszą dwójką było jeszcze sześcioro Chińczyków. Kto chciał mógł ubrać kombinezon, cieplejsze buty, czapkę czy rękawiczki. Na saniach, z siedziskiem obitym futrem renifera, mieściły się 4 osoby. Kierowca stał z tyłu. Jako środek napędowy służyło 11 psów - mieszanki malamutów i husky'ch. Podobno husky są obecnie bardzo leniwe i służą głównie jako zwierzaki ozdobne.
Jechaliśmy przez las, wokół pełno śniegu i ciemność - za jedyne światło robiła latarka czołówka naszego kierowcy. Podskakiwanie na nierównościach, zakręty... super wrażenia! Mniej więcej po pół godzinie, w połowie trasy, zaplanowana była przerwa w domku w lesie. Za światło robiły zapalone świeczki, panowie kierowcy zrobili kawę i herbatę, dali cynamonowe bułeczki. Gadaliśmy o psach. I o wysokim sezonie na Chińczyków (którzy jakoś nie śmiali się z dowcipu ;)). A potem w drogę! Zmiana na sankach! Wcześniej siedziałam jako ostatnia, a teraz byłam pierwsza. Wow!
[Psy gotowe do drogi]
Następnego dnia około południa wymeldowaliśmy się z hotelu i trzeba było coś ze sobą zrobić. Kupiliśmy sobie jakieś przekąski na droge (ostatnio, żeby dostać się do wagonu restauracyjnego, trzeba było przejść przez 6 wagonów, a zapowiadało się, że podobnie będzie również w drodze powrotnej; ceny w pociągu są, o dziwo, takie same jak w zwykłych sklepach) i poszliśmy na stację. Niestety stacja mała to i poczekalnię ma niedużą - miejsc siedzących dla nas nie starczyło, a do odjazdu były jeszcze 3 albo 4 godziny. Wróciliśmy więc do centrum poszukać jakiejś kawiarni albo restauracji. Jedna zamknięta, druga otwarta, ale jeszcze tylko przez kilkanaście minut (przy okazji: piekne godziny otwarcia miała w niedziele, od 13:00 do 14:00; widział ktoś takie cudo w innym miejscu na świecie?), w kolejnej tłok, następna znowu zamknięta... ale znalazl sie bar! W cenie lunchu napoje bez ograniczeń - kawa, herbata, sok. Zjedliśmy klopsiki z makaronem gotowanym w mleku. Siedzieli koło nas panowie, którzy bardzo chcieli hamburgery i piwo, ale dostępne były jedynie zestawy lunchowe, więc wzięli to, co my; makaronu chyba nawet nie ruszyli i szybko sie zmyli. My posiedzieliśmy ponad godzinę i wróciliśmy na stację.
Ludzie, którzy siedzieli tam od południa, wciąż nie zmienili swoich pozycji. Jedynie tłum zgęstniał. Z tablicy informacyjnej wynikało, że jeden z pociągów do Narviku jest opóźniony ponad 2 godziny, a drugi co najmniej pół. Na szczęście nasz, w przeciwnym kierunku, przyjechał punktualnie :) Za to do Sztokholmu dotarliśmy z 1,5h opóźnieniem.
Mam 2 karty SIM, każdą od innego operatora. Myślałam wcześniej, że zasieg sieci komórkowej jest wszędzie na tej trasie. Okazało się, że jedna z tych sieci jest prawie wszędzie, za to druga na północy jedynie w większych miastach - szkoda, bo to w niej mam abonament z pakietem danych. Zamiast siedzieć w internecie w czasie jazdy czytałam książkę - "Lód" Dukaja. W dobrym momencie byłam, bo główny bohater jechał Koleją Transsyberyjską w "zimnym" kierunku :)
Po drodze mijaliśmy miasta i skrzyżowania z drogami. Mogę powiedzieć, że raczej trudno, o ile w ogóle, byłoby dojechać za koło podbiegunowe samochodem o tej porze roku. Nawet miasta były odśnieżone jedynie "z grubsza". Drogi wszędzie białe - różnica była w grubości śniegu pokrywającego jezdnię, im większe miasto tym cieńsza.
niedziela, 6 stycznia 2013
Święta
Tradycyjnie na bożonarodzeniowym stole w szwedzkim domu pojawiają się śledzie w różnych sosach - ale tego można się spodziewać znając zamiłowanie Szwedów do tych ryb. Była kiedyś ankieta w lokalnej gazecie dotycząca jedzenia sprzedawanego na ulicy. Prawie połowa ankietowanych powiedziała, że chętnie zjadłaby śledzia! Śledzie pobiły pizzę, kebaba czy nawet wszechobecne hot-dogi (varmkorv).
W czasie firmowej Wigilii (julbord) poznałam dwie kolejne potrawy, których nigdy nie kojarzyłam ze Świętami. Mięsne kuleczki (köttbullar) i... parówki (prinskorv, czyli książece kiełbaski)! Ten specjalny rodzaj parówek charakteryzuje długość (połowa tradycyjnej parówki) i sposób ułożenia - zwijane są w pęta po cztery. Poza tym mają standardową grubość i smakują normalnie. Na Święta nacina się je delikatnie na "ćwiartki" z każdego końca i smaży.
[Prinskorv - zdjęcie ze strony jednego z producentów]
Było również dużo szynek i pieczonych mięs - w tym sporo dziczyzny. Oraz moja ulubiona pokusa Janssona (Janssons frestelse) - czyli krojone ziemniaki zapiekane z anchois i śmietaną!
Wegetarianie mieli problem, bo z wystawionych (tak, tak - szwedzki stół) dań mogli jeść jedynie chleb, ziemniaki i ser. Mieli co prawda zamówioną wersję wegetariańską (5 dań!), ale wyglądały one absurdalnie dziwacznie: mimo że ładne (jeśli chodzi o dekorację i sposób podania), to były takie... ubogie. Jednym z dań był ziemniak przekrojonym na ćwiartki i polany łyżką sosu, do tego dwa liście sałaty. Fajnie, prawda? Szczególnie jeśli wszystkożerni koledzy objadają się w tym czasie różnymi pysznościami. Na szczęście słodyczy było sporo do wyboru dla wszystkich.
My dosyć późno zdecydowaliśmy się, gdzie spędzimy Święta, więc pojechaliśmy do rodziców samochodem. Samoloty w tym czasie podobno sporo drożeją, poza tym w razie jakiejkolwiek mgły czy odwołania lotu moglibyśmy zostać tu. Co więcej, do samochodu zmieści się bez problemu wszystko, co potrzebne na wyjazd.
Googlowe mapy twierdziły, że do pokonania jest 1810 km (głównie autostradą, zwykłych dróg było około 100km) - jechaliśmy przed Danię, więc 3 mosty po drodze, żadnych promów. Wujek Google oszacował trasę na 17 godzin, wyjechaliśmy o 8:00 i liczyliśmy, że jako dwóch kierowców mamy szansę dojechać do celu w jeden dzień. Ale się przeliczyliśmy - co prawda im dalej na południe tym mniej śniegu i bardziej sucha droga, ale na moście między Szwecją i Danią był wypadek i utknęliśmy tam na godzinę. Około północy byliśmy dopiero w okolicy Berlina, więc trzeba było zrobić przerwę.
Święta z rodzinami - jedni rodzice, drudzy rodzice, odwiedziny u krewnych i po 3 dniach powrót. Znowu 2 dni. Tym razem nocowaliśmy już bardzo blisko domu - jedyne 300 km! Był problem, żeby znaleźć hotel - większość zamknięta (na cały okres świąteczno-noworoczny) albo z recepcją czynną do 22:00 (a było już po 22, gdy zaczęłam szukać na sieci miejsc do spania), albo dosyć drogi. Na szczęście znalazł się jeden, w promocyjnej, akceptowalnej, cenie :)
Miło się było spotkać z rodziną, ale nawet mimo tego i mimo że lubimy jeździć, to wróciliśmy do domu zmęczeni. Jak się często zmienia łóżko, to czasem człowiek się budzi i nie wie, gdzie jest.
A 2 dni później czekał nas kolejny wyjazd... mój gwiazdkowy prezent ;)
sobota, 5 stycznia 2013
Adwent
Wraz z początkiem grudnia zaczyna się adwent. Czas, w którym lampy zapalane tradycyjnie w oknach, zastępowane są przez 7-ramienne świeczniki, najczęściej w kształcie trójkąta. W pracy kupili nam takie do każdego okna w biurze! A my kupiśmy sobie jeden do domu - trochę skromnie, ale na początek wystarczy.
[Nasz świecznik]
Od początku grudnia padał śnieg - padał po 2-3 dni bez przerwy, potem 1-2 dni bezchmurnego nieba i mrozów (temperatura spadła do -17 stopni) a potem znowu opady śniegu i tak w kółko. Do tego krótki, bo zimowy, dzień (od 9:30 do 15:00, tak mniej więcej), więc szybko robiło się ciemno. Ale miasto i osiedle wyglądały ślicznie - jak na świątecznych pocztówkach, noc, śnieg i pełno świateł.
[Choinka na sąsiednim podwórku]
[Krzew dzikiej róży w Högalidsparken]
[Zasypane rowery przed blokiem]
[Góra śniegu po odśnieżeniu parkingu]
[Lussekatter - źródło: Wikimedia]
Za to 13 grudnia obchodzone jest święto św. Łucji - są śpiewane piosenki, pije się glögg (napój robiony z wina, bakalii i przypraw) i je szafranowe bułki. Obchody są organizowane w miejscach, gdzie zbierają się ludzie, a więc w przedszkolach, szkołach, kościołach czy świetlicach oraz, oczywiście, w Skansenie. Łucja (najczęściej dziewczyna, blondynka, chociaż obecnie zdarza się, że rolę Łucji grają chłopcy) ma na sobie biała długą koszulę czy suknię a na głowie wianek ze świeczkami. Towarzyszy jej orszak (luciatåg) złożony z panien, gwiazdorów w szpiczastych czapkach i - w wersji dziecięcej - z piernikowych ludzików.
[Łucja z orszakiem - źródło: Wikimedia]
Subskrybuj:
Posty (Atom)






