niedziela, 12 sierpnia 2012

Armé museum

Przed wejściem do budynku, w którym mieści się muzeum wojskowe, jest duży plac, przy którym stoją czołgi i armaty, muzealne eksponaty. Po bokach placu jest kilkanaście miejsc parkingowych, ale większość przestrzeni jest tak pusta, że chce się przez nią przebiec jak najszybciej.

[wejście do muzeum]

Do odwiedzenia tego muzeum zachęciły mnie reklamy w metrze - informowały o nowej wystawie dotyczącej jedzenia w szwedzkiej armii od XVII wieku do czasów współczesnych. Opis nie brzmi może zachęcająco, ale plakaty były.

Wystawy stałe opisane są jedynie po szwedzku, ale kupując bilet można wziąć przewodnik audio w jednym ze strategicznych języków (poza oczywistościami w stylu angielskiego czy francuskiego, dostępny jest również fiński). Wystawy czasowe opisane są po szwedzku i angielsku (przewodników audio dla nich brak).

Nie wiem, z jakiej okazji - być może chodzi o wakacje - codziennie o godzinie 12:00 jest darmowy przewodnik oprowadzający po jednym z pięter (lata 800 do 1900) muzeum w języku angielski, o 13:00 wersja szwedzka. Kilka minut przed wyznaczoną godziną nadawany jest komunikat, że za chwilę przewodnik zabiera chętnych na zwiedzanie.

Historia zaczyna się na najwyższym, drugim, piętrze muzeum od walk wśród szympansów. Później czasy wikingów, średniowiecze... czasy, które Polacy wspominają jako potop szwedzki, Szwedzi widzą, oczywiście, trochę inaczej. Z tego, co mówił przewodnik, im wcale nie chodziło o nasze polskie ziemie (swojej mieli dosyć, zresztą do teraz Szwecja obejmuje duży teren a ludności ma niezbyt wiele) tylko o Bałtyk (nazywany po szwedzku Östresjön - czyli jeziorem południowym). Szwecja była wtedy krajem biednym, a posiadanie morza wewnątrz kraju, gwarantowało sprawowanie kontroli nad całym transportem, jaki się na nim odbywał, a więc wymierne korzyści.

Jedna z sal poświęcona była karom za dezercję. Poza opisami były też przedstawione scenki (np. taka pokazująca, jak wyglądało łamanie kołem), a jeden z przyrządów można było przetestować samodzielnie - chociaż było wyraźnie napisane, że na własną odpowiedzialności. Karę wykonywano sadzając wojaka na drewnianym koniu naturalnych rozmiarów. Tyle tylko, że koń nie miał siodła, a cały jego korpus stanowił kawałek drewna o trójkątnym przekroju, z jednym wierzchołkiem u góry i dwoma na dole. Ała.

[ostrzeżenie dla chętnych do spróbowania]

W muzeum jest bardzo dużo scen prezentujących życie żołnierzy i ich rodzin w dawnych czasach - są naprawdę dobrze zrobione, szczególnie stara kobieta dzieląca mięso konia i żołnierze na koniach.

[armia Napoleona]

Czasy współczesne (od 1901 roku) przedstawione są na pierwszym piętrze. Tutaj można znaleźć informacje o pierwszej i drugiej wojnie światowej czy zburzeniu muru berlińskiego.

Jednym z pojęć, które poznałam w muzeum, a o którym wcześniej nie słyszałam jest cykeltolkning. Nie udało mi się znaleźć jednego słowa, które by to opisywało po polsku, ale rzeczy dotyczy transportu żołnierzy. Na rowerach (cykel to rower). Za traktorem. W moim przedszkolu były podobne praktyki - gdy wychodziliśmy na spacer poza teren przedszkola, panie wiązały skakanki w jeden długi sznurek, którego musieliśmy się trzymać całą drogą. Podobna jest idea cykeltolkningu. Z przodu jedzie traktor, do którego przyczepiony jest sznur, a żołnierze siedzący na rowerach, trzymają się uchwytów wychodzących z tego sznura. Używano tego podczas drugiej wojny światowej.

[cykeltolkning]

[cykeltolkning]

Sama wystawa poświęcona jedzeniu była ciekawa, ale najbardziej zaskoczył mnie jej fragment poświęcony higienie w armii, który pokazano w ramach tej wystawy. Można było zobaczyć polowe umywalki, kartonową przenośną toaletę oraz obejrzeć zdjęcia sprzed kilkudziesięciu lat, przedstawiające wychodzących z kąpieli w jeziorze żołnierzy (każdy biorący kąpiel był odnotowywany na specjalnej liście). Był też fragment edukacyjny - zdjęcie gołego żołnierza (miał
jedynie hełm, karabin i ciężkie buty), którego części ciała były opatrzone informacją jak często należy je myć i dlaczego; np. włosy przynajmniej kilka razy w tygodniu, a nogi codziennie, bo inaczej śmierdzą i może się na nich rozwinąć grzybica.
Jeśli chodzi o jedzenie, to było sporo miejsca poświęconego głównemu szwedzkiemu napojowi - kawie. Można było zobaczyć skrzynki, w których przechowywano kawę i cukier, były termosy, kubki, czajniki do zaparzania kawy (takie fajne, duże - w końcu miały służyć większym niż rodzina grupom ludzi).
Były też zagadki. Beczki z otworami, przez które można było powąchać ich zawartość i próbować zgadnąć, co jest w środku. Mi udało się odgadnąć jedynie kawę. Solone śledzie nie pachniały - jak dla mnie - zupełnie niczym, a olejek arakowy kojarzył mi się z octem. Na każdej beczce znajdowała się odpowiedź - zasłonięta kawałkiem materiału, żeby nie zobaczyć jej przypadkiem. Przy każdej beczce stał też schodek dla dzieci, żeby mogły dosięgnąć otworu w beczce swoimi nosami.

[zagadkowa beczka]

Przy kasie można było wziąć specjalny przewodnik dla dzieci. Ulotka z pytaniami i krótkimi wyjaśnieniami dla młodych zwiedzających, które pomagały ich zainteresować wystawą. Miejsca, której zostały opisane w tej ulotce, były oznaczone specjalnymi figurkami - dodatkową atrakcją dla dzieciaków było więc pewnie szukanie tych figurek na wystawie.
Wstęp do muzeum dla osób do lat 19 jest za darmo; są też specjalne zniżki dla pracowników wojska albo dla osób, które przyjdą w mundurach. Co ciekawe, na bilecie z muzeum wojska można też wejść do znajdującego się naprzeciw muzeum muzyki i teatru. Tylko na to trzeba by mieć dużo czasu - samo przejście przez Armé museum i czytanie tylko tych opisów, które wydawały się być interesujące, zajęło mi 3 godziny; spokojne można by tu było spędzić więcej czasu.

sobota, 11 sierpnia 2012

O mieszkaniach w Szwecji i małżeństwach w krajach trochę dalszych

Lunch to bardzo dobra pora na poznawanie innych kultur. Ostatnio rozmawialiśmy o mieszkaniach - S mieszka ze znajomymi, którzy mówią w jego języku, a N wynajmuje pokój w mieszkaniu studenckim. Zapytałam, co z M, którego akurat nie było z nami, czy on też jeszcze mieszka w studenckim czy wynajmuje coś ze swoimi znajomymi. W odpowiedzi usłyszałam, że M wynajął niedawno sam całe mieszkanie, ponieważ będzie brał ślub. Zdziwiłam się, bo nigdy nie słyszałam, żeby M chociaż słowem się zająknął o jakiejś dziewczynie. Ale koledzy szybko mi wyjaśnili wszelkie wątpliwości. S i N wiedzą, jak się organizuje małżeństwa w Pakistanie, skąd pochodzi M, bo mieszkają w sąsiednich Indiach i u nich przebiega to mniej więcej tak samo.

Gdy chłopak się usamodzielnia i jego rodzice uważają, że już czas na zakładanie rodziny, pytają syna, czy on też tak uważa. Jeśli tak, to rodzice szukają mu odpowiedniej kandydatki. Chłopaki powiedzieli, że rodzice wysyłają im coś w rodzaju CV z dużą ilością zdjęć, a oni mogą wybierać. Wiadomo, że rodzice będą chcieli dla nich jak najlepiej, więc kandydatki będą sprawdzone. Gdy dziewczyna zostanie wybrana, przyszłą młodą parę czeka jeszcze kilka spotkań (N mówił, że na ogół jest ich 4 lub 5). S porównał całe to "wybieranie żony" do korzystania przez nas, Europejczyków, z portali randkowych.
Nie wiem jak w Pakistanie, ale w Indiach jednym z czynników mających wpływ na wybór żony jest sprawdzenie horoskopów (czy czegoś w tym stylu - ważna jest data urodzenia, układ planet i inne takie rzeczy) młodych ludzi. W tym celu rodzice udają się do wróżbiarzy - moi koledzy, mimo że podśmiewali się trochę z tego pomysłu i mówili, że podejrzewają lekkie naciąganie ludzi przez wróżbiarzy, to jednak nie sprzeciwiają się takiej formie weryfikacji przyszłej kandydatki na żonę.

Ale miało być o mieszkaniach w Szwecji. Więc tak: N wynajmuje pokój w mieszkaniu studenckim, ale nie jest "pierwszym" wynajmującym, tylko odnajmuje go od innej osoby, która na razie tam nie mieszka, ale która oficjalnie zajmuje ten pokój. Problem jest taki, że w mieszkaniach studenckich ilość osób zajmujących pokój jest odgórnie ograniczona (przez wynajmującego, czyli gminę). Tak więc N nie może nigdzie podawać swojego adresu, ponieważ jest on już zajęty przez osobę oficjalnie wynajmującą. A adres jest mu niezbędny do złożenia jakiegoś wniosku w biurze migracyjnym. Zastanawiał się nawet, czy nie może podać adresu naszego biura, ale okazało się, że biuro nie ma swojego numeru lokalu, więc nie może być używane w takim celu (tak przynajmniej wyjaśniał to E - z naszego działu HR). Na szczęście M, który wynajmuje całe niestudenckie mieszkanie, więc może użyczać adresu ilu osobom zechce, zgodził się, żeby N z niego skorzystał :)

piątek, 10 sierpnia 2012

Tęczowe miasto

Rozmowa podczas lunchu:
S: Nie wiecie, co się działo w weekend na Slussen? Podobno jakaś duża impreza była. Koledzy z mieszkania jechali.
N: Tak, to chyba parada z okazji Stockholm Pride :D

O plakatach reklamujących tę imprezę pisałam wcześniej tutaj.

Widać było, że przez cały poprzedni tydzień miasto włączyło się w Stockholm Pride. Na autobusach miejskich powiewały małe, a przed muzeami wielkie tęczowe flagi.
W metrze i na ulicy można było spotkać ludzi z tęczowymi bransoletkami na rękach lub przyczepionymi do pasków spodni.

Był na imprezie również polski akcent - jednym z zaproszonych gości była Anna Grodzka, reklamowana tutaj jako pierwsza transseksualna posłanka.

czwartek, 2 sierpnia 2012

Dookoła Szwecji: Mora - Stockholm

Kilkanaście kilometrów na południe od Mora znajduje się wieś Nusnäs, w której produkowany jest jeden z bardziej znanych symboli Szwecji - dalahäst.

[Dalahäst]


Czerwone koniki produkowane są ręcznie w dwóch zakładach, które mieszczą się w Nusnäs na tej samej ulicy, w sąsiednich budynkach.

My odwiedziliśmy ten, który zobaczyliśmy jako pierwszy. Przed budynkiem było wiele wolnych miejsc parkingowych, a na parkingu stały duże malowane figurki konia i koguta, na które wdrapywali się mali goście.

W warsztacie zorganizowane jest małe muzeum, w którym prezentowana jest historia koników - od zabawek ubogich dzieci aż po symbol Szwecji prezentowany na wystawie w Nowym Yorku na początku XX wieku (z tego czasu zachowała się m.in. pocztówka wysłana z USA do Szwecji). Można tam również oglądać, jak powstają figurki koni - jest kilka stanowisk pracy, na każdym odbywa się inny etap obróbki drewna, do każdego można podejść i sobie popatrzeć.
Przed warsztatem na stołach wystawione są małe, proste figurki koni oraz farby, więc odwiedzające to miejsce dzieci mogą spróbować pomalować konie według własnego pomysłu.

W drugim budynku mieści się sklep z dalahästami w różnych rozmiarach i wersjach kolorystycznych, gadżetami z wizerunkiem konia oraz innymi szwedzkimi pamiątkami - m.in. z motywem łosia. Na środku sklepu przy stoliku siedzi pani i maluje ręcznie wzory na konikach.

Największym dla nas zaskoczeniem było to, że za wejście do warsztatu nie trzeba było płacić. Wszystko można było zobaczyć zupełnie za darmo!

Po wizycie w Nusnäs pojechaliśmy prosto do domu. Po drodze, przy drodze E4 zobaczyliśmy ciekawy budynek - Dragon Gate, czyli Chiny w Szwecji. Ciekawa odmiana, biorąc pod uwagę, że większość szwedzkich domów jest obita deskami i pomalowana na ciemnoczerwony kolor.

[Dragon Gate]

[Dragon Gate]

Dragon Gate to centrum turystyczne i kulturalne. Można zatrzymać się na nocleg w hotelu lub obejrzeć w muzeum terakotową armię.

Nasz samochód bardzo pozytywnie nas zaskoczył - do tej pory średnie spalanie mieliśmy na poziomie 9.6, a po tych wakacjach spadło do 7.4!

środa, 1 sierpnia 2012

Dookoła Szwecji: Jokkmokk - Mora

Trasa wakacji była planowana pod kątem atrakcji. Jakoś tak odległości umknęły naszej uwadze. I tego dnia, przy jeździe z Jokkmokk do Mory, było to wyraźnie widać. Do przejechania mieliśmy ponad 900 km. Nawigacja podawała orientacyjny czas przejazdu jako 14 godzin, ale wydawało się nam, że możemy to zrobić w ciągu 12 godzin. Problem by był, gdybyśmy się przeliczyli, bo według naszego planu mieliśmy zjawić się w hotelu niedługo przed zamknięciem recepcji (chyba żaden z hoteli odwiedzonych przez nas w czasie wakacji nie miał 24h recepcji).

Droga, którą jechaliśmy nazywa się Inlandsvägen (E45), co w wolnym tłumaczeniu oznacza drogę przechodzącą przez środek kraju. Zaczyna się w Göteborgu i ciągnie prawie 1700 km na północ. Przecinają ją tory kolejowe Inlandsbana (kolej śródkrajowa).

[Inlandsvägen]

Sieć dróg w Szwecji przypomina drabinę: droga E4 ciągnie się wzdłuż wybrzeża Szwecji, droga E45 przez środek kraju, a pomiędzy kilka głównych dróg łączących te dwie najważniejsze.

W Dalarna drogi są czerwone - przynajmniej większość tych, którymi jechaliśmy miała czerwoną nawierzchnię.

[Inlandsvägen w Dalarna]

[Inlandsvägen w Dalarna]

W drodze do Mory przejeżdżaliśmy przez miejscowość Orsa, której reklamy zaczęły się pojawiać w sztokholmskim metrze jeszcze przed wakacjami. Fakt, że reklamowało się to niedźwiedziem i chłopakiem w skórzanym fartuchu grającym na czymś w rodzaju kontrabasu, ale jakoś tak spodziewaliśmy się "czegoś", a zobaczyliśmy zwykłą wieś na jeziorem.

W Orsa jest Park Niedźwiedzi, którego nie odwiedziliśmy ze względu na brak czasu. Podobno ciekawe miejsce, o ile tylko nie odwiedza się go zimą, gdy główne atrakcje zapadają w sen zimowy.

Mora wywarła na nas bardzo pozytywne wrażenie. Ładne tradycyjne domy, zadbane ulice i skwery. Mora ma ważne miejsce w historii Szwecji - w 1520 roku Gustaw Waza próbował zorganizować tutaj rebelię przeciwko Duńczykom. Mieszkańcy nie byli chętni do bitwy, więc Gustaw zaczął uciekać w stronę Norwegii (w czasie, gdy przebywał w Mora, ukrywał się w piwnicy jednego z domów - na tym miejscu znajduje się obecnie jego pomnik), ale ci szybko zmienili zdanie i dwóch mieszkańców wyruszyło za Gustawem, żeby przekazać mu tę informację. Dogonili go tuż przed norweską granicą, a później u boku Gustawa walczyli z Duńczykami. Dzięki temu Szwecja uzyskała niepodległość, a Gustaw Waza został wybrany jej królem.

Na pamiątkę pościgu mieszkańców Mora za Gustawem, organizowany jest co roku bieg narciarski Vasaloppet.


wtorek, 31 lipca 2012

Dookoła Szwecji: Kiruna - Jokkmokk

Przed wyjazdem z Kiruny pojechaliśmy obejrzeć miejscowy drewniany kościół z początku XX wieku. Kształ inspirowany był m.in. lapońskim domem/namiotem (kåta) i norweskim kościołem klepkowym (świątynię Wang w Karpaczu ktoś kojarzy?).

[dzwonnica]

[bok kościoła]

[widok z przodu]

[wnętrze kościoła]

[wnętrze kościoła]

Z Kiruny pojechaliśmy na spotkanie z reniferami do lapońskiego muzeum w Jukkasjärvi. Chyba pierwszy raz w życiu dojechaliśmy do końca drogi - przez całą miejscowość jedzie się normalną drogą asfaltową, na której końcu jest parking, a za nim płot. Nie da się dalej pojechać - jakby to był koniec świata ;-)
Muzeum jest bardzo małe, a rzeczy oferowane w sklepie z pamiątkami są bardzo drogie (zauważalnie droższe niż np. podobne rzeczy w Wiosce Św. Mikołaja w Rovaniemi; w obu można było kupić gadżety związane z Laponią). Niestety spóźniliśmy się na wycieczkę z przewodnikiem, a samemu trochę strach był podchodzić do reniferów (do zagrody weszłam, ale jak zwierzaki zaczęły wąchać, brzuchy im się zaczęły szybko ruszać i generalnie nie wyglądały na zadowolone, to stamtąd prawie wybiegłam). Trudno również samemu nauczyć się rzucać lassem - z instruktorem byłoby zdecydowanie łatwiej.

[renifery w zagrodzie]

[renifery pod dachem]

Na trasie, w okolicy tamy w miejscowości Porjus, spotkaliśmy parę dzikich reniferów. Nie zważając na przepaść, spokojnie pasły się po tej mniej bezpiecznej stronie barierki.

[dziki renifer w okolicy Porjus]

Naszym celem był Jokkmokk - ośrodek kultury Samów (mieszkańców Laponii) - miejscowość znana przede wszystkim ze swojego dorocznego targu. Targ odbywa się zimą już od ponad 400 lat i towarzyszą mu imprezy kulturalne Samów.
Miejscowość jest nieduża - ma niecałe 3000 mieszkańców - i skupiona wokół jednej głównej ulicy. Nie spodziewaliśmy się po niej wiele, ale nie wiedzieliśmy, że nie będzie tam tak zupełnie nic (nie licząc targu, składającego się z kilku stoisk, na którym sprzedawano głównie ubrania, oraz budki z tajskim jedzeniem). Głównym ośrodkiem kultury jest muzeum, którego nie odwiedziliśmy. Za to skorzystaliśmy ze Slow Foodowej restauracji, która się przy muzeum znajdowała. O dziwo ceny w niej były takie jak w innych restauracjach, a spodziewaliśmy się (po tym logo "Slow Food") cen przynajmniej o połowę wyższych niż standardowe. W takim miejscu wybór obiadu był oczywistością - renifer!

Na nocleg wybraliśmy hotel nad jeziorem, więc komary bzyczały nam całą noc, a rano mieliśmy sporo bąbli. Ale przynajmniej nie raziło nas w nocy słońce - zestaw żaluzje + grube zasłony to dobry przyjaciel na każdy dzień polarny!
W hotelowej restauracji pełno było wypchanych zwierząt - były ptaki, niedźwiedź, skóry reniferów. Idealne miejsce dla myśliwych. Dla miłośników zwierząt (tych żywych) niekoniecznie.


poniedziałek, 30 lipca 2012

Dookoła Szwecji: Kiruna - Narvik - Kiruna

Na dworcu w Kirunie są automaty, w których można kupić bilet lub odebrać bilet zarezerwowany wcześniej przez internet. Na każdym jest imię i nazwisko właściciela, trzeba mieć więc ze sobą dowód tożsamości. Nikt tego jednak nie sprawdzał.

Gdy czekaliśmy na pociąg, pogoda była "północna", czyli świeciło słońce i było poniżej 15 stopni. Turyści ubrani w kurtki lub polary, ale była też jedna rodzina - najwyraźniej miejscowa - w której dorośli i dzieciaki chodzili w klapkach, szortach i podkoszulkach.

Nie wiedzieliśmy, jaki jest rozkład miejsc w pociągu. Bardzo chcieliśmy siedzieć z prawej strony - tak polecały przewodniki, bo podobno widoki są lepsze - ale nie wiedzieliśmy, jakie numery miejsc powinny nas interesować. Wzięliśmy więc jakieś losowe miejsca obok siebie. W pociągu okazało się, że mamy wagon bezprzedziałowy i nie dość, że siedzimy po lewej stronie to jeszcze tyłem do kierunku jazdy.

Pociąg był dalekobieżny, poza zwykłymi wagonami bez przedziałów były też takie z miejscami do spania oraz bar, z którego korzystało dużo osób (kupując głównie kawę, ale zdarzył się też ktoś z miską, za którą ciągnął się zapach chińskiej zupki).
Wygodne fotele - dość szerokie i głębokie - z odpowiednio dużą przestrzenią na nogi, składanymi stolikami, uchwytami na kubki i gniazdkami elektrycznymi (między naszymi fotelami były takie 2). Na oknach rolety - ściągane od góry, więc nawet jeśli się zasłaniało przed słońcem, to nadal można było podziwiać krajobraz. Przy wejściach do wagonu oraz na środku były półki na większy bagaż; poza nimi były standardowe półki nad siedzeniami, ciągnące się wzdłuż wagonu.

Najwięcej pasażerów opuściło pociąg w Abisko i okolicy (jeszcze po szwedzkiej stronie) - poza tym, że są tam trasy narciarskie przyciągające ludzi zimą, to zaczynają się tam również piesze szlaki. Dzięki temu zwolniło się sporo miejsc po pożądanej prawej stronie.

Krajobraz był przepiękny - szczególnie po przejechaniu norweskiej granicy. Dużo skalistych gór, lasów niewiele, a jeśli już to z niewysokimi drzewami. Z pociągu widać było, że w niektórych miejscach wciąż leży śnieg, ale nie było go dużo.

[widok po lewej stronie pociągu]


[widok po prawej stronie pociągu]

Gdy zbliżaliśmy się do Narwiku, pociąg, który do tej pory jechał głównie doliną, zaczął się wspinać na górę. Wtedy można było przykleić się do szyby po prawej stronie pociągu - co zrobili praktycznie wszyscy pasażerowie - patrzeć i podziwiać... i nagrywać ;-)


[widok po prawej stronie pociągu]


[wciąż po prawej stronie pociągu]

Większość prób nakręcenia filmu kończyła się na ciemnym tunelu. Tunele były zbite z desek i miałam wrażenie, że służą jedynie do psucia widoku. Znajoma uświadomiła mi jednak, do czego te tunele służą. Zimą.

[ta sama trasa zimą]

Narvik wygląd na nieduże miasto, w którym nie ma co robić. Jest jakieś muzeum, gdzieś poza centrum jest port... 

[Narvik]

[Narvik]

[bliżej na biegu niż do Warszawy]

Nie przepuściliśmy okazji zjedzenia ryby nad morzem... no, nie do końca ryby ;-) Obiad zjedliśmy w barze obok sklepu rybnego. Poza halibutem zamówiliśmy również wieloryba! Niby wiadomo, że to ssak, ale jednak trochę dziwnie widzieć takie brązowe mięso z czegoś, co wcześniej pływało w morzu, z rybami.

[halibut]

[wieloryb]

Ceny - w porównaniu do tych ze Sztokholmu - nie są znacząco wyższe. Jednostkowo jest kilka procent drożej, poza tym korona norweska jest warta ok. 1,2 korony szwedzkiej, ale nie są to kilkukrotne przebicia, jakich się spodziewaliśmy.
W barze była informacja, że przyjmowane są tylko norweskie karty kredytowe, więc wypłaciliśmy gotówkę z bankomatu. Ale już w sklepie spożywczym zapytaliśmy o możliwość płatności szwedzką kartą i sprzedawca nam powiedział, że oczywiście można nimi płacić, bo to przecież też z Unii Nordyckiej.

Po obiedzie wróciliśmy na dworzec, skąd miał odjeżdżać nasz powrotny autobus. Czekając na niego, zobaczyliśmy, że na sąsiedniej górze jest kolejka linowa. Szkoda, że nie wiedzieliśmy o niej wcześniej, pewnie byśmy pojechali zobaczyć, co stamtąd widać.

[okolice stacji kolejowe]

Do Kiruny wracaliśmy autobusem (myśleliśmy, że wybranie opcji "SJ" w automacie oznacza jedynie pociągi), ale ta podróż też okazała się ciekawa. Minęliśmy np. parking, który był oznaczony jako miejsce bitwy o Narwik. Autobus jedzie cały czas doliną, więc widoki były trochę inne niż te z pociągu, ponadto przejeżdżaliśmy przez centra turystycznych miejscowości (w jednej z nich była kumulacja wszystkich atrakcji na małym terenie - krótki wyciąg, wzdłuż którego stały domki campingowe, niewielka górka do zjeżdżania, a na jej szczycie restauracja, sklep i przystanek autobusowy).
[droga z Narviku do Kiruny, Norwegia]

[droga z Narviku do Kiruny, Norwegia]

Po powrocie do Kiruny szukaliśmy czegoś do zjedzenia kolację. Niestety większość restauracji jest otwarta albo do 13:00 (tak, to nie jest pomyłka) albo do 18:00. A w restauracji na naszym campingu trzeba wcześniej zarezerwować stolik (to działa bardziej jak stołówka, bo nie ma też wyboru dań - jest rozpisane menu na cały tydzień). Udało nam się jednak znaleźć centrum handlowe ze sklepami otwartymi aż do 22:00!