piątek, 10 sierpnia 2012

Tęczowe miasto

Rozmowa podczas lunchu:
S: Nie wiecie, co się działo w weekend na Slussen? Podobno jakaś duża impreza była. Koledzy z mieszkania jechali.
N: Tak, to chyba parada z okazji Stockholm Pride :D

O plakatach reklamujących tę imprezę pisałam wcześniej tutaj.

Widać było, że przez cały poprzedni tydzień miasto włączyło się w Stockholm Pride. Na autobusach miejskich powiewały małe, a przed muzeami wielkie tęczowe flagi.
W metrze i na ulicy można było spotkać ludzi z tęczowymi bransoletkami na rękach lub przyczepionymi do pasków spodni.

Był na imprezie również polski akcent - jednym z zaproszonych gości była Anna Grodzka, reklamowana tutaj jako pierwsza transseksualna posłanka.

czwartek, 2 sierpnia 2012

Dookoła Szwecji: Mora - Stockholm

Kilkanaście kilometrów na południe od Mora znajduje się wieś Nusnäs, w której produkowany jest jeden z bardziej znanych symboli Szwecji - dalahäst.

[Dalahäst]


Czerwone koniki produkowane są ręcznie w dwóch zakładach, które mieszczą się w Nusnäs na tej samej ulicy, w sąsiednich budynkach.

My odwiedziliśmy ten, który zobaczyliśmy jako pierwszy. Przed budynkiem było wiele wolnych miejsc parkingowych, a na parkingu stały duże malowane figurki konia i koguta, na które wdrapywali się mali goście.

W warsztacie zorganizowane jest małe muzeum, w którym prezentowana jest historia koników - od zabawek ubogich dzieci aż po symbol Szwecji prezentowany na wystawie w Nowym Yorku na początku XX wieku (z tego czasu zachowała się m.in. pocztówka wysłana z USA do Szwecji). Można tam również oglądać, jak powstają figurki koni - jest kilka stanowisk pracy, na każdym odbywa się inny etap obróbki drewna, do każdego można podejść i sobie popatrzeć.
Przed warsztatem na stołach wystawione są małe, proste figurki koni oraz farby, więc odwiedzające to miejsce dzieci mogą spróbować pomalować konie według własnego pomysłu.

W drugim budynku mieści się sklep z dalahästami w różnych rozmiarach i wersjach kolorystycznych, gadżetami z wizerunkiem konia oraz innymi szwedzkimi pamiątkami - m.in. z motywem łosia. Na środku sklepu przy stoliku siedzi pani i maluje ręcznie wzory na konikach.

Największym dla nas zaskoczeniem było to, że za wejście do warsztatu nie trzeba było płacić. Wszystko można było zobaczyć zupełnie za darmo!

Po wizycie w Nusnäs pojechaliśmy prosto do domu. Po drodze, przy drodze E4 zobaczyliśmy ciekawy budynek - Dragon Gate, czyli Chiny w Szwecji. Ciekawa odmiana, biorąc pod uwagę, że większość szwedzkich domów jest obita deskami i pomalowana na ciemnoczerwony kolor.

[Dragon Gate]

[Dragon Gate]

Dragon Gate to centrum turystyczne i kulturalne. Można zatrzymać się na nocleg w hotelu lub obejrzeć w muzeum terakotową armię.

Nasz samochód bardzo pozytywnie nas zaskoczył - do tej pory średnie spalanie mieliśmy na poziomie 9.6, a po tych wakacjach spadło do 7.4!

środa, 1 sierpnia 2012

Dookoła Szwecji: Jokkmokk - Mora

Trasa wakacji była planowana pod kątem atrakcji. Jakoś tak odległości umknęły naszej uwadze. I tego dnia, przy jeździe z Jokkmokk do Mory, było to wyraźnie widać. Do przejechania mieliśmy ponad 900 km. Nawigacja podawała orientacyjny czas przejazdu jako 14 godzin, ale wydawało się nam, że możemy to zrobić w ciągu 12 godzin. Problem by był, gdybyśmy się przeliczyli, bo według naszego planu mieliśmy zjawić się w hotelu niedługo przed zamknięciem recepcji (chyba żaden z hoteli odwiedzonych przez nas w czasie wakacji nie miał 24h recepcji).

Droga, którą jechaliśmy nazywa się Inlandsvägen (E45), co w wolnym tłumaczeniu oznacza drogę przechodzącą przez środek kraju. Zaczyna się w Göteborgu i ciągnie prawie 1700 km na północ. Przecinają ją tory kolejowe Inlandsbana (kolej śródkrajowa).

[Inlandsvägen]

Sieć dróg w Szwecji przypomina drabinę: droga E4 ciągnie się wzdłuż wybrzeża Szwecji, droga E45 przez środek kraju, a pomiędzy kilka głównych dróg łączących te dwie najważniejsze.

W Dalarna drogi są czerwone - przynajmniej większość tych, którymi jechaliśmy miała czerwoną nawierzchnię.

[Inlandsvägen w Dalarna]

[Inlandsvägen w Dalarna]

W drodze do Mory przejeżdżaliśmy przez miejscowość Orsa, której reklamy zaczęły się pojawiać w sztokholmskim metrze jeszcze przed wakacjami. Fakt, że reklamowało się to niedźwiedziem i chłopakiem w skórzanym fartuchu grającym na czymś w rodzaju kontrabasu, ale jakoś tak spodziewaliśmy się "czegoś", a zobaczyliśmy zwykłą wieś na jeziorem.

W Orsa jest Park Niedźwiedzi, którego nie odwiedziliśmy ze względu na brak czasu. Podobno ciekawe miejsce, o ile tylko nie odwiedza się go zimą, gdy główne atrakcje zapadają w sen zimowy.

Mora wywarła na nas bardzo pozytywne wrażenie. Ładne tradycyjne domy, zadbane ulice i skwery. Mora ma ważne miejsce w historii Szwecji - w 1520 roku Gustaw Waza próbował zorganizować tutaj rebelię przeciwko Duńczykom. Mieszkańcy nie byli chętni do bitwy, więc Gustaw zaczął uciekać w stronę Norwegii (w czasie, gdy przebywał w Mora, ukrywał się w piwnicy jednego z domów - na tym miejscu znajduje się obecnie jego pomnik), ale ci szybko zmienili zdanie i dwóch mieszkańców wyruszyło za Gustawem, żeby przekazać mu tę informację. Dogonili go tuż przed norweską granicą, a później u boku Gustawa walczyli z Duńczykami. Dzięki temu Szwecja uzyskała niepodległość, a Gustaw Waza został wybrany jej królem.

Na pamiątkę pościgu mieszkańców Mora za Gustawem, organizowany jest co roku bieg narciarski Vasaloppet.


wtorek, 31 lipca 2012

Dookoła Szwecji: Kiruna - Jokkmokk

Przed wyjazdem z Kiruny pojechaliśmy obejrzeć miejscowy drewniany kościół z początku XX wieku. Kształ inspirowany był m.in. lapońskim domem/namiotem (kåta) i norweskim kościołem klepkowym (świątynię Wang w Karpaczu ktoś kojarzy?).

[dzwonnica]

[bok kościoła]

[widok z przodu]

[wnętrze kościoła]

[wnętrze kościoła]

Z Kiruny pojechaliśmy na spotkanie z reniferami do lapońskiego muzeum w Jukkasjärvi. Chyba pierwszy raz w życiu dojechaliśmy do końca drogi - przez całą miejscowość jedzie się normalną drogą asfaltową, na której końcu jest parking, a za nim płot. Nie da się dalej pojechać - jakby to był koniec świata ;-)
Muzeum jest bardzo małe, a rzeczy oferowane w sklepie z pamiątkami są bardzo drogie (zauważalnie droższe niż np. podobne rzeczy w Wiosce Św. Mikołaja w Rovaniemi; w obu można było kupić gadżety związane z Laponią). Niestety spóźniliśmy się na wycieczkę z przewodnikiem, a samemu trochę strach był podchodzić do reniferów (do zagrody weszłam, ale jak zwierzaki zaczęły wąchać, brzuchy im się zaczęły szybko ruszać i generalnie nie wyglądały na zadowolone, to stamtąd prawie wybiegłam). Trudno również samemu nauczyć się rzucać lassem - z instruktorem byłoby zdecydowanie łatwiej.

[renifery w zagrodzie]

[renifery pod dachem]

Na trasie, w okolicy tamy w miejscowości Porjus, spotkaliśmy parę dzikich reniferów. Nie zważając na przepaść, spokojnie pasły się po tej mniej bezpiecznej stronie barierki.

[dziki renifer w okolicy Porjus]

Naszym celem był Jokkmokk - ośrodek kultury Samów (mieszkańców Laponii) - miejscowość znana przede wszystkim ze swojego dorocznego targu. Targ odbywa się zimą już od ponad 400 lat i towarzyszą mu imprezy kulturalne Samów.
Miejscowość jest nieduża - ma niecałe 3000 mieszkańców - i skupiona wokół jednej głównej ulicy. Nie spodziewaliśmy się po niej wiele, ale nie wiedzieliśmy, że nie będzie tam tak zupełnie nic (nie licząc targu, składającego się z kilku stoisk, na którym sprzedawano głównie ubrania, oraz budki z tajskim jedzeniem). Głównym ośrodkiem kultury jest muzeum, którego nie odwiedziliśmy. Za to skorzystaliśmy ze Slow Foodowej restauracji, która się przy muzeum znajdowała. O dziwo ceny w niej były takie jak w innych restauracjach, a spodziewaliśmy się (po tym logo "Slow Food") cen przynajmniej o połowę wyższych niż standardowe. W takim miejscu wybór obiadu był oczywistością - renifer!

Na nocleg wybraliśmy hotel nad jeziorem, więc komary bzyczały nam całą noc, a rano mieliśmy sporo bąbli. Ale przynajmniej nie raziło nas w nocy słońce - zestaw żaluzje + grube zasłony to dobry przyjaciel na każdy dzień polarny!
W hotelowej restauracji pełno było wypchanych zwierząt - były ptaki, niedźwiedź, skóry reniferów. Idealne miejsce dla myśliwych. Dla miłośników zwierząt (tych żywych) niekoniecznie.


poniedziałek, 30 lipca 2012

Dookoła Szwecji: Kiruna - Narvik - Kiruna

Na dworcu w Kirunie są automaty, w których można kupić bilet lub odebrać bilet zarezerwowany wcześniej przez internet. Na każdym jest imię i nazwisko właściciela, trzeba mieć więc ze sobą dowód tożsamości. Nikt tego jednak nie sprawdzał.

Gdy czekaliśmy na pociąg, pogoda była "północna", czyli świeciło słońce i było poniżej 15 stopni. Turyści ubrani w kurtki lub polary, ale była też jedna rodzina - najwyraźniej miejscowa - w której dorośli i dzieciaki chodzili w klapkach, szortach i podkoszulkach.

Nie wiedzieliśmy, jaki jest rozkład miejsc w pociągu. Bardzo chcieliśmy siedzieć z prawej strony - tak polecały przewodniki, bo podobno widoki są lepsze - ale nie wiedzieliśmy, jakie numery miejsc powinny nas interesować. Wzięliśmy więc jakieś losowe miejsca obok siebie. W pociągu okazało się, że mamy wagon bezprzedziałowy i nie dość, że siedzimy po lewej stronie to jeszcze tyłem do kierunku jazdy.

Pociąg był dalekobieżny, poza zwykłymi wagonami bez przedziałów były też takie z miejscami do spania oraz bar, z którego korzystało dużo osób (kupując głównie kawę, ale zdarzył się też ktoś z miską, za którą ciągnął się zapach chińskiej zupki).
Wygodne fotele - dość szerokie i głębokie - z odpowiednio dużą przestrzenią na nogi, składanymi stolikami, uchwytami na kubki i gniazdkami elektrycznymi (między naszymi fotelami były takie 2). Na oknach rolety - ściągane od góry, więc nawet jeśli się zasłaniało przed słońcem, to nadal można było podziwiać krajobraz. Przy wejściach do wagonu oraz na środku były półki na większy bagaż; poza nimi były standardowe półki nad siedzeniami, ciągnące się wzdłuż wagonu.

Najwięcej pasażerów opuściło pociąg w Abisko i okolicy (jeszcze po szwedzkiej stronie) - poza tym, że są tam trasy narciarskie przyciągające ludzi zimą, to zaczynają się tam również piesze szlaki. Dzięki temu zwolniło się sporo miejsc po pożądanej prawej stronie.

Krajobraz był przepiękny - szczególnie po przejechaniu norweskiej granicy. Dużo skalistych gór, lasów niewiele, a jeśli już to z niewysokimi drzewami. Z pociągu widać było, że w niektórych miejscach wciąż leży śnieg, ale nie było go dużo.

[widok po lewej stronie pociągu]


[widok po prawej stronie pociągu]

Gdy zbliżaliśmy się do Narwiku, pociąg, który do tej pory jechał głównie doliną, zaczął się wspinać na górę. Wtedy można było przykleić się do szyby po prawej stronie pociągu - co zrobili praktycznie wszyscy pasażerowie - patrzeć i podziwiać... i nagrywać ;-)


[widok po prawej stronie pociągu]


[wciąż po prawej stronie pociągu]

Większość prób nakręcenia filmu kończyła się na ciemnym tunelu. Tunele były zbite z desek i miałam wrażenie, że służą jedynie do psucia widoku. Znajoma uświadomiła mi jednak, do czego te tunele służą. Zimą.

[ta sama trasa zimą]

Narvik wygląd na nieduże miasto, w którym nie ma co robić. Jest jakieś muzeum, gdzieś poza centrum jest port... 

[Narvik]

[Narvik]

[bliżej na biegu niż do Warszawy]

Nie przepuściliśmy okazji zjedzenia ryby nad morzem... no, nie do końca ryby ;-) Obiad zjedliśmy w barze obok sklepu rybnego. Poza halibutem zamówiliśmy również wieloryba! Niby wiadomo, że to ssak, ale jednak trochę dziwnie widzieć takie brązowe mięso z czegoś, co wcześniej pływało w morzu, z rybami.

[halibut]

[wieloryb]

Ceny - w porównaniu do tych ze Sztokholmu - nie są znacząco wyższe. Jednostkowo jest kilka procent drożej, poza tym korona norweska jest warta ok. 1,2 korony szwedzkiej, ale nie są to kilkukrotne przebicia, jakich się spodziewaliśmy.
W barze była informacja, że przyjmowane są tylko norweskie karty kredytowe, więc wypłaciliśmy gotówkę z bankomatu. Ale już w sklepie spożywczym zapytaliśmy o możliwość płatności szwedzką kartą i sprzedawca nam powiedział, że oczywiście można nimi płacić, bo to przecież też z Unii Nordyckiej.

Po obiedzie wróciliśmy na dworzec, skąd miał odjeżdżać nasz powrotny autobus. Czekając na niego, zobaczyliśmy, że na sąsiedniej górze jest kolejka linowa. Szkoda, że nie wiedzieliśmy o niej wcześniej, pewnie byśmy pojechali zobaczyć, co stamtąd widać.

[okolice stacji kolejowe]

Do Kiruny wracaliśmy autobusem (myśleliśmy, że wybranie opcji "SJ" w automacie oznacza jedynie pociągi), ale ta podróż też okazała się ciekawa. Minęliśmy np. parking, który był oznaczony jako miejsce bitwy o Narwik. Autobus jedzie cały czas doliną, więc widoki były trochę inne niż te z pociągu, ponadto przejeżdżaliśmy przez centra turystycznych miejscowości (w jednej z nich była kumulacja wszystkich atrakcji na małym terenie - krótki wyciąg, wzdłuż którego stały domki campingowe, niewielka górka do zjeżdżania, a na jej szczycie restauracja, sklep i przystanek autobusowy).
[droga z Narviku do Kiruny, Norwegia]

[droga z Narviku do Kiruny, Norwegia]

Po powrocie do Kiruny szukaliśmy czegoś do zjedzenia kolację. Niestety większość restauracji jest otwarta albo do 13:00 (tak, to nie jest pomyłka) albo do 18:00. A w restauracji na naszym campingu trzeba wcześniej zarezerwować stolik (to działa bardziej jak stołówka, bo nie ma też wyboru dań - jest rozpisane menu na cały tydzień). Udało nam się jednak znaleźć centrum handlowe ze sklepami otwartymi aż do 22:00!

czwartek, 19 lipca 2012

Dookoła Szwecji: Luleå - Kiruna

Gdy oglądaliśmy mapę i patrzyliśmy na trasę zaplanowaną na następny dzień, Marcin zauważył, że całkiem niedaleko jest do Rovaniemi. Co prawda w dokładnie przeciwnym kierunku, ale Finlandia, Mikołaj... kusiło!

Rano udało się nam wstać odpowiednio wcześnie, więc pojechaliśmy w kierunku Rovaniemi. 
Na granicy z Finlandią żadnego śladu po dawnych przejściach granicznych - po prostu za jednym z rond w Haparandzie znajduje się wyższy niż standarowe słup z dwoma tabliczkami "Sverige" i "Suomi". I witamy w Finlandii :)

[prawie w Finlandii]

Pierwsza rzecz, która rzuca się w oczy to brak flag. W Szwecji przy każdym gospodarstwie stoi wysoki maszt, na którym powiewa szwedzka flaga. W Finlandii gospodarstwa wyglądały podobnie, maszty również były, ale na ogół puste - bardzo rzadko można było zobaczyć fińską flagę. Reszta wyglądała podobnie - las, las, las i gdzieniegdzie domy.

Rovaniemi... Zawsze mi się wydawało, że tam, gdzie jest Mikołaj, koniecznie musi być śnieg. A jeśli w okolicy jest jakaś miejscowość, to pewnie taka nieduża wioska, skórzane namioty, renifery... W rzeczywistości Rovaniemi to nie takie całkiem małe miasto. Są tam parki, bloki, sklepy... i ponad 30000 ludzi. Wygląda mniej więcej tak, jak każde inne europejskie miasteczko.

Wioska św. Mikołaja jest dobrze oznaczona, nie sposób jej przegapić. Z Rovaniemi jedzie się do niej samochodem kilka minut. Nie bardzo wiedzieliśmy, gdzie jest wejście do wioski, więc najpierw poszliśmy do sklepu kupić sobie pamiątkowe koszulki z Koła Podbiegunowego. Przy kasie zapytaliśmy o Wioskę, czym skonsternowaliśmy kasjerkę. Zapytała, czy mieliśmy zrobioną rezerwację. Tym razem my nie załapaliśmy, o co chodzi. Chwila wyjaśnień i już wiadomo. Przy Mikołajowej Wiosce są domki do wynajęcia - coś w rodzaju hotelu - i o to pytała kasjerka. A Wioska... właściwie to już byliśmy na jej terenie. Myśleliśmy, że są jakieś bilety wstępu, ale nie było - stąd nasze zagubienie. Parking też był darmowy.

Wioska św. Mikołaja to parking w okolicy którego stoi kilka budynków. W większości znaleźć można sklepy z pamiątkami i restauracje. Ale jest też pokój, w którym można spotkać się z Mikołajem. Tutaj wstęp jest płatny - i wcale nie tani - a znalezione przez nas w internecie opinie turystów są w przeważającej części negatywne, tzn. większość osób, która tam była, uznała, że atrakcja nie była warta swojej ceny. Mikołaj przyjmuje interesantów za takimi drzwiami:

[drzwi do Mikołaja]

Jest też budynek poczty, do którego przychodzą listy od dzieci z całego świata. Zimą podobno fajnie to wygląda, ale teraz, w środku lata, było pusto. Można też wysłać stąd kartkę i zostanie na niej przybita specjalna pieczątka z Koła Podbiegunowego.

[mikołajowa poczta]

Na placu między głównymi budynkami znajduje się linia pokazująca przebieg Koła Podbiegunowego, podpisana w kilku językach.
Jest też niemały plac zabaw, a zimą można sobie kupić wycieczkę psim zaprzęgiem. To musi być super! Ale nie latem. Latem nie ma śniegu i jest dosyć ciepło - było około 16 stopni. To dużo, szczególnie jeśli się liczyło na śnieg ;)

[tablica informująca o Kole Podbiegunowym]


W tej lapońskiej części świata na obiad  nie wypadało zjeść nic innego jak mięso renifera, puree ziemniaczane i dżem lingonowy (z tej czerwonej borówki).

Po przekroczeniu Koła Podbiegunowego jest jedna rzecz, która się zmienia na drodze. Pojawiają się renifery - dzikie i hodowlane. I jest ich naprawdę dużo - nie tak, jak prawie zupełny brak zwierząt na odcinkach drogi z oznaczeniem "uwaga, dzikie zwierzęta". Na trasie z Rovaniemi do granicy fińsko-szwedzkiej spotkaliśmy 3. Przy czym jeden szedł środkiem drogi, w tym samym kierunku co my, a skręcił w jakąś boczną drogę zamiast prosto w gęsty las. Pozostałe 2 usiłowały przejść z przez drogę z jednej części lasu do drugiej.

Jeśli chodzi o Kirunę - nasz cel tego dnia - to na pierwszy plan wybija się kopalnia - duża hałda widoczna jest przed dojechaniem do miasta. Nawet w centrum wszystko jest takie przemysłowe - czy to ratusz czy pomniki, np. w parku znajduje się pomnik młota, a na dworcu kolejowym można zobaczyć pomnik robotników niosących jakiś pręt.

[kopalnia]

[jeden z robotniczych pomników]

[ratusz]

W Kirunie mieliśmy zaplanowany nocleg na campingu. Było trochę ludzi, ale trudno to nazwać tłokiem. Camping poza wyznaczonymi miejscami na przyczepy campingowe i namioty posiadał również część hotelową składającą się z małych szeregowych domków, które w środku wyglądały jak zwykły pokój hotelowy, tyle że przed wejściem były jeszcze jedne drzwi - schowek na narty. W pokoju nie można było trzymać psa, ale można było z nim przyjechać - dla psów przygotowane były osobne miejsca noclegowe.

Mimo że temperatura oscylowała w okolicy 15 stopni, na sąsiadującym z campingiem otwartym basenie ludzi nie brakowało. Nie wiem, czy to miejscowi się kąpali dla ochłody czy też turyści stwierdzili, że skoro są na wakacjach, to trzeba się kąpać.
W głównym budynku campingu, przy recepcji, chyba nie podzielano opinii co do panujących letnich temperatur, bo rozpalono w kominku.

W Kirunie było naprawdę dużo komarów. Trudno było dojść z domku na głównego budynku bez narażenia się na pogryzienie. Kolację jedliśmy w ogródku letnim jednej z restauracji w centrum, co też okazało się nietrafionym rozwiązaniem - jedzenie było bardzo dobre, ale walka z komarami do przyjemnych nie należała.

Dzień polarny... to jest to, co strasznie chcieliśmy zobaczyć. Po jednej nocy nam przeszło ;) Najpierw czekaliśmy do północy, żeby pójść na wyznaczoną ścieżkę, ale potem okazało się że ma ona ponad 4 km, a my byliśmy zbyt zmęczeni, żeby w środku nocy urządzać sobie dłuższy spacer. Fakt, że niebo było prawie bezchmurne, więc była szansa zobaczyć słońce, ale trzeba było obejść sąsiednią górę. Więc zadowoliliśmy się widokiem jasnego nieba.
Problemem okazały się zasłony w pokoju. A raczej ich brak. Same żaluzje nie dały możliwości dokładnego zasłonięcia okien. Poza tym ktoś jeszcze wymyślił okno w drzwiach wejściowych, więc słońce świeciło na nas z dwóch stron (no, nie bezpośrednio, ale jednak). Spanie w takich warunkach, to prawie jak popołudniowa drzemka w przedszkolu - takie same warunki jeśli chodzi o jasność w pomieszczeniu.

[po północy w Kirunie]

[po północy w Kirunie]

[po północy w pokoju]




niedziela, 15 lipca 2012

Dookoła Szwecji: Umeå - Luleå

Umeå ma około 110 000 mieszkańców, z czego 1/3 stanowią studenci i kadra lokalnych uczelni, miasto jest więc niemałe (a jak na szwedzkie warunki, to wręcz duże). Jego historia sięga początku XIV wieku, więc wydawało się, że będzie co oglądać. Niestety, nie udało się nam znaleźć czegoś w rodzaju oficjalnego centrum miasta, więc pojechaliśmy w okolice ratusza (rådhus).

Pod koniec XIX wieku miasto zostało w znacznym stopniu spalone, więc przy odbudowie postarano się tak zaprojektować przestrzeń, żeby ograniczyć rozprzestrzenianie się pożarów. Dlatego w centrum Umeå ulice są szerokie i jest dużo niewielkich parków. Ponadto wzdłuż ulic posadzone są brzozy - to jeden z symboli miasta.

[odbudowany po pożarze ratusz]

[przyratuszowy park]

[rzeźba z pnia drzewa w przyratuszowym parku - 
były takie dwie, umieszczone symetrycznie przy alejce]

[Umeälven]

Generalnie nic specjalnego nie było ani przy ratuszu, ani w jego najbliższej okolicy. Miasto nie robiło dobrego wrażenie - mimo, że było już po godzinie 9 rano, na ulicach było bardzo mało ludzi (nie licząc turystów pakujących się do autokaru przy hotelu), senna atmosfera. Jedynie tablica ogłoszeń zalepiona plakatami informującymi o koncertach przypominała, że w roku akademickim coś się tutaj działo.

Bez żalu opuściliśmy Umeå, żeby udać się w kierunku miejscowości Bjurholm, gdzie znajduje się Dom Łosi (Älgens Hus). Dzień wcześniej jechaliśmy tą drogą do Umeå i padał deszcz, to samo stało się niedługo po wyjechaniu z miasta.

Dom Łosi wygląda jak zwykłe gospodarstwo. Jest dom (główny budynek, w którym znajduje się restauracja, sklep z pamiątkami i mała sala do pokazów filmu przyrodniczego), pomieszczenia gospodarskie (m.in. jednoizbowe muzeum prezentujące historyczne i mityczne informacje o łosiach) oraz duża łąka, po której chodzą zwierzęta.

[łosiowe mity]

Jak uzbiera się kilkuosobowa grupa chętnych do zwiedzania, właściciel zabiera wszystkich do sali i opowiada o życiu łosi, a następnie włącza kilkunastominutowy film prezentujący rok z życia tego zwierzęcia. Prezentacje prowadzone są w języku szwedzkim, angielskim i niemieckim.

Łosie co roku na wiosnę zaczynają "hodować" swoje rogi, by zrzucić je zimą (dzięki czemu można sobie poroże w lesie znaleźć i zostać jego właścicielem bez uśmiercania zwierzęcia!) - utrzymanie dużych (i ci ężkich) rogów, to spory wydatek energetyczny, nie opłaca się go utrzymywać przez kilka miesięcy, gdy śnieg odcina łatwy dostęp do pożywienia a mróz dodatkowo odbiera energię.
W pierwszym roku życia łosia rogi są krótkie i przypominają bardziej grubą gałąź niż szeroką łopatę, dopiero w drugim czy trzecim roku rogi zaczynają wyglądać imponująco. I z każdym rokiem odrastają większe.
Łoś o rogi musi dbać. Wbrew pozorom same nie urosną. Rogi w fazie wzrostu pokryte są cienkim futerkiem, pod którym znajduje się sieć naczyń krwionośnych. Zwierzę musi rogi regularnie masować (robi to tylnymi łapami, schylając nisko głowę), dzięki czemu zapewnia lepsze ukrwienie. W miejscowym muzeum można zobaczyć poroże łosia, który miał chorą jedną z tylnych łap - nie mógł się na niej utrzymać, więc drugą łapą rogów nie pomasował. W związku z tym jeden róg był mały (jak u młodego łosia), a drugi rozbudowany tak, jak powinien. Trudno musiało mu się chodzić z takim niesymetrycznie rozłożonym ciężarem.

Jak polowano na łosie kiedyś, gdy nie było broni palnej? Najczęściej je straszono! Łosie mają bardzo słabe serca, więc jeśli coś je zestresuje, to giną. Inną metodą było kopanie głębokich dołów - jak łoś do nich wpadał to sobie skręcał kark. Problematyczne było jednak wyciąganie ciężkiego zwierzęcia z takich pułapek.
Naturalnymi wrogami łosi są niedźwiedzie i wilki. Niedźwiedzie są bardzo silne a łosie mają na grzebiecie jedno słabe miejsce, po uderzeniu w które zwierzak ginie.

[łoś i niedźwiedź - mimo podpisów "wilk" i "niedźwiedź"]

Łosie mają węch dużo czulszy od psa. Muszą zimą potrafić wywąchać pożywienie, które znajduje się głęboko pod śniegiem.

Największą atrakcją była oczywiście wizyta w zagrodach żywych zwierząt. Można było głaskać małe łosie i robić sobie z nimi zdjęcia. Niestety, mimo wczesnej pory, zwierzęta już wyglądały na zmęczone. Najpierw pozwalały się głaskać, ale później uciekały.

[mały łoś]

Można było też wejść do zagrody dużych łosi. To było coś! Jak pierwszy raz pogłaskałam łosia, to się wystraszyłam, że zrobiłam mu krzywdę, bo została mi w ręce kępa jego sierści. Ale teraz już wiem, że one po prostu linieją. To futro było nieprzyjemne w dotyku - bardzo sztywne - może dlatego, że martwe. Za to rogi łosia... są bardzo miękkie i miłe! Zdecydowanie przyjemniejsze do głaskania :-)

[duży łoś]

Duże łosie zupełnie nie przejmowały się gromadą ludzi, którzy je obskoczyli. Spokojnie stały przy paśniku i jadły jakiś granulat. Tylko jeden został gdzieś daleko na łące, schowany w wysokiej trawie.

[odwracanie uwagi łosi od bramy wejściowej]

[łoś jedzący granulat]

Po wizycie u łosi pojechaliśmy dalej na północ, do Luleå. Po drodze, w okolicach miejscowości Piteå, znajdują się najbardziej nasłonecznione, a do tego piaszczyste, plaże Szwecji. Chcieliśmy zobaczyć, czy woda w Zatoce Botnickiej jest tak samo zimna jak na południu Bałtyku, czy jednak tak ciepła, jak informują wakacyjne foldery. Poświęciliśmy chwilę, żeby dojechać z głównej drogi na oznakowane kąpielisko, ale okazało się ono częścią dużego campingu, więc z kąpieli nic nie wyszło.

W Luleå były 22 stopnie i błękitne niebo. Miasto zrobiło na nas dużo lepsze wrażenie niż Umeå. Miało ładny deptak, restauracje wystawiały swoje ogródki. Chcieliśmy znaleźć lokal z regionalnym jedzeniem, ale nam się nie udało. Część miejsc była już zamknięta (tak, nierzadko zdarzało się - na północy Szwecji - trafić na knajpę czynną do godziny 16 czy 17), a w pozostałych sprzedawano jedynie kanapki albo były to restauracje z kuchnią azjatycką (tych znaleźliśmy kilka).
Tego dnia hotel miał recepcję czynną jedynie do 13:00 (hotel to mała rodzinna firma, chyba tylko jednego pracownika mają). Wysłaliśmy więc rano maila z informacją, że będziemy wieczorem, a w odpowiedzi dostaliśmy kod do drzwi wejściowych i informację, że klucz do pokoju znajdziemy po przyjeździe w kopercie na blacie recepcji.
Już tutaj nie chciało się zrobić w nocy ciemno - przynajmniej do północy było jasno - doceniliśmy więc zestaw żaluzje + ciemne zasłony w pokoju.

[23:30 w Luleå]