sobota, 1 lutego 2014

Radżastan, henna i kurta

Pojechaliśmy do Indii na zaproszenie T. - mieliśmy uczestniczyć w prawdziwym hinduskim weselu, jej młodszej siostry. Nie bardzo wiedzieliśmy, czego się spodziewać - dostaliśmy jedynie adres i godzinę, o której zaczyna się impreza.
Przylecieliśmy w nocy do Delhi, a już rankiem następnego dnia jechaliśmy taksówką do Jaipuru. Po kilku godzinach, gdy tylko rozpakowaliśmy nasze rzeczy w hotelu, zadzwoniłam do T., by dać jej znać, że już dotarliśmy i zapytać, czy możemy wpaść do niej, żeby się spotkać i poznać pannę młodą.

[Radżastański krajobraz - palmy, pustnia i skaliste góry]

[Kwitnący rzepak. W styczniu.]


Kierowca oczywiście miał problem ze znalezieniem adresu (tak jest zawsze, jeśli kierowca w danym miejscu nigdy wcześniej nie był, nawet jeśli pochodzi z tego samego miasta). Adres to na ogół nazwa dzielnicy i numer domu, a w takim Gurgaonie, który wciąż się rozbudowuje, numer sektora i działki; często przy adresach podawana jest informacja, w okolicy jakiego znanego miejsca się znajduje. Daliśmy kierowcy numer telefonu T., więc dostał jakieś wyjaśnienia i udało nam się trafić na miejsce. Było to osiedle domków jednorodzinnych, chociaż bardziej by pasowało powiedzieć, że szeregowych, bo każdej kolejne dwa domy miały wspólną ścianę, tyle że każdy wyglądał trochę inaczej. Szukając numeru domu, w którym mieszka tato T., wjeżdżaliśmy w coraz węższe ulice. W końcu się udało!

U T. było co najmniej kilkanaście osób - jej tato, T. z mężem i córką, jej siostra, brat, kuzynki, kuzyni, ciocie, koleżanki i koledzy. Zostaliśmy poczęstowani lunchem - jedliśmy palcami wspomagając się łyżką, siedząc na materacu na podłodze (tato T. chciał nas zaprosić do stołu, ale T. powiedziała, że mamy się integrować i poznawać kulturę, więc jedliśmy w takich samych warunkach, jak reszta gości). Ludzi poznawaliśmy stopniowo - młodsi mówili po angielsku, starsi potrzebowali tłumacza, ale to nie problem, bo cały czas T. lub jej mąż byli z nami.

Panna młoda siedziała w swoim pokoju na łóżku otoczona kobietami z rodziny. Koleżanka malowała jej henną ręce - wzór sięgał ponad łokcie (później miała malowane również nogi, a wzór sięgał niemalże do kolan). Pozostałe osoby malowały się same. T. zapytała, czy ja też bym chciała mieć hennową ozdobę - oczywiście, że chciałam! Moją ręką zajęła się jedna z kuzynek T. Lokalne dziewczyny malowały sobie obie dłonie po wewnętrznej i zewnętrznej stronie, ale mi zrobiono wzorek tylko wewnątrz jednej ręki - w sumie to dobrze, bo wzór zmywał się ze mnie prawie dwa tygodnie, przy czym przez drugi tydzień moja ręka wyglądała na brudną... miała na sobie jaśniejsze i ciemniejsze brązowe smugi.
[Hennowy wzór świeżo po pomalowaniu]

[Hennowy wzór po wykruszeniu farby]

Nie wiem, ile trwało samo malowanie, ale gdy ono już było skończone, kazano mi trzymać napiętą skórę przez około godzinę. Po kolejnej godzinie wzór zaczął się wykruszać, jednak zalecane jest, by chronić skórę przed zamoczeniem przez kolejne kilka godzin (najlepiej malować wzór wieczorem, bo potem przez całą noc nie trzeba ręki myć, więc wzór się utrwala).

Jednym z motywów obecnych na wszystkich wzorach jest coś, co Marcin nazwał pierwotniakiem. Mi to przypomina włochatą łzę. Ten wzór był widoczny w mieszkaniu T. na narzucie (widać ją w tle na pierwszy zdjęciu) i w czasie wesela, jako element dekoracji. Jest to tradycyjny radżastański motyw - podobno bardzo stary, ulega różnym przekształceniom zależenie od mody, ale jego trzon pozostaje taki sam.

Na wesele (2 dni ceremonii) T. pożyczyła mi jeden swój strój i kupiła mi sukienkę. Marcin przywiózł garnitur, ale chciał również coś lokalnego. Wzięliśmy więc kierowcę, T. wypożyczyła nam swojego kuzyna i pojechaliśmy do sklepu z męskimi ubraniami. Po kurtę (a do tego spodnie, szal i odpowiednie buty). W czasie gdy Marcin przymierzał swój zestaw, rozmawiałam z tym kuzynem (wyglądał chłopak na jakieś 15 lat) o różnicach w ubraniach indyjskich i europejskich. Wspomniałam mu, że T. zorganizowała mi odpowiednie ubranie, bo to, co mam u siebie, nie bardzo się nadaje - praktycznie wszystkie sukienki sięgają mi do kolan. Kuzyn się uśmiechnął i powiedział, że oni też takie mają i nazywa się to kurta - to taka dłuższa tunika; z tego, co rozumiem może być zarówno damska jak i męska. Tłumaczę mu, że to trochę inaczej wygląda, a ponadto główną różnicą jest to, że my nie nosimy do tego spodni, pod sukienką są gołe nogi (nie zagłębiałam się w temat rajstop :P). Dobrze, że chwilę później Marcin wyszedł z przebieralni, bo kuzyn zaliczył opad szczęki i nie bardzo było wiadomo, jak tu płynnie zmienić temat.
Przyglądałam się później reklamom i programom telewizyjnym i nigdzie nie widziałam pani bez spodni lub sukienki sięgającej ziemi.

Z kuzynkami T. odbyłam jeszcze jedną ciekawą rozmowę o różnicach kulturowych. Pytały się mnie, w jakich godzinach pracuję i co robię po pracy. Musiałam je bardzo rozczarować mówiąc, że najczęściej siedzę przy komputerze, gram na konsoli albo oglądam programy w TV. Pytały się, czy nie piszę albo nie maluję - jakieś takie trochę abstrakcyjne dla mnie te artystyczne zajęcia, nie sądzę, żeby były aż tak bardzo popularne w Europie, jak się dziewczynom zdawało.
Jednocześnie kuzynki narzekały, że Hindusi są bardzo nastawieni na zarabianie pieniędzy, robienie kariery i często pracują dużo więcej niż te nasze 8 godzin. Nie mają więc czasu na hobby takie jak fotografia czy malarstwo. Ich wyobrażenie o zachodnim świecie jest takie, że u nas po pracy ludzie spędzają czas oddając się swoim artystycznym pasjom, bo zarobić na życie są w stanie w czasie swojej etatowej pracy i więcej o pieniądze nie muszą się martwić (tak to odebrałam).
A co po pracy robią Hindusi? O ile nie pracują, to spotykają się, rozmawiają przez komunikatory... nie jest to dla mnie zaskoczeniem - oni są naprawdę bardzo towarzyscy; mam wrażenie, że im ich więcej i im głośniej rozmawiają, tym są szczęśliwsi ;-)




piątek, 31 stycznia 2014

Wózki inwalidzkie dla sprawnych

W połowie lutego polecieliśmy do Indii. W samolocie przeważali Hindusi, przy czym było kilkoro takich w wieku emerytalnym. Panie się raczej nie odzywały, ale panowie rozmawiali z obsługą po angielsku. Chodzili po samolocie, jak wszyscy inni pasażerowie.
Jednak po wylądowaniu bardzo wiele tych osób usadowiło się na wózkach inwalidzkich i aż do samego wyjścia z lotniska miało swojego osobistego asystenta, który pchał wózek i pomagał  przy wszystkich stanowiskach odpraw. Ja rozumiem, że ludzie niepełnosprawni podróżują samolotami, ale nigdy nie widziałam ich tylu w jednym locie.

Gdy dwa dni później spotkaliśmy się z T., otrzymaliśmy od niej dość proste wyjaśnienie tego, co zaobserwowaliśmy. Ludzie starsi najczęściej latają, by odwiedzić swoje dzieci mieszkające w innych częściach świata. Ponieważ lotniska, z których latają samoloty międzykontynentalne, są duże, łatwo się na nich zgubić - czy to w czasie przesiadki, czy po przylocie. W związku z tym, gdy dzieci kupują swoim rodzicom bilety, zgłaszają zapotrzebowanie na wózek inwalidzki. Usługa ta jest darmowa, a pozwala na niemartwienie się, którędy iść, dokąd się udać, jak rozmawiać z urzędnikami. Wystarczy wyjść z samolotu i usiąść na wózku. Proste! A jak ułatwia seniorom podróże i oszczędza im stresu :-)

sobota, 11 stycznia 2014

Firmowe podatki

Firmy jednoosobowe, te najprostsze (EF - Enskild Firma) mają taki cykl rozliczeniowy jak osoby prywatne - czyli rozliczenie roczne za rok poprzedni musi być zrobione chyba do końca kwietnia. Ja chciałam jednak mieć wszystko podliczone wraz z końcem roku, więc jeszcze jesienią znalazłam firmę zajmującą się księgowością i wysłałam im wszystkie dokumenty. Dostałam rozliczenie wystawionych faktur i wydatków, ale nie zgadzało mi się to z tym, co do tej pory zgłosiłam w urzędzie podatkowym. Dopytałam, dowiedziałam się, co było nie tak - okazało się, że brałam kursy walut z mojego banku zamiast z oficjalnej strony Riksbanku, na dodatek z innego dnia niż powinnam. Pani księgowa powiedziała, że to nie szkodzi, bo różnica wynosi tylko kilkadziesiąt koron - wg moich wyliczeń było to 10 razy więcej... poza tym uznałam, że jakakolwiek różnica może się nie spodobać urzędnikom ze skarbówki, więc chciałam to wyjaśnić.
Co robi człowiek w takiej sytuacji? Pyta u źródła! Napisałam maila do Skatteverket z informacją, że do tej pory wysyłałam złe rozliczenia, bo według złego kursu walut i zapytałam, co mogę z tym zrobić. Kilka dni później dostałam odpowiedź, jak poprawnie należy liczyć, informację o ulotce, w której jest to opisane (z konkretnym numerem rozdziału), oraz podstawą prawną. Ponadto wyjaśnienie, jak złożyć sprostowanie. Poprawione informacje wysłałam i czekam... Lista ze zaktualizowanymi podatkami do mnie przyszła, ale jak na razie żadnej kary - a ta może zostać nałożona, tak przynajmniej wynika z informacji, które przeczytałam.

[Kot podatkowy (momskatten) - podatek należy zapłacić, jeśli kot stoi na wszystkich czterech łapach; fragment oficjalnej ulotki Skatteverket]

Mimo że na stronach internetowych Skatteverket są dostępne ulotki po szwedzku i po angielsku (ale te po szwedzku są pisane bardziej zrozumiałym językiem!), to jednak nie wszystko jest jasne od początku i czasem przydaje się jakaś podpowiedź. Iść i zapytać nie zawsze jest jak, przez telefon trudno się czasem dogadać, więc bardzo doceniam możliwość kontaktu mailowego. Odpowiedź z urzędu przychodzi w ciągu około 3 dni (raz czekałam 4 dni, ale raz dostałam odpowiedź już następnego dnia) i zawiera wartościowe informacje. Kiedyś wysłałam nawet do nich fakturę, żeby mi powiedzieli, czy na pewno zawiera wszystko, co trzeba - tak na wszelki wypadek.

Księgowość w przypadku EF jest dosyć prosta, ja jednak wolałam skorzystać z usług profesjonalnej księgowej. Niestety zdarzyło mi się raz, że źle mi coś policzyła i musiałam ją poprawić. Dla mnie ważne jest, żeby mieć się kogo zapytać, żeby ktoś za mnie zrobił rozliczenie roczne i przypominał o sprawach związanych z rozliczeniami - co, jak i kiedy.
To, co mnie zdziwiło, to fakt, że dostałam już od księgowych dokumenty rozliczeniowe i objaśnienia dotyczące przepisów, ale jeszcze nie podpisałam z nimi żadnej umowy. Nie dostałam też żadnej faktury. Kontakt do tej firmy dostałam przez znajomego księgowego, więc raczej wszystko powinno być OK. Niemniej dziwi mnie takie podejście... I nawet nie chodzi o wzięcie odpowiedzialności za wyliczenia - zgodnie z prawem, niezależnie od tego, kto mnie rozlicza, za wszystko odpowiadam osobiście ja.

wtorek, 10 grudnia 2013

Lodowisko na Kungsträdgården

W niedzielę pojechałam do centrum, żeby wypróbować moje nowe łyżwy na lodowisku na Kungsträdgården.

Lodowisko mnie zaskoczyło, bo można na nim jeździć za darmo! Ponadto za darmo można wypożyczyć na miejscu kask - kaski są obowiązkowe dla dzieci i rekomendowane dorosłym. Płatne jest jedynie wypożyczenie łyżew (60 SEK za godzinę) oraz ostrzenie łyżew (60 SEK).

Mimo że darmowe, lodowisko ma normalną obsługę - o pełnych godzinach jeździ maszyna wyrównująca lód, są kryte szatnie (w kształcie stożkowych domków), ławki, toaleta.

Wokół lodowiska są rozwieszone lampki, lecą z głośników świąteczne piosenki. Obok są też karuzele i kilka budek z jedzeniem. I jeszcze duża choinka. Wszystko razem tworzy przyjemną atmosferę.




poniedziałek, 9 grudnia 2013

Mikołajki

Musiałam w piątek wyjść wcześniej z pracy, bo Mikołaj w tym roku "przyniósł" mi łyżwy, więc trzeba było wybrać w sklepie odpowiedni rozmiar. Wybiegając z biura rzuciłam radośnie w kierunku Ch., że już muszę lecieć, bo do mnie przyszedł Mikołaj. Na co Ch. odpowiedział niemalże jak echo - do mnie przyszedł Mikołaj. Więc go poprawiłam, że nie do niego, tylko do mnie!
Dwa zdania później sytuacja się wyjaśniła. Do Węgrów również przychodzi Mikołaj 6 grudnia i nocą zostawia im w butach prezenty - całkiem tak jak w Polsce! Zarówno ja jak i Ch. byliśmy zaskoczeni, bo każdy z nas wizytę Mikołaja na początku grudnia traktował jako swoją narodową tradycję.

Przy okazji zapytałam, kto przynosi gwiazdkowe prezenty Węgrom. I okazało się, że w rodzinie Ch. przynosił je mały Jezus, co jest o tyle dziwne, że jego rodzina nie jest wierząca. W Polsce miałby trochę więcej opcji do wyboru - poza Dzieciątkiem jest przecież jeszcze Mikołaj i Gwiazdor.

A, byłabym zapomniała, oto łyżwy (z miękkim językiem i wyprofilowanymi kostkami - wygodne tak, jak moje noszone niemalże codziennie buty trekkingowe):

[Łyżwy w za dużych osłonkach]

poniedziałek, 2 grudnia 2013

Odsiecz wiedeńska

Z kolegą Ch., Węgrem, rozmawialiśmy o etymologii jakichś słów i on twierdził, że w węgierskim słowa takie jak koń czy namiot pochodzą z czasów, gdy Węgry były pod panowaniem Turków. 

Jak na Polkę przystało skorzystałam z okazji i przypomniałam o naszym wielkim zwycięstwie pod Wiedniem, gdy w XVII wieku powstrzymaliśmy inwazję islamu na Europę -  każdy powinien znać mit o Polsce jako przedmurzu chrześcijaństwa!
No więc opowiadam i się najwyraźniej za bardzo ekscytuję, bo w pewnym momencie Ch. zaczyna się śmiać i przerywa mi pytaniem - "A czy ktoś oprócz was, Polaków, o tym słyszał?". 
Zaskoczył mnie. Nie wiedziałam, co powiedzieć, ale wydawało mi się oczywiste, że przecież o takim ważnym wydarzeniu, wszyscy powinni się uczyć! 
A tu takie rozczarowanie. To tylko nas, w polskie szkole, karmiono przez lata nauki języka polskiego i historii, mitem naszej wyjątkowej pozycji w historii Europy. Niby człowiek powinien sobie z tego zdawać sprawę, ale jakoś tak przykro mi się zrobiło... że o naszej wyjątkowości wiemy tylko my sami...

niedziela, 1 grudnia 2013

Do pierwszej krwi

Marcin się przeziębił, a było to jakiś miesiąc temu. Taki jesienno-zimowy standard - kaszel, katar i gorączka. Po kilku dniach większość z tych objawów przeszła. Poza kaszlem. Raz kaszlał mniej, raz więcej, ale - mimo picia syropu i zalanego wrzątkiem tymianku - kaszel nie przechodził.
Wybrał się więc Marcin po wsparcie do przychodzi. Lekarz go zbadał i stwierdził, że ma pić syrop. A jeśli zacznie kaszleć krwią, to będzie to oznaka zapalenia płuc - wtedy ma ponownie przyjść do przychodni.
Do etapu krwi nie doszliśmy, a kaszel jak był, tak jest...

Rozmawiałam z mężem T - on też miał podobny problem i otrzymał taką samą diagnozę. Widocznie to taki kaszlowy standard w Skandynawii.

U dzieci długotrwały kaszel diagnozowany jest jako astma dziecięca i - z tego, co słyszałam - najczęstszą radą jest "to minie"... plus zalecenie picia syropów i podawania dużej ilości płynów.

Na przeziębienia zawsze dostaje się radę w postaci - odpoczywać, wygrzewać się i przyjmować dużo płynów. Skuteczne to to jest - ale chyba tylko dlatego, że przeziębienie na ogół samo przechodzi.