sobota, 7 czerwca 2014

Kosläpp 2014

Rok temu pisałam o tej imprezie organizowanej przez Arlę. W marcu tego roku sprawdzałam prawie codziennie stronę Arli poświęconą kosläppowi i, gdy tylko pojawiła się taka możliwość, zarezerowałam bilety. Fizycznych biletów tak naprawdę nie ma, nie dostałam również żadnego potwierdzenia rezerwacji. Natomiast kilka dni przed wybranym przeze mnie kosläppem dostałam mejla z informacją o zmianie miejsca parkowania, gdyż przez dużą ilość opadów rozmokła łąka, na której miał być parking.
Niestety, na tego kosläppa w końcu nie pojechaliśmy, bo akurat 10. maja musiałam iść do pracy. Przykro mi było, nawet coś tam w pracy wspomniałam. Okazało się, że szef widział - jeżdżąc do swojego domku letniskowego - zagrodę, gdzie można wziąć udział w krowim safari. W Väddö. Sezon na krowie safari zaczyna się co prawda dopiero w czerwcu, ale na stronie internetowej znalazłam informację, że oni również organizują kosläpp! 17. maja - a więc jeszcze nie wszystko stracone! I nie trzeba było się wcześniej zapisywać.

Pojechaliśmy więc - około 100 km w jedną stronę. Na miejscu kartonowe tablice informacyjne wskazującego dokąd jechać, ponadto obsługa w odblaskowych kamizelkach kierująca na parking na łące. Na wąskiej drodze prowadzącej do gospodarstwa nie byliśmy sami. Były inne samochody, rowerzyści, piesi.

[Parking na łące]

Przy zagrodzie sprzedawano kiełbaski, lody (z własnej mleczarni), oczywiście kawę i ciasto.  Kupiliśmy lody i udaliśmy się w kierunku łąki, gdzie miały się pokazać krowy.
Było sporo ludzi, ale mimo wszystko nie aż tylu, żeby nie dało się zobaczyć, co się dzieje na łące.

[Oczekiwanie na krowy]

Ogłoszono, że krowy zostają wypuszczone; krowy najpierw szły, potem biegły i skakały - tak, jak można to było zobaczyć na filmach z poprzednich kosläppów. Gdy dotarły do końca pastwiska, stojący tam organizatorzy zaczęli je przeganiać z powrotem. Dwie krowy się zaczęły szturchać rogami, ale to by generalnie było na tyle. W sumie 5 minut oglądania.

[Krowy]

[Goście i krowy]

[Pierwszy wiosenny wypas]

Krowy obejrzane, lody zjedzone, więc ruszyliśmy w kierunku parkingu. Przed nami 100 km drogi do domu.

[Zagrody]

[Powrót]

[Łąka]

poniedziałek, 26 maja 2014

Eurowybory

Pierwsze głosowanie na szwedzkie partie za nami!

Jakieś dwa miesiące temu otrzymaliśmy listownie informację o możliwości dopisania się do spisu wyborców. Należało podać nazwę poprzedniego okręgu wyborczego (z wyborów do PE), do którego się należało i odesłać w otrzymanej kopercie. Koperta była "z okienkiem", adres był wpisany na zgłoszeniu, które wypełnialiśmy. Oboje zrobiliśmy ten sam błąd i przed zaklejeniem kopert nie sprawdziliśmy, czy włożyliśmy kartkę do koperty w taki sposób, by adres był widoczny. Jedną kopertę na szczęście udało się rozkleić i w niej wysłaliśmy oba zgłoszenia.
Miesiąc temu dostaliśmy kartkę, która potwierdza możliwość wzięcia udziału w wyborach. Na niej znajdował się numer wyborcy.

W Szwecji głosowanie rozpoczęło się 7. maja - od tego czasu można było oddać swój głos w bibliotekach czy galeriach handlowych. Stały tam specjalne stanowiska (w Liljeholmen Galeria wyglądało to trochę jak "zapraszamy na darmowe pomiary ciśnienia"), gdzie można było zagłosować (a jeśli zapomniało się swojej karty z numerem wyborcy, to w niektórych punktach można było ją sobie wydrukować). Skorzystało z tego około 10% uprawnionych do głosowania w Szwecji.

My wybraliśmy głosowanie standardowe i w niedzielę 25. maja udaliśmy się do lokalu wyborczego oddalonego od naszego domu o jakieś 200m - czyli do szkoły znajdującej się zaraz obok naszego bloku.
Przed wejściem do szkoły stali przedstawiciele 6 ugrupowań (w szarfach z ich nazwami) i rozdawali listy kandydatów ze swoich partii. Wzięliśmy ulotki i udaliśmy się do klasy, w której głosował nasz okręg. Przy wejściu stała pani, która wręczyła nam po kopercie. Następnie udaliśmy się do komisji, której przedstawiciele widząc nasze puste koperty, wskazali nam miejsca za parawanami i powiedzieli, żebyśmy najpierw oddali głos i później do nich przyszli.

Miejsca za parawanami to stoliki rozmiaru kartki A4. Marcin poszedł za jeden z nich, ja stanęłam przy sąsiednim. Przeczytałam wszystkie napisy na kopercie i nadal nie wiedziałam, jak mogę oddać głos. Marcin też nie, więc poszedł do komisji i zapytał - usłyszałam, że ma włożyć kartkę do koperty. Popatrzyłam na kartki otrzymane przed wejściem - żadna z nich nie zawierała informacji o partii, na którą chciałam głosować. Nie skojarzyłam, że Marcin dostał inne kartki przy wejściu, bo przechodził obok innych ludzi; zaczęłam się go pytać, co robić, żeby zagłosować. Wtedy jeden z członków komisji zwrócił mi uwagę, że nie można przeszkadzać w głosowaniu i jeśli mam pytania, to mam się jego zapytać i on mi pomoże. Zapytałam, dostałam odpowiedź i wtedy zrozumiałam, jak działa ten system.

Po pierwsze - można głosować na partię, nie trzeba głosować na osobę (to wiedziałam już wcześniej). 
Po drugie - kartki rozdawane przy wejściu lub otrzymane wcześniej razem z wyborczymi ulotkami to SĄ karty do głosowania. Zaraz przy drzwiach wejściowych do szkoły była skrzynka z listami ze wszystkimi dostępnymi partiami i stamtąd wzięłam kartkę z listą kandydatów partii, na którą chciałam oddać swój głos.
Samo głosowanie polega na wsadzeniu wybranej kartki do otrzymanej koperty. Jeśli na kartce nie postawi się krzyżyka, to głosuje się na partię; postawienie krzyżyka przy konkretnym kandydacie powoduje, że to na niego oddaje się swój głos.
Widziałam na zdjęciach, że w Szwecji są urny wyborcze, jednak w naszym okręgu urn nie było. Z moją zaklejoną kopertą udałam się więc do stolika komisji - w kopercie była dziurka, więc widać było, że w środku jest kartka. Pani z komisji wzięła ode mnie list z moim numerem wyborcy, pan sprawdził, że jestem na liście, a następnie pani sprawdziła dane w mojej legitymacji (szwedzka karta ID ze zdjęciem), odebrała kopertę i powiedziała, że to wszystko.

Co ciekawe, jeśli nie miałabym dokumentu ze zdjęciem (i szwedzkim numerem ID, zapewne), to wystarczyłoby, żeby ktokolwiek - np. Marcin - pokazał swój dokument i powiedział, że ja to ja. To by wystarczyło, by potwierdzić moją tożsamość :-)

Sondażowe wyniki telewizja pokazała o 21:00, ale o 23:00 (gdy cała Europa zakończyła głosowanie) dostępne były już wyniki z ponad połowy punktów wyborczych. I w ciągu kolejnej godziny można było obserwować na ekranie pasek postępu - ile głosów jest policzonych, jaki jest procentowy wynik której partii. Gdy szłam spać około północy, to niepoliczone były jedynie głosy z około 50 okręgów (w sumie okręgów było niecałe 6000). Co za prędkość!

piątek, 18 kwietnia 2014

"Wiemy, co jest po śmierci"

taki tekst zobaczyłam ostatnio na plakacie w metrze. A kilka dni później w gazecie.

[Reklama w gazecie]

"Wielu się zastanawia. A my wiemy na pewno." - ten przykuwający uwagę swoim nagłówkiem tekst, to reklama firmy zajmującej się prawem rodzinnym.
Tutaj (w języku szwedzkim) można zrobić sobie szybki test i zobaczyć, jak mniej więcej działa prawo spadkowe dla wybranej konfiguracji rodzinnej. Reklama zachęca też do umówienia się na darmową wizytę, by omówić swoją sytuację. I dowiedzieć się, jak zabezpieczyć swoją wolę testamentem.

Rodziny w Szwecji funkcjonują w różnych konfiguracjach i chyba na każdą funkcję istnieje odpowiednie słowo w języku szwedzkim:
- gift - żonaty, zamężna; dotyczy osób różnej płci
- registrerade partner - zarejestrowany partner tej samej płci
- sambo - osoba mieszkająca razem z inną osobą, pozostająca z nią w nieformalnym związku (przy czym "nieformalny" nie oznacza, że jest on nieuznawany przez państwo; np. osoba będąca sambo szwedzkiego obywatela, może szybciej starać się o obywatelstwo)
- särbo - osoba będąca w nieformalnym związku z drugą osobą, ale mieszkająca osobno-
- delsbo - osoba mieszkająca z partnerem przez część czasu; np. gdy partner pracuje w odległym miejscu
- mamsbo - dorosła osoba mieszkająca z rodzicami
-  mamma, pappa, barn - czyli mama, tata i dziecko
- bonusmamma, bonuspappa, bonusbarn - czyli macocha, ojczym i pasierb

niedziela, 13 kwietnia 2014

Matematyka

Poziom edukacji w Szwecji jest obiektem dyskusji zarówno na poziomie zwykłych obywateli, jak i mediów czy polityków. Jednym z podkreślanych w ostatnich miesiącach problemów jest wynagrodzenie nauczycieli - sytuacja jest podobna jak w Polsce, czyli jeśli ktoś może ze swoim wykształceniem pracować w innej branży (np. matematycy w firmach ubezpieczeniowych czy bankach) i zarabiać więcej, to raczej nie zostanie nauczycielem; stąd w szkołach kształcących nauczycieli w niektórych rocznikach nie ma klas dla przyszłych nauczycieli matematyki, gdyż nie było chętnych. Poziom pensji zdecydowanie do tego nie zachęca. Ale to ma się zmienić - m.in. kosztem niezwiększania firmom ulg podatkowych przy zatrudnianiu osób poniżej 25 roku życia.

Problemy edukacyjne nie są niczym nowym, jednak w przeszłości mogły one mieć inne, bardzo zaskakujące źródło. Chodzi o nauczanie matematyki.
Po drugiej wojnie światowej państwo szwedzkie było bardzo przeciwne kapitalistom. Kapitalizm był zły. A kim jest kapitalista? To ktoś, kto umie liczyć - doszły do wniosku władze. Jak więc najskuteczniej blokować rozwój kapitalistów? Ograniczyć lekcje matematyki! Tak więc nawet dzieci, którym matematyka wchodziła do głowy łatwo, nie mogły dowiedzieć się w szkole więcej niż podstawa przewiduje. Pewnie nikt nie kontrolował, czy po zajęciach szkolnych dziecko zdobywało ponadprogramowe umiejętności, ale założę się, że uczniów wybiegających ponad program jest mniej niż tych, którzy zostawiają tornister w domu i wybiegają na podwórko.
Później przyszedł socjalizm. I wszyscy mieli być równi. Niezależnie od szczególnych uzdolnień. Więc założenie było inne, ale realizacja taka sama.

Stąd się bierze kiepska znajomość matematyki w społeczeństwie. Przynajmniej według jednego, starszego ode mnie o pokolenie, Szweda. Ciekawa teoria.

sobota, 12 kwietnia 2014

Tulipany

Najpopularniejszymi kwiatami ciętymi są tulipany. W bukietach po 10 jednokolorowych sztuk lub po 15 w bukietach jedno- i wielokolorowych można spotkać nie tylko w kwiaciarniach, ale również w supermarketach.

W osiedlowym sklepie, gdzie najczęściej robimy zakupy, sprzedawane są tulipany z Ekerö (o ile nie ma w Szwecji jakiegoś drugiego Ekerö, to kwiatki przebywają do nas bardzo krótką drogę; podróżują jedynie w obrębie Stockholms län). Oczywiście na opakowaniu duży napis, że to produkt szwedzki, a tuż obok informacja, że nie wypływa negatywnie na klimat.

[Produkt szwedzki, z certyfikatem klimatycznym]

Z dokładniejszego opisu znajdującego się na foliowym opakowaniu można się dowiedzieć, że szklarnie, w których hodowane są kwiaty, ogrzewa się używając biopaliw, że energia elektryczna pochodzi z elektrowni wodnych, a przy uprawie nie używa się nawozów.

[Szczegółowe informacje o procesie hodowli]

Ponadto ślad węglowy rekompensowany jest sadzeniem drzew w Afryce, co dodatkowo wspomaga walkę z ubóstwem w tamtych rejonach.

[Informacje o śladzie węglowym i kompensacji emisji dwutlenku węgla]

A ja tylko kwiatki do wazonu chciałam kupić.

piątek, 7 marca 2014

Uprzejmości z wykorzystaniem siły

W ostatnim tygodniu byłam świadkiem dwóch dziwnych sytuacji.

Zazwyczaj jeżdżę metrem w godzinach szczytu, więc wiadomo, jak jest - miejsca mało, do wyjścia bardzo często trzeba się przeciskać. I zdarzyło się jechać takim zatłoczonym metrem starszej pani chodzącej z laską - dopóki siedziała, nie było problemu. Ale na jednym z przystanków chciała wysiąść. Zauważyła to jedna ze stojących pań i zaczęła rozpychać swoją ręką ludzi, jednocześnie głośno prosząc o zrobienie przejścia. Udało się! Starsza pani miała wystarczająco miejsca, żeby móc skorzystać z laski i wyjść.

Druga scenka zaczęła się mało przyjemnie dla mnie, bo jakiś pan w moim wieku, posiadacz torby, wsiadł do wagonu w niemiły sposób - tyłem, nie patrząc, czy ma wystarczająco dużo miejsca (trudno to sprawdzić nie obracając głowy w kierunku, w którym się idzie). Musiałam się przesunąć, na szczęście było dokąd.
Obok stanął starszy pan, z laską. Gdy metro ruszyło, widać było, że trudno mu utrzymać równowagę. Ten młodszy, z torbą, najwyraźniej też to zauważył, bo zapytał dziadka, czy chciałby usiąść. Dziadek odmówił, wspominając, że wysiada na najbliższej stacji. Młody na to, żeby w razie zmiany zdania dał znać, bo on może pójść i kogoś "wywalić" z miejsca siedzącego. Dziadek się zaśmiał i zauważył, że to by nie było zbyt uprzejme. Młody zgodził się, że takie zachowanie byłoby może niezbyt uprzejme, ale na pewno słuszne.

Tak dla przeciwwagi: kilka tygodni temu widziałam, jak starszy pan nachyla się nad nastolatkiem ze słuchawkami na uszach. Ponieważ w metrze czasem trafiają się żebracy, więc mało kto ściąga słuchawki, gdy jest nagabywany przez kogoś przechodzącego przez wagon. Gdy moja muzyka przestała grać, usłyszałam, że starszy pan chciał usiąść i był zły na młodego, że nie ustąpił mu miejsca. Bulwersowało go również to, że chłopak zupełnie nie reagował na to, co się do niego mówi.
Problem został rozwiązany przez innego pasażera, który zwolnił starszemu panu miejsce siedzące.

sobota, 22 lutego 2014

Svalbard

Początkowo planując nasze wakacje myśleliśmy, żeby drugi tydzień urlopu spędzić gdzieś w Azji - Wietnam, Japonia, Tajlandia, Kambodża... W tym czasie zaczęło być głośno o protestach i zamieszkach w Bangkoku, więc doszliśmy do wniosku, że zamiast ryzykować, raczej odpoczniemy w domu.

Po kilku dniach wpadł mi do głowy pomysł, żeby ponownie spróbować zapolować na zorzę polarną. W jakimś nowym miejscu. Sprawdziliśmy loty na Grenlandię, ale nie dość, że bilety lotnicze były dwa razy droższe niż do Indii, to jeszcze okazało się, że miejscowość, do której można polecieć leży niewiele bardziej na północ niż Sztokholm i w drugiej połowie stycznia nie ma tam nocy polarnej. Byliśmy bardzo rozczarowani...

... do czasu aż nie znaleźliśmy tanich lotów na Svalbard. Norwegian! Na miejscu średnia temperatura w styczniu to -16 stopni, lodowce i noc polarna. Zaplanowaliśmy wylot jednego dnia, na drugi wykupiliśmy kilkugodzinną wycieczkę psim zaprzęgiem, a trzeciego dnia powrót.

Przygody na lotnisku nas nie ominęły. Na przesiadkę w Oslo mieliśmy około 2h - biorąc pod uwagę, że do Oslo leci się 1h, nie powinniśmy mieć problemów. Jednak ze względu na śnieżycę w Oslo, zatrzymano nas na Arlandzie i odlot opóźnił się 40 minut.
W Oslo dowiedzieliśmy się, że przesiadka na loty krajowe wymaga odebrania bagażu i ponownego przejścia przez kontrolę osobistą. Jeśli przesiada się na lot międzynarodowy, to można iść bezpośrednio do swojej bramki.
Problem ze Svalbardem jest taki, że formalnie należy on do Norwegii, ale jest od niej niezależny (zarządzają nim obecne na wyspie służby ratownicze). Nikt ze spotkanych pracowników lotniska nie był nam w stanie powiedzieć, czy lot z Oslo na Svalbard jest lotem krajowym czy nie. Teraz wydaje nam się, że był to jednak lot międzynarodowy, ponieważ nasz bagaż nie wyjechał na taśmę, nie musieliśmy go więc nadawać ponownie. Jednak wtedy, w pośpiechu, najpierw czekaliśmy na bagaż, a później biegiem do kontroli osobistej. Kolejka posuwała się szybko, ale była długa. Gdy byliśmy po kontroli, zobaczyliśmy, że boarding na nasz lot już trwa. Więc biegiem do bramki!
Nie mogło być inaczej - nasza bramka znajdowała się prawie na samym końcu korytarza, a po drodze załapaliśmy się jeszcze o kontrolę paszportową. Sprawdzenie dokumentów było na szczęście szybkie - kolejki brak, a do tego nie sprawdzano naszych dokumentów w systemie, tylko zapytano, dokąd lecimy. W odpowiedzi na nasze "Svalbard", usłyszeliśmy "powodzenia". A! Jeszcze na końcu czekała niespodzianka - widzieliśmy bramkę z numerem mniejszym i większym, ale naszej nie było. Pan z jednego ze lotniskowych sklepów pokazał nam wejście - ukryte za barem schody prowadzące piętro niżej. Zdążyliśmy!

Miejscowość Longyearbyen położona jest kilka minut jazdy samochodem od lotniska. Autobusy zsynchronizowane są z przylotami i odlotami, kierowca czeka aż wszyscy zainteresowani transportem wyjdą z niewielkiego budynku lotniska, a później zatrzymuje się przy każdym hotelu wymieniając jego nazwę.

[Lotnisko w Longyearbyen]

W autobusie, poza nami, było jeszcze co najmniej 3 innych Polaków - dwóch rozmawiało po polsku, a trzeci w rozmowie z kimś przedstawił się jako Marian z Łańcuta.

Miałam wrażenie, że jest późne popołudnie, że zjemy w hotelu obiad i będzie już pora spania. Ale szybkie spojrzenie na zegarek przypomniało mi - jest środek dnia. Na Svalbardzie noc polarna naprawdę jest nocą, nie to co w Kirunie, gdzie niebo w południe robiło się jasne i różowe.

[Parking przed lotniskiem - wczesne popołudnie]

Hotel, w którym zamieszkaliśmy stylizowany był na barak - warunki jednak były dobre, a mydło i szampon importowane ze Szwecji. Do tego 2 pokoje, gdzie można napić się kawy, herbaty, zjeść ciastka albo chipsy, poczytać książki, pooglądać TV i popatrzeć na niebo (przez przeszklony dach).

[Kanapy i książki przy hotelowej recepcji]

[Podest z krzesłami i kamiennym stołem w naszym pokoju]

[Zagadka - włącz światło w pokoju]

Między książkami o polarnikach, ich wyprawach, statkach i arktycznych zwierzętach, znaleźliśmy książkę-niespodziankę. Z dedykacją - prezent od jednego z gości. Książka zatytułowana była "Rajastan" i przestawiała kulturę regionu Indii, w którym byliśmy tydzień wcześniej!

[Książka z hotelowej biblioteki]

Ciekawym lokalnym zwyczajem jest ściąganie butów w hotelu. Szafki na buty znajdują się obok recepcji, tuż przy drzwiach wejściowych. Logiczne, że jeśli na zewnątrz jest dużo śniegu, to w budynku szybko zrobiłoby się błoto. Wszyscy hotelowi goście pomykali więc w skarpetach. Mimo kamiennej podłogi nie było zimno; trzeba było jednak uważać na drewnianych schodach, szczególnie przy schodzeniu, żeby się nie pośliznąć.

Z hotelu można było wejść bezpośrednio do restauracji (niehotelowi goście musieli korzystać z innego wejścia - zapewne, by nie nanieść śniegu do hotelu) - Kroa. Restauracja ta słynie z bardzo dużej piwnicy z winami, w której można znaleźć prawie wszystko. Nas bardziej interesowało jedzenie, a szczególnie "łup dnia" (tak w wolnym tłumaczeniu), który nie był dostępny codziennie - nam trafiła się foka. Kelnerka powiedziała, że mięso foki smakuje tranem. Nie brzmiało to, jak dobra rekomendacja, ale zaryzykowaliśmy. Mięso było smaczne, ale kolor niepokojący - ciemnobrązowy, prawie czarny (chyba, że to kwestia oświetlenia).

[Spotkanie z foką ukrytą pod ogórkami]

Na Svalbardzie znajduje się najbardziej wysunięty na północ sklep spożywczy - Coop Svalbard. Sklep oferuje żywność, drobne rzeczy do domu - takie jak żarówki - oraz pamiątki dla turystów.

Czymś, co zaskakuje, gdy weźmie się pod uwagę, że w Longyearbyen mieszka jedynie 2000 osób, jest istnienie tam uniwersytetu.

Na drugi dzień naszego pobytu na Svalbardzie zaplanowaliśmy wycieczkę psim zaprzęgiem do jaskini lodowej. Nie chcieliśmy samej jazdy zaprzęgiem, bo pamiętaliśmy, jak to wyglądało rok wcześniej w Kirunie - siedzi się w sankach po dwie osoby, wiatr wieje, psy śmierdzą, śnieg sypie w oczy a wokół niewiele widać, bo ciemno. Można się tych zachwycać przez 15 minut, ale nie przez 2 godziny.

[Psi dom]

[Psi dom]

Jakie było nasze zaskoczenie, gdy każda para turystów dostała sanki. Powiedziano nam, z którego rzędu mamy przyprowadzać psy. Tak właśnie! Mieliśmy podejść do wskazanych szczekających psów, odpiąć je od budy i przyprowadzić do przydzielonych nam sanek. Tam nam pokazano, jak psy należy przyczepić do zaprzęgu. Mnie ze strachu wmurowało - boję się psów, a tutaj była ich ponad setka, szczekających i wyrywających się do biegu. Jedyne, co byłam w stanie zrobić, to stać i pilnować, żeby pierwsza para się nie ruszała za bardzo. Nie miałam zbyt wiele do roboty, bo one same wiedziały, jakie jest ich zadanie. W tym czasie Marcin uczył się, jak sterować, zatrzymywać i ruszać. Bo okazało się, że każda para dostaje 6 psów, sanie i w drogę! Na 7 turystów jechał jeden przewodnik. W pierwszych saniach. Przez całą trasę patrzył, czy nikt się nie gubi, czy wszystko w porządku...
Marcin prowadził sanki jako pierwszy z nas dwojga; ja się bałam, że nie dam rady, że psy mi uciekną czy coś podobnego się zdarzy. Ale już na drugiej krótkiej przerwie, gdy nasz przewodnik kontrolował, czy wszystkie psy są na swoim miejscu, niepoplątane, czy wszystko mamy pod kontrolą, zamieniłam się z Marcinem.

[Nasz zaprzęg]

Prowadzenie psiego zaprzęgu jest super! Tak bym mogła spędzać każdy weekend.
Tak przynajmniej myślałam, do pierwszej górki, na której musiałam pchać sanki z Marcinem w środku, idąc po śniegu (dobrze, że się w nim nie zakopywałam). Marcin nie mógł wyjść z sanek, żeby było mi lżej, bo wtedy psy zaczynały biec. Mógł jedynie odpychać się od śniegu na zewnątrz sanek - trochę pomagało. Po pierwszym takim podbiegu cieszyłam się, że nie ma 30-stopniowego mrozu, bo źle by się to skończyło dla moich płuc. Dostałam zadyszki i chciałam wracać do domu :D

[Pierwsza para psów z naszego zaprzęgu]

Nie wiem, czy jechaliśmy 1 czy 2 godziny, ale w końcu dotarliśmy do celu. Każdego psa trzeba było odczepić od zaprzęgu i wpiąć do lokalnego łańcucha. I odsunąć sanki od psów. Zanim zdążyłam zapytać, po co je odsuwać, miałam okazję sama zobaczyć. Psy na sanki sikały - tak, że płyta, na której się siedziało, była mokra - fuuu... później miałam okazję się przekonać, że to nie jedyna psia niespodzianka. Psy bardzo lubiły być głaskane. Po jeździe już na tyle się do nich przekonałam, że nie miałam oporów z podchodzeniem, głaskaniem i przytulaniem. Nie pomyślałam jednak, że taki zadowolony pies, nastawiający głowę do głaskania, podnosi jednocześnie tylną nogę i sika mi na spodnie i buty. Bleee! Dobrze, że firma organizująca wycieczkę wypożycza turystom swoje stroje (mówią, że to dlatego, że ubrania później śmierdzą psami i lepiej korzystać z firmowych kombinezonów) i ciepłe buty. Przynajmniej nie musiałam się przejmować, że po powrocie do domu wszystkie ubrania z bagażu będą mi śmierdziały.

[Przed jaskinią]

Psy na lunch dostały tłuste kawałki foki i ryb. Popiły śniegiem. A my udaliśmy się do namiotu wyłożonego skórami reniferów i dostaliśmy lunch turystyczny, który trzeba było zalać wodą z termosu. Dobrze, że przewodnik miał kilka termosów, to starczyło zarówno na lunche jak i na kawę i herbatę.

Po lunchu udaliśmy się do jaskini lodowej. Wejście do jaskini daleko odbiegało od naszych wyobrażeń - zamiast dziury w powierzchni pionowej zobaczyliśmy dziurę w śniegu, po którym chodziliśmy. Dziura była dosyć wąska, a zejście strome (wewnątrz jaskini widzieliśmy zejście używane rok wcześniej i to był dopiero hardcore - do jaskini schodziło się jak do studni, po linie; to by było naprawdę trudne).
Jaskinia jest częścią nieaktywnego lodowca - nic się nie rusza, żadne przejście się niespodziewanie nie zamknie, więc turyści mogą tam wchodzić. Powstała nie przez pęknięcie lodu, ale została wypłukana przez wodę - latem przez jaskinię przepływa rzeka.

[Pęknięcie w podłodze]

[Ściana wewnątrz lodowej jaskini]

W jaskini idzie się po lodzie - w sumie logiczne, skoro to lodowiec - jest ślisko i trzeba uważać, żeby się nie pośliznąć. Na ścianach widać, jak lodowiec przyrastał - między kolejnymi warstwami widać piasek i drobne kamienie. Poza tym na ścianach od czasu do czasu można zobaczyć bekon - lodowy bekon, czyli cienkie pionowe ścianki lodu.

[Lodowy bekon]

[Wnętrze lodowca]

Jednym z najciekawszych doświadczeń wewnątrz lodowca była kompletna ciemność. Usiedliśmy na lodzie (przewodnik ostrzegał, że bardzo łatwo się przewrócić, gdy się traci orientację), zgasiliśmy latarki, wyłączyliśmy aparaty i zamilkliśmy. Takiej ciemności nigdy nie widziałam - nie było absolutnie żadnej różnicy między zamkniętymi a otwartymi oczami (choćby nie wiem, jak się wpatrywać). Było ciemno i cicho - nikt się nie ruszał. Niesamowite.

[Wyjście z jaskini]

[Z powrotem przy psim domu]